Home Blog Ciekawostki Módl się, lataj i podróżuj. Katolik w podróży a sprawa polska [Debata Blogerów]

Módl się, lataj i podróżuj. Katolik w podróży a sprawa polska [Debata Blogerów]

Autor: Wędrowne Motyle | niedziela, 27.04.14 | 26 komentarzy

krzyzwtatrach-2

Tuż przed Wielkanocą wpadliśmy na ciekawy pomysł na wpis. Na blogach podróżniczych chyba jeszcze nikt nie poruszył tego tematu. A jest dość interesujący. Nawet ze zwykłego… statystycznego punktu widzenia. Skoro większość z nas jest katolikami (no okej! okej! spokojnie – to powiedzmy duża część z nas) to wynika z tego, że większość podróżujących… również być musi. W takim razie co… z niedzielą? No właśnie…

No nie oszukujmy się. Sami po prostu zrobiliśmy małą retrospekcję swoich postaw. Stąd ten pomysł…

No właśnie najpierw sami trochę rozmyślaliśmy drapiąc się nad uchem i bijąc metaforycznie w pierś – ile to mszy niedzielnych opuściliśmy z powodu podróży? Źle nie jest, ale cudownie też nie. Potem przyszła tradycyjna reakcja obronna na zarzut wobec siebie: No ale przecież Bóg jest wszędzie – nic się nie stało. Ale po jakimś czasie, po posileniu się głębszymi zasobami podstaw naszej wiary, doszliśmy do wniosku, że nie… lipa. To nie jest takie zerojedynkowe chyba.

membog podroze

Praktykujący katolik nie powinien sam siebie rozgrzeszać się z olewania niedzielnej eucharystii. Nawet jak podróżuje…

Chyba że…

No właśnie. I po to „chyba że” zasięgnęliśmy języka u innych popularnych blogerów – głównie podróżujących, ale nie tylko. Żeby podzielili się z nami swoimi przemyśleniami na ten temat. Mają mnóstwo czytelników, fanów, kreują opinie, są opiniotwórczy. To ważne.
I szczerze – powstał jeden z ciekawszych postów, jakie udało nam się wymyślić. Może będzie przydatny, dla wszystkich „poszukujących odpowiedzi”. W kupie raźniej, prawda?

blogerzy religijni podroze

Porozmawialiśmy więc chwilę ze świetnymi blogerami i fajnymi osobami, które pomimo swojej internetowej popularności, nie wstydzą się wspominać o tym, że są osobami wierzącymi. Z resztą „wstydzić się wspominać” – jak to brzmi :/

1. Przemkiem Skokowskim, autorem Autostopem przez Życie, od niedawna literackim debiutantantem z książką od tym samym tytule (Już bestseller!)
2. Patrykiem Świątkiem, który razem z Bartkiem Szaro prowadzi słynny Paragon z Podróży i jurorował w tegorocznym Blog Roku, nominując nas na podium
3. Kubą Rydkodymem, autorem jednego z najfajniejszych blogów o tanim podróżowaniu i autostopie – Plecak Wspomnień.
4. Mateuszem Ochmannem, autorem najpopularniejszego bloga religijnego – Bóg Honor & Rock’n Roll i genialnego vloga Bez Imprimatur

ANIA&MARCIN: Słuchajcie, czy bycie katolikiem – takim raczej praktykującym a jednocześnie podróżnikiem i wolnym człowiekiem – czy to wzajemnie się gryzie i wyklucza?

PRZEMEK: Zdecydowanie nie. Wprawdzie panuje dość powszechne przekonanie, że wierzący katolik, to osoba pokroju Cejrowskiego albo wszystko co najgorsze i najbardziej skrajne na prawo polskiej polityce, ale staram się być tego zaprzeczeniem. W swoich podróżach dość często miałem rozmowy na temat wiary, religii i historii, ale nigdy nie uważałem, że chrześcijaństwo jest najlepsze, najważniejsze, a wszystko inne jest złem wcielonym i herezją.
Katolik, a zwłaszcza podróżnik, powinien być otwarty na inne wierzenia, które prawie zawsze są narzucone przez historię i miejsce urodzenia. Owszem, gdy ludzie mnie pytają o wiarę np. w Iranie, tłumaczę im czym się różnimy, ale nigdy niczego nie narzucam czy nie nawracam, bo nie taka moja rola 🙂

A wyobraźmy sobie taką sytuację: Trafiasz w miejsce (na weekend) gdzie nie ma kościoła katolickiego. Miał przecież być! Jest np. zbór. Jest niedziela – co robisz?

PATRYK: Jeżeli jestem w miejscu, w którym nie kościoła katolickiego a jest niedziela idę do świątyni wyznania, które jest na miejscu. Traktuję to jako możliwość poznania innego podejścia, podejrzenia innych form modlitwy, nauczenia się czegoś nowego, co może przydać się w mojej modlitwie. To są dla mnie bardzo cenne doświadczenia i myślę, że każdemu dobrze by to zrobiło raz na jakiś czas.

MATEUSZ: Rozumiem, że katolicka świątynia jest oddalona od mojego położenia w znacznym stopniu. W takim przypadku zostaję w domu (hotelu, hostelu…), gdzie po prostu się modlę czy czytam Pismo Święte (spokojnie, są odpowiednie appki na telefon ;). W zborze protestanckim nie zachodzi Najświętsza Ofiara, dlatego wizyta u nich jest dla katolika bezcelowa. Lepiej pomodlić się w duchowej łączności z Kościołem katolickim.

No to weźmy konkretny przykład, np. Norwegię. Kościoła katolickiego w okolicy na 100% brak. Właśnie tylko zbór protestancki. W planie miałeś też wejść na skałę przy najpiękniejszym fiordzie w okolicy. I co teraz?
PRZEMEK: W takiej sytuacji mam osobliwe podejście. Uważam, że Bóg jest wszędzie, a zwłaszcza w świątyniach chrześcijańskich. Jeśli w mieście, gdzie trafiłem jest zbór czy cerkiew, to zawszę wejdę i będę się modlił, bo w drodze do zbawienia poróżniła nas tylko historia.

Owszem, jak mam do wyboru jakieś piękne miejsce, to zawszę się łamię, ale z reguły zależy to od tego kiedy ostatnio miałem okazję odwiedzić świątynie i kiedy będę miał ją znowu.
A! Czyli myślicie, że w takiej sytuacji można „jakoś” się usprawiedliwić?

KUBA: Tak. W takiej sytuacji jestem całkowicie usprawiedliwiony. I nie chodzi mi nawet o moje prywatne odczucia, ale o nauczanie Kościoła. Skoro planowałem i chciałem wziąć udział w niedzielnej Mszy Świętej, ale nie udało się to z przyczyn niezależnych ode mnie, to nie ma mowy o grzechu.

PATRYK: Nie mam z tym żadnego problemu, jak tylko znowu mam okazję to idę do „normalnego” kościoła.

Kuba a gdy zdarzyło Ci się opuścić niedzielną mszę z powodu „podróży”? W jaki sposób to odczułeś? Było Ci z tym źle?

KUBA: Zdarzało mi się odwiedzać kraje, w których znalezienie katolickiego kościoła jest niemożliwe. Opuszczenie niedzielnej Mszy Świętej z powodu takiej podróży nie jest jednak grzechem. Nie czułem się z tym źle. Zazwyczaj w niedzielę robiłem sobie małe nabożeństwo – trochę modlitw i czytanie Pisma Świętego, które zawsze wożę ze sobą.

No to jeszcze dalej… Ktoś z Was dostaje info, że może wyjechać na szkolenie i stypendium do… Turcji. 4 tygodnie. Wielka okazja. W mieście, gdzie zamieszkasz nie ma kościoła katolickiego. Rezygnujecie z tej podróży?

MATEUSZ: Zakładając, że to szkolenie czy stypendium jest naprawdę ważne (dla mojego rozwoju, dla lepszego wykonywania obowiązków) to decyduję się tam jechać i co niedzielę praktykować to, co opisałem punkt wyżej. Istnieje coś takiego jak „obowiązki stanu”, dlatego jeśli pracodawca (w dobrej wierze) wysyła mnie w taką podróż, abym podniósł swoje kwalifikacje to grzechem jest odmowa, ponieważ praca jest podstawowym obowiązkiem człowieka.

PATRYK Nawet gdyby w moim mieście nie było kościoła, z pewnością mógłbym go znaleźć gdzieś w pobliżu. A nawet gdyby trzeba było jechać w niedzielę parę godzin, żeby taki znaleźć, to potraktowałbym to jako niedzielną wycieczkę przy okazji zwiedzając okolicę.

Przemek a Ty? Jedziesz stopem przez caaaaałą Turcję – no przecież jechałeś… Wiesz, że przez 5 tygodni nie będziesz miał styczności z żadnym kosciołem, świątynią katolicką. No ewentualnie grekokatolicka w Armenii. Co robisz?

PRZEMEK: Kilkukrotnie zdarzało mi się, że nie miałem możliwości odwiedzenia kościoła przez miesiąc czy nawet dwa. Czasem po ludzku nie da się tego przeskoczyć, a wtedy pozostaje mi tylko codzienna modlitwa i różaniec.. Jeśli grekokatolickie, to oczywiście odwiedzam.

Patryk, szykuje Ci się daleka i odludna wyprawa. Np. wierzchołkami Kaukazu. Rozmawialiśmy kiedyś o czymś takim z Bartkiem. Piękne widoki, genialne miejsca na poranki, przeżycia estetyczne, że tak powiem… boskie. I co wtedy?

PATRYK: Oczywiście wolałbym podróżować do miejsc, w których znajdę kościół, ale wiadomo, że nie wszędzie jest to możliwie. Jeśli chodzi o góry, z pewnością lepiej by było mieć w ekipie kapelana i np. przed atakiem na szczyt móc uczestniczyć na mszy w namiocie. To byłaby dla mnie niesamowita sprawa. Ale przecież na morzach, odległych wyspach czy wysokich górach kościołów nie ma, co nie znaczy, że nie ma tam Boga.
Podczas podróży do Indii i Nepalu nie miałem możliwości ustalenia trasy pod dostępność kościołów i bardzo długo nie byłem na mszy. Chodziłem do hinduskich świątyń, ale nie znajdowałem tam nic co dawałoby mi namiastkę naszych kościołów.
Było mi z tym bardzo źle, ale po powrocie byłem tak głodny uczestniczenia w Eucharystii, że jej przeżywanie nabrało dla mnie dużo większego znaczenia. Wszystko jest po coś.
A czym się różni niedziela np. u doświadczonego autostopowicza w porównaniu z innymi dniami tygodnia? Rozmawiacie o wierze ze swoimi „podwozicielami”? O czym?

PRZEMEK: Jeśli mówimy o niedzieli w trasie, to zawsze planuję wizytę w kościele. Jeśli nie ma takiej okazji, to wieczorem staram się odmawiać cały różaniec. Gdy przychodzi do rozmów o wierze z podwożącymi mnie osobami, to różnie bywa. Wiele zależy od kraju i tego czy da radę się dogadać.

A wyobraźcie sobie… jeszcze jedną rzecz. Wspominaliśmy o niej niedawno u nas na blogu. Znajdujecie się w Jerozolimie, w czasie Triduum Paschalnego. Macie pewne oczekiwania. Na miejscu zastajecie kramy, pod Bazyliką Grobu sklepy z jedzeniem, blisko Grobu Pańskiego stos butelek i śmieci – tak jest naprawdę. A potem okazuje się, że msza w obrządku łacińskim już była. Została tylko jedna z obrządku wschodnim, za godzinę. Co czujesz? Co robisz? 

KUBA: Kramy, sklepy z jedzeniem i sterty śmieci przeszkadzałyby mi pod każdą świątynią – zarówno w Jerozolimie, jak i przy moim parafialnym kościele. Byłaby to dla mnie negatywna wizytówka mieszkających tam osób, ale z pewnością nie wpłynęłaby na moje przeżywanie Triduum Paschalnego. Co do Mszy Świętej – bez wątpienia zostaję na tej w obrządku wschodnim. Lepsza taka, niż żadna. W końcu to też Chrześcijaństwo. Choć prawdę mówiąc, wolę przeżywać Wielkanoc u siebie w parafii. W Jerozolimie, przeżycia duchowe byłyby zagłuszane przez przeżycia czysto turystyczne. W Polskim Kościele łatwiej byłoby mi się skupić na istocie świąt.

MATEUSZ: Też bolą mnie te kramy i sklepy przy tak szczególnych dla mojej wiary miejscach, bolą mnie tony śmieci. Ale jeżeli, dla ludzi tam pracujących, jest to jedyna możliwość zarobku i utrzymania rodziny jestem w stanie to jakoś przełknąć. A co do Mszy w obrządku wschodnim (koptowie, prawosławni itd.) – idę. Tam zachodzi ta sama Ofiara, co w Kościele katolickim.

A nie przeraża Was połączenie miejsc kultu z turystyką masową?

KUBA: Tam gdzie przyjeżdżają ludzie, tam rozwija się przemysł turystyczny. Jeżeli w miejscach kultu religijnego taki przemysł kwitnie, to wypada się tylko cieszyć z dużej liczby pielgrzymów. Z drugiej strony, nadmiernie rozwinięty przemysł turystyczny bywa irytujący. Jeżeli jednak zachowany jest szacunek dla religijnego charakteru danego miejsca, to wszystko jest w porządku. Jest popyt, znaczy że jest potrzeba, choć osobiście bardziej odpowiadałby mi kameralny klimat takich miejsc.

Dziękujemy wszystkim za te opinie 🙂

Katechizm kościoła katolickiego mówi, że gdy podróżujemy przez całą niedzielę, nie mamy ścisłego obowiązku uczestnictwa we Mszy świętej statek, samolot, pociąg… i nie mamy grzechu ciężkiego (ale tylko wtedy). Jednakże, jeśli podróżujemy w sposób swobodny autostop, auto, rower powinniśmy dołożyć wszelkich starań, by odwiedzić świątynię „po drodze” o ile to możliwe, lub uczestniczyć we mszy sobotniej wieczornej.

A Wy? Jaki macie stosunek do niedzieli w podróży? Do mszy, obowiązkach katolika? Komentujcie! Każda opinia jest cenna

Podobał się wpis? Podaj dalej:

Skomentuj! Podziel się z nami opinią!


Ilość komentarzy: 26

Comment moderation is enabled. Your comment may take some time to appear.

  1. Grafzero pisze:

    Ja również postanowiłem się wypowiedzieć, na ten temat 😉
    http://centryfuga.wordpress.com/2014/07/19/podrozowanie-a-trzecie-przykazanie/
    Zapraszam 🙂

  2. Paweł pisze:

    Najważniejsza i tak jest miłość.
    Zwiedzenie na tej ziemi jest potężne, a gdy człowiek wreszcie zrozumie o co chodzi, ogarnia go najpierw smutek, a potem stan którego nie sposób opisać.
    Niestety łatwiej jest ateiście prawdziwie uwierzyć w Jezusa niż Katolikowi.
    Dorota powyżej przyrównuje Allaha do Boga, w którego niby wierzy.
    Nie można przecież przyrównywać Allaha, do Boga, który zesłał swoje Słowo, które stało się ciałem, czyli Jezusa, bo to nie ma najmniejszego sensu. Mężczyźni wierzący w Allaha wierzą m.in. że będą po śmierci obcować z wieloma dziewicami i sobie z nimi używać.
    Wszystkie zorganizowane religie na tej ziemi stworzył szatan. Wszystkie zorganizowane religie prowadzą świat do ostatniego, globalnego królestwa szatana, opisanego w Biblii.
    Polecam :
    http://krzyjahu.pl/
    „poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (Jana 8:31, 32)

  3. Dorota pisze:

    W większości w czasie podróży uczestniczę we Mszy Świętej. Są to zwykle 2 tygodniowe wakacje w w miarę cywilizowanych miejscach. Oczywiście jak jest kościół katolicki to tamże, ale jeśli jest kościół lokalny – nie mam z tym żadnych problemów. Pan Bóg jest wszędzie ten sam tylko kultura/ historia sprawiła, że nazywa się Bogiem, Allahem lub jeszcze inaczej. Byłam na Mszy Św. na Słowacji – kraj nie jest bardzo religijny, ale o dziwo Msza była pełna rodzin z dziećmi, z rodzinną atmosferą i bardzo wesołymi śpiewami. W NY przez 7 mies. chodziłam na Msze po angielsku, w Hiszpanii po hiszpańsku, we Włoszech po włosku, w Bułgarii udało mi się zarówno w Warnie, jak i w Burgas trafić na Mszę polską. Byłam też w Grecji na Mszy prawosławnej. W Turcji i Egipcie bałam się iść do meczetu, bo nie wiedziałam jak to będzie odebrane przez lokalnych mieszkańców i wolałam nie ryzykować. Oczywiście byłam z wycieczką jako turysta i wtedy modliłam się, ale to są godziny tylko dla turystów. Gdyby trzeba było pomyśleć o Bogu w górach, albo w dziczy też zrobiłabym to. Myślę, wierzę, że Boga obchodzi to co mamy w sercu.

    • Dorota pisze:

      Natomiast będąc zwykle na wczasach z polskich biur podróży właśnie za granicą nie specjalnie zauważyłam zainteresowanie przeciętnego Polaka kościołem. Zwykle jestem jedyna, albo grupa max. 3 rodziny z całego autokaru na przykład.

    • Daniel pisze:

      Z tego co wiem, to ma jednak znaczenie fakt gdzie idziemy się modlić. Kościół Katolicki jasno określa w które miejsca możemy się udać by uświęcić dzień święty jakim jest niepodważalnie niedziela. Zważywszy, że Katolik powinien przede wszystkim szukać Kościołów zgodnych z naszym wyznaniem. W pierwszej kolejności powinny być to świątynie, gdzie odbywają się msze w rycie łacińskim, rzymskokatolickie, grekokatolickie innych kościołów stowarzyszonych. Można pójść do Ormian, do Prawosławnych, Koptów, etc. Gorzej już się to ma z Protestantami, gdyż jedynie Polskokatolicy mają w miarę podobne zasady jak my. Pozostali jak Luteranie, Zielonoświątkowcy i podobne im kościoły są nie zalecane. Co tyczy się np. Muzułmanów, to Allah nie jest naszym Bogiem, Allah to bóg księżyc, który nic nie ma wspólnego z Jahwe Żydów ani z Trój jedynym Bogiem Chrześcijan przez co chodzenie na modlitwy do meczety nawet nie powinno się brać pod uwagę. Do tego dochodzą jeszcze świątynie buddyjskie, hinduskie ect., które narażają nas na działanie złego, co jest potwierdzone przez wielu egzorcystów. Dlatego modlitwy tam są już na własną odpowiedzialność człowieka.

  4. nicetas pisze:

    Bywanie w świątyniach innych wyznań, aby znaleźć w nich Boga, jest zaprzeczeniem dogmatów Kościoła (zresztą chyba każdego), nie po to przez setki lat kapłani walczą o monopole, żeby ich parafianie u heretyków bywali.
    Bycie wyznawcą jakiejkolwiek religii jest z góry przeczeniem wobec słowa „wolny”. Wszystkie religie narzucają człowiekowi określone zasady (np. katolicyzm mszę niedzielną, judaizm szabat sobotni, a islam piątek w meczecie), często zasady te są wyłącznie tworami kolejnych kast kapłanów, którzy zmieniają dzień święty (chrześcijanie dawniej obchodzili szabat), albo język odprawiania nabożeństw, czy zasady moralne. Itd., itp.

  5. Jula pisze:

    Ciekawy pomysł na posta i poważny temat. Ja osobiście staram się planować wyjazdy w ten sposób, aby jednak w niedzielę być w kościele na mszy. Ale jeśli naprawdę nie ma takiej możliwości – Bóg przecież jest wszędzie. Dla Niego nie ma znaczenia, gdzie się modlimy. Ważne, byśmy w ogóle się modlili.

  6. Wędrownicki pisze:

    My w czasie naszych stopowych wyjazdów w niedzielę staraliśmy się nie stopować – traktowaliśmy to jako dzień odpoczynku. Zatem gdzie w sobotę dojechaliśmy tam do poniedziałku rano zostawaliśmy – ciekawe doświadczenie, bo zazwyczaj byliśmy ot tak znienacka przez kogoś goszczeni :). Z tą Mszą to już różnie bywało, ale jeśli tylko była taka możliwość to tak, szliśmy. Po kilku tygodniach w podróży często po prostu brakowało nam Mszy Świętej po polsku. Nie to żebyśmy mieli problem z językami, ale po polsku to się jednak zrozumie wszystko w 100% a nie w większości. Codziennie za to odmawialiśmy i odmawiamy brewiarz, jako poranną modlitwę. Podobno jest uznana jako druga w hierarchii po Mszy Świętej ;). Teraz już z dziećmi również planujemy aby w niedzielę być w kościele i uczestniczyć w Mszy. Czasami się jednak nie da – wtedy pozostają uroczyste laudesy 🙂

  7. magam pisze:

    Bardzo ciekawy wątek, rzadko spotykany na portalach podróżniczych:) my zwykle staramy się jeszcze przed podróżą zorientować, gdzie jest szansa na niedzielna msze, a jeśli nie niedzielna, to w dzień powszedni. Jeśli nie ma takiej opcji – próbujemy w ekumenicznym duchu miejscowe wyznanie chrześcijańskie, jeśli to teren niespecjalnie chrześcijański, ale jest internet, zawsze można posłuchać mszy z Polski o niemal każdej godzinie. Oczywiście, w totalnej dziczy pozostaje modlitwa w namiocie lub w pięknych okolicznosciach przyrody i to też ma swój urok i wymiar duchowy dość szczególny. A po powrocie do kraju mozna pójść do kościoła dodatkowo w dzień powszedni, przy okazji dziekujac za udana podroz;)

  8. Mariusz pisze:

    Bóg (jeśli jest) to jest w sercu, a nie w murach jakiejś organizacji. Większą radość (na logikę) ma z przeżywania przez człowieka czegoś specjalnego np na wspomnianej skale w górach niż z dania na tace.

    • Paweł pisze:

      Mariuszu Bóg na pewno jest i pewnie w niejednym się zgadzacie:

      Jak naczynie stłuczone staje się dla człowieka niepożyteczne, tak się rzecz ma z ich bogami, umieszczonymi w świątyniach. 16 Oczy mają pełne kurzu, unoszącego się spod nóg chodzących. 17 Jak ten, co obraził króla, wokół ma zamknięte dziedzińce, jako skazany na śmierć, tak kapłani obwarowują ich świątynie drzwiami, zamkami i zasuwami, aby nie byli ograbieni przez złodziei. 18 Światła zapalają i to w większej liczbie niż dla siebie, a żadnego z nich ci bogowie ujrzeć nie mogą. 19 Są oni jak belka w domu: wnętrze ich, jak powiadają, jest stoczone, bo robactwo, wychodzące z ziemi, pożera ich wraz z ubiorem, a oni tego nie czują. 20 Oblicze mają czarne od dymu unoszącego się ze świątyni. 21 Na ciała i głowy ich zlatują nietoperze, jaskółki i inne ptaki, i koty po nich łażą. 22 Stąd poznajecie, że nie są bogami, dlatego się ich nie bójcie.
      23 Złoto, którym dla ozdoby są pokryci, nie będzie błyszczeć, jeśli ktoś śniedzi z niego nie zetrze. Ani nie czuli oni, kiedy ich odlano. 24 I chociażby byli kupieni nie wiedzieć za jak wielką cenę, nie ma w nich ducha. 25 Ponieważ nie mają nóg, na ramionach muszą być noszeni, pokazując w ten sposób ludziom swą nicość. Muszą się też czuć zawstydzeni ich czciciele tym, że gdy któryś z nich przypadkiem upadnie, to go sami podnoszą. 26 Jeżeli zaś ktoś go prosto postawi, nie może poruszyć się sam, a jeżeli będzie nachylony, prosto nie stanie. Dlatego jak przed zmarłymi stawia się im dary. 27 Kapłani ofiary bogom składane sprzedają na własne potrzeby, podobnie ich żony marynują dla siebie mięso z ofiar, a nie dają z nich ani biednemu ani choremu.
      Kobiety ich w okresie słabości miesięcznej oraz po połogu dotykają ofiar. 28 Stąd wiecie, że nie są bogami, i nie bójcie się ich. 29 Jakżeż ich nazwać bogami? Przecież kobiety składają ofiary bogom srebrnym, złotym i drewnianym. 30 Kapłani siedzą w świątyniach, mając płaszcze rozdarte, brody i czaszki ogolone, głowy nieprzykryte. 31 Ryczą i krzyczą przed bogami swymi, jak to niektórzy czynią na stypie pogrzebowej. 32 Kapłani biorą ubiory bogów i przyodziewają nimi swoje żony i dzieci. 33 A jeśli im kto co dobrego zrobi albo co złego, nie mają możności za to odpłacić. Nie mogą też króla ustanowić ani złożyć go z tronu. 34 Nie mogą też dać ani bogactw, ani miedziaków. Jeśliby kto jaki ślub złożył, a nie dotrzymał go, nie będą tego dochodzić. 35 Nie wyrwą człowieka ze śmierci ani też nie wybawią słabego z ręki mocnego. 36 Niewidomemu wzroku nie przywrócą ani nie pomogą uciśnionemu. 37 Nad wdową się nie ulitują ani też nie będą dobrodziejami sierot. 38 Bogowie drewniani, pozłoceni i posrebrzeni mogą być przyrównani do kamieni wziętych z gór, a tych, którzy im cześć oddają, spotka hańba.
      39 Jakżeż więc można myśleć o nich, że są bogami, albo ich tak nazywać?

  9. Świeczek pisze:

    Rzadko zdarza mi się nie być na Mszy w podróży, naprawdę rzadko, i zawsze jest to nie z mojej winy, po wyczerpaniu wszystkich opcji. Czuję się z tym źle i tak planuję podróże, by do tego nie dopuścić. „Churching” to naprawdę fajny dodatek do stylu podróżowania 🙂

    Mam przyjaciółkę, która podróżuje po najdziwniejszych miejscach i NIGDY nie opuściła niedzielnej Mszy. Dokonuje najdziwniejszych rzeczy, by na niej być. Jest dla mnei wzorem i inspiracją 🙂

  10. MagdaQ pisze:

    wow, poruszyliście bardzo ciekawy temat! mnie się wydaje, że większość katolików (mniej lub bardziej wierzących) jednak traktuje podróż, jako usprawiedliwienie nieuczestniczenia w niedzielnej mszy świętej. Niezależnie od tego, czy akurat są w samolocie, czy po prostu zwiedzają. Z drugiej strony, czy uczestniczenie we mszy odprawianej w języku, którego w ogóle nie znasz „ma sens”? Wiadomo, że kiedyś w Polsce msze były odprawiane po łacinie, no i msza to msza niezależnie od języka, ale jakoś nie przemawia to do mnie… Niemniej jednak, to bardzo ciekawy temat do dyskusji i Wasz post dał mi do myślenia, dzięki!

    • Wędrowne Motyle pisze:

      Wydaje nam się, że tak. Ponieważ konkretne obrzędy są takie same. A kazanie… no cóż. Kazanie to już bardzo subiektywna sprawa i chyba niekoniecznie coś obowiązkowego. Niedawno uczestniczyliśmy w mszach w jezyku hinduskim, indonezyjskim 🙂

  11. Michał pisze:

    Wielopłaszczyznowy problem. Do dziś pamiętam swój najdłuższy czas bez Eucharystii. 56 dni w podróży po Bliskim Wschodzie i Zakaukaziu. Mimo poszukiwań. Tu przyjeżdżam – ksiądz 4 lata wcześniej zamordowany i info z internetu nieaktualne. W innym miejscu – w Armenii chcę przyjąć Komunię, a gdy kapłan dowiaduje się, że ja ‚romanski katolik’ kiwa przecząco głową. Bolesne. Ale jest też druga strona medalu: pozwoliło mi to docenić co mam na co dzień – Msza Św. 4 razy dziennie w 8 kościołach w promieniu 10km. Inni tego nie mają, np w Archangielsku to w domu kultury byłem na Mszy gdzie przed katolikami metodyści mieli nabożeństwo, a zaraz po nas świadkowie jechowy…. a w innych miejscach na wschodzie to kapłana wyczekują jak paruzji! pozdrawiam!

  12. Ania pisze:

    Z reguły w swoich wyjazdach planuję czas tak, aby w niedzielę znaleźć się w większej miejscowości, gdzie jest kościół, najlepiej katolicki. Do tej pory widocznie wybierałam kraje, gdzie było to możliwe, gdyż z reguły mi się udawało, choć nie zawsze był to ten „nasz kościół” (np. w Pekinie – chiński kościół katolicki). Duży problem miałam o dziwo w Niemczech, gdzie byłam kilka miesięcy na praktykach. Czasem idąc na Mszę, zamiast niej był festyn, albo spotkanie dla dzieci. Taka specyfika tamtego Kościoła. Ale temat faktycznie świetny.

  13. Ana pisze:

    Niezwykle ciekawy wątek. I fajnie, że nareszcie ktoś nie bał się porozmawiać o tym. Sama dużo jeżdżę i często nie jest możliwe abym uczestniczyła w Mszy Świętej (może, gdybym bardzo się postarała to dałoby radę). Zawsze można się pomodlić, pewnie nawet jest to intensywniejszy zwrot do Boga, niż zaledwie fizyczna obecność na Mszy. ‚
    Zdarzyło się mi również spędzić Wielkanoc bez Kościoła Katolickiego. Niestety, niepoświęcone śniadanie wielkanocne, zjedliśmy w przepięknych okolicznościach przyrody. Jednak moim zdaniem, to były najbardziej uduchowione święta, dziękowaliśmy Bogu że, że mamy cokolwiek do jedzenia, no i że po wielu miesiącach możemy je spędzić w rodzinnym gronie.

  14. Tomek pisze:

    Myślę, że jeśli ktoś chce uczcić niedzielę to znajdzie kościół, jeśli nie na mszę bo ta jedyna już była to choć na chwilę na „własną” mszę. Jak w okolicach nie ma kościoła to przy najbliższej okazji w dzień powszedni dołoży starań by w takiej mszy uczestniczyć.
    My spędzając kilka razy pod rząd wakacje nad kaszubskich jeziorem spotkaliśmy się z sytuacją, że w niedziele ksiądz co niedzielę przyjeżdżał nad wodę i pod parasolem z „Tyskiego” odprawiał mszę. Zainteresowanie było duże.

  15. Kamil pisze:

    Interesujące w sumie. Miałem podobne rozważania kiedy jeszcze chodziłem do kościoła regularnie. Fajnie że się chłopaki nie wstydzicie o takich rzeczach mówić. Pomimo iż nie jestem już chyba Katolikiem, nie lubię tej całej nagonki na KK której jesteśmy świadkiem. Pozdrawiam 😉

  16. Ola pisze:

    Dzięki za ten wpis, super! 🙂 Faktycznie rzadko kiedy ktoś porusza temat religii, na blogach podróżniczych chyba jeszcze nie widziałam… Sama jestem bardzo wierząca, ale nikomu nie narzucam się z moją wiarą, bardzo interesują mnie w ogóle inne wierzenia i religie i dla każdej z nich mam wiele szacunku, a jeśli ktoś nie spyta to nie opowiadam też na prawo i lewo o moich poglądach, jeśli poruszany jest temat wiary i religii to wtedy tak 🙂 Ale przecież Bóg jest jeden 🙂 W podróży zawsze staram się być na niedzielnej mszy o ile to możliwe, jak do tej pory nie miałam dużych problemów, najwięcej czasu spędziłam w Peru i tam jest dużo kościołów katolickich i nawet podróż do dżungli wypadła mi tak, że w niedzielę akurat byłam w miejscu z kościołem 🙂 Ale też to wszystko jest dla nas, dla ludzi i jeśli chcielibyśmy, ale nie mamy możliwości uczestniczyć we mszy świętej to myślę, że nie jest to problem ani grzech. Ważne żeby nie zaniedbać modlitwy i relacji z Bogiem, ja zawsze jestem przepełniona wielką wdzięcznością za każdą moją podróż i za piękno świata, które mogę oglądać 🙂

    • Goralewski pisze:

      Ja jestem katolikiem z odzysku :O owszem – nawróconym. I wciaz jednak widze jak mi daleko do jakiegoś ideału, czytjąc jak dla Was wszystkim sprawa niedzielnej mszy jest ważna. wyglada to na autentyczne. wsród moich znajomych zupelnie abstrakcyjne jak sądzę. Imho modlitwa gdzies w gorach ma taka sama wartosc jak bieganie z wywalonym jezorem w poszukiwaniu jakiegokolwiek koscioła

  17. Monika pisze:

    Dziękuję za ten wpis. Moim zdaniem chodzi o to, żeby w podróży dołożyć wszelkich starań, aby w niedzielę uczestniczyć we Mszy św. By siebie nie usprawiedliwiać, nie tłumaczyć i nie odpuszczać. Jeśli jednak nie jest to możliwe to warto w inny sposób podkreślić wyjątkowość tego dnia, jego szczególne znaczenie. Modlitwa w ciszy lub udział w nabożeństwie innego wyznania – to kwestia indywidualna – Bóg do każdego dociera w inny sposób. Ściskam:)

  18. angelika pisze:

    Dzięki za ten wpis. I za odwagę. Rzeczywiście, nigdzie w necie nikt tego nie poruszył chyba jeszcze Wiele razy opuściłam niedzielną mszę będąc w podróży. Teraz dzięki tym wypowiedziom trochę inaczej będę na to patrzeć

  19. mleko pisze:

    Dla mnie nie ma problemu w tym temacie, gdyż… nie chodzę do Kościoła (z wyj. wizyty czysto turystycznej czyt. zwiedzania)

Skomentuj! Podziel się z nami opinią!


Ilość komentarzy: 26

Comment moderation is enabled. Your comment may take some time to appear.

O blogu w mediach