Home Ciekawe miejsca w Ameryce Środkowej Nasz pierwszy wulkan w życiu. Niezapomniany trekking na Santa Ana w Salwadorze

Nasz pierwszy wulkan w życiu. Niezapomniany trekking na Santa Ana w Salwadorze

Autor: Ania Nowak | niedziela, 10.08.14 | 1 komentarzy

Mieliśmy plan. Prosty, jasny, konkretny i bardzo ważny.  Że będąc w Ameryce Środkowej na sto procent wejdziemy na któryś wulkanów. Jak wiadomo jest tam ich pod dostatkiem! Właściwie, w którą stronę się nie obrócisz – tam wulkan. Wulkan, tu wulkan, o tam też wulkan. Być może i pod Tobą.
Początkowo miała to być Pacaya w Gwatemali ale okazało się, że ten jeden z najbardziej aktywnych wulkanów na całym świecie właśnie w tym czasie eksplodował. 3 dni wyłączone z eksploracji. – Sorry nie pomożemy Wam tam wejść.

No ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Skoro nie Pacaya, to Santa Ana w Salwadorze – tak postanowiliśmy. No i nie byliśmy rozczarowani, ani trochę!
Teraz najśmieszniejsze. Jak wiecie – lub nie, Góra Św. Anny, ta na Śląsku to dawny wulkan. W uśpionym kraterze znajduje się amfiteatr. I tak po prawdzie to był nasz pierwszy wulkan w życiu. Ten jednak – również Św. Anny był… hmmm kilka razy wyższy.


Wiec zorganizujmy to sami…

Wulkan Santa Ana znajduje się w Parku Narodowym Cerro Verde. Żeby się tam dostać, musieliśmy udać się na mały dworzec w mieście Santa Ana gdzie nocowaliśmy, znajdujacy się na rogu ulic tuż przy supermarkecie Selectos (tak przy okazji – można tam zrobić całkiem tanie sprawunki). To kolonialne, kolorowe miasto, słynące z pięknej katedry, do którego dość łatwo dostać się autobusami z Guatemala City i jest najlepszym punktem wypadowym w te rejony. I generalnie całego zachodniego Salwadoru.

santa ana salvadorWidok na Santa Ana z dachu naszego hostelu

Jadąc stąd do Cerro Verde przez ponad godzinę wspinamy się krawędzią olbrzymiej kaldery nad cudownym Jeziorem Coatepeque. Marcin ciągle wymawiał z lokalsami „Kokotepe”. Na właściwy chickenbus czekaliśmy na obskurnym dworcu na krawężniku jakąś godzinę. Co chwila tylko obok nas „chlust!” resztki kurczaka, „chlust!” wiadro pomyj. Gdzieeee nasz czikenbus!?
Nad totalnie pustym jeziorem, stoją totalnie puste hotele, totalnie puste rezydencje nie wiadomo kogo i totalnie puste restauracje. Większość z nich na drewnianych pomostach nad totalnie pustą taflą wody. Nawet rybaków nie widać, tylko gigantyczną, ciemną sylwetkę wulkanu, na który jutro wejdziemy. O samym jeziorze jeszcze napiszemy więcej, ok?

Dzień później. Wczesny poranek. Oczywiście chickenbus o numerze 248 (właśnie one tam jeżdzą – co jest naszym zdaniem już dużą atrakcją na trasie ponad 2-godzinnej) wyjechał później o jakieś 30 minut, no ale oczekiwanie to zrekompensowała nam informacja o cenie biletów (jakieś 2 złote od osoby) Super!
Gdybyśmy wiedzieli, że się spóźni, to pewnie biegiem wrócilibyśmy się jeszcze do naszego hostelu, bo okazało się, że zostawiliśmy w gniazdku włączoną ładowarkę do telefonu i mielismy straszne wizję, że po naszym przyjeździe z parku narodowego, zastaniemy już tylko zgliszcza…. Ale to tylko nasza czasem panikarska natura się odezwała! Potem już zapomnieliśmy o tym. Bo były powody. Dworzec znajduje się jakiś kilometr na wschód od tego głównego, z dnia poprzedniego, przy miejskim targowisku – weźcie to pod uwagę.

Dobra, no to jedziemy! Razem z nami także kilkoro innych turystów, Peru, Niemcy, Francja, Finlandia. Na następnych przystankach wchodzą miejscowi, no i oczywiście sprzedawcy…

– Może bananka, może cukiereczki, a może fresco albo nie – pewnie skusicie się na mazaki lub baterie? – W czasie drogi pojawiło się, bagatela – ponad dwudziestu. – Nie dziękuję, dziękuję, naprawdę dziękuję… – Nieeee, gracias, gracias….

Czas przejazdu to około 1,5 godziny ale ostatni fragment trasy był najbardziej ekscytujący. Bus wspinał się cały czas w górę krawędzią wulkanicznej kaldery, po prawej stronie za oknem mogliśmy podziwiać bladoniebieskie lustro Jeziora Coatepeque – skutecznie mogącego rywalizować z Atitlan w Gwatemali w pojedynku na „piękno”.

jezioro coatepeque

Potem chickenbus wjechał w strefę mgły i chłodu – to tutaj zrozumieliśmy, że jednak dobrze, że wzięliśmy ze sobą bluzy. Za oknem mleko…

Wysiadamy. Autobus nie podjeżdza pod samą budkę, gdzie należy kupić bilety wstępu do Parku Narodowego Cerro Verde (kosztuje 3 dolary od osoby), trzeba przejść jakieś 500 metrów na nogach. Tam znów musimy trochę poczekać. Zaczyna się niepewność. Ale czemu?
Wycieczki na wulkan Santa Ana, a także na kolejny wulkan – Izalco wyruszają tylko i wyłącznie o godzinie 11:00. Czas ten postanowiliśmy wykorzystać na zjedzenie pożywnego tradycyjnego śniadania (desayunos) – oczywiście nie zabrakło tortilli, jajka i pasty z czarnej fasoli. No Avocado. Avodaco musi być! To śniadanie wcinają wszyscy na miejscu. Część gości, obsługa, strażnicy. Marcin wcina ze smakiem, ja podchodzę sceptycznie. Co kto lubi.

IMG_0965

Wybór: Izalco czy St. Anna i uzbrojeni policjanci

W końcu zbiera się dość liczna grupa turystów i pojawia się przewodnik, a właściwie dwóch. To młodzi chłopcy, którzy tłumaczą, że są wolontariuszami, po czym informują, że należy jeszcze uiścić opłatę w wysokości 1 dolara od osoby – dla przewodników właśnie. Z każdą wycieczką na szczyt Santa Ana lub na Szczyt Izalco ruszają także umundurowani i uzbrojeni policjanci – to policja turystyczna, tak dla naszego bezpieczeństwa (podobno zdarzały się tutaj naprawdę dość często kradzieże lokalnych rabusiów. Kiedyś… Teraz raczej już nie). Uwaga! Generalnie nie wolno samemu udać się na szlak.

Zanim rozpoczniemy nasz trekking, przewodnik pyta, którą trasę wybieramy – z tego punktu można ruszyć na wulkan Santa Ana lub na wulkan Izalco. Większość wybiera ten pierwszy, bo trasa jest przyjemniejsza, łatwiejsza, w przeciwieństwie do tej prowadzącej na szczyt Izalco wiodącej po kamieniach i popiele. Poza tym przy dobrej widoczności i tak widać smukłą sylwetkę Izalco i majaczące w oddali wybrzeże Pacyfiku z naszego szlaku. Nam się nie udało.

Najpierw idziemy przez las deszczowy (zwany tu lasem mglistym) z nieznanymi nam gatunkami drzew, jest wilgotno, dość chłodno, niezwykle. Potem wchodzimy na prywatną „posiadłość” – teren należący do jakiejś dość skromnie żyjącej rodziny a potem właścicieli ziemskich, co oczywiście wiąże się z koniecznością uiszczenia kolejnej opłaty – chyba 6 dolarów od osoby. Słyszymy za naszymi plecami jak jeden z turystów (nomen omen z Niemiec) mówi pod nosem – mam nadzieję, że to już ostatnia opłata. Szczerze mówiąc my też mieliśmy taką nadzieję! To się nazywa dochód odcinkowy 🙂

IMG_0973

Trasa prowadząca na szczyt wulkanu Santa Ana, który przypomnijmy ma wysokość 2381 metrów n.p.m i jest najwyższym szczytem w całym Salwadorze, nie jest zbyt wymagająca – no może ostatni fragment, bo dość stromy i nieosłonięty od słońca i wiatru.
Wejście trwa około 2,5 godziny, oczywiście wytrawni trekkingowcy pokonają tą trasę szybciej. Byliście w Tatrach? Albo choćby na żółtej perci na Babiej Górze? Dalibyście śmiało radę!
No ale nie chodzi przecież tylko o to, żeby zdobyć kolejny szczyt – tu trzeba się nacieszyć widokami, chłonąć zapachy, uwieczniać krajobrazy… Mieliśmy spore oczekiwania, co do piętrowości klimatycznej, widoków innych, niż wszystkie. Nam na szczęście pogoda bardzo sprzyjała – nie było gorąco, choć ładnie świeciło słońce. Z wejściem nie miał problemu nikt z naszej małej grupy.

IMG_0984

Idąc pod górę, w kierunku szczytu mieliśmy okazję kilkakrotnie zobaczyć zastygłą lawę, wyżłobione przez piekielnie gorącą magmę wąwozy i strasznie ciekawe rośliny – stwierdziliśmy, że to taka salwadorska kosodrzewina! Te endemity nieźle prezentowały się na tle surowych, księżycowych stoków. Niczym zastygłe sylwetki skutecznie urozmajcające kompozycję kadrów zdjęciowych u Marcina.

Jaki to odcień zieleni?

No i w końcu jesteśmy na szczycie. A tutaj – cud natury! Solidne wynagrodzenie, wizualny szok. Tak, tego nie można inaczej określić! Przestajemy się dziwić, że wulkan Santa Ana zaliczony został do jednego z Siedmiu Nowych Przyrodniczych Cudów Świata – uplasował się na naprawdę wysokim miejscu, blisko chilijskiego Torres del Paine. Zasłużenie.

IMG_1053

Na dnie uśpionego krateru wulkanicznego mieni się szmaragdowe jezioro. Odcienie zieleni mieszały się z lekkimi cieniami chmur, wszystko tam na dole jakoś tak powoli „tańczyło” ale sprawiało wrażenie toksycznej zupy. Wrażenie wspaniałe, zdjęcia też całkiem fajne wyszły, rozkładamy się na kamienistej krawędzi kaldery i celebrujemy przede wszystkim fakt, że po raz pierwszy udało nam się wejść na wulkan! Motyl był oczywiście z nami!

Chcecie zerknąć na krótkie wideo?

Po godzinie nakarmienia się tym szmaragdem, wracamy do miejsca, gdzie rozpoczęliśmy naszą trasę. Ciekawostka – szlak powrotny przez długi czas wiedzie… pod górę. Piszemy to, bo jeśli kiedyś zdecydujecie się na trekking na St. Anna – będziecie uprzedzeni o tym dość irytującym wielu fakcie.
Mgła na dole jest tak gęsta, że nie widać kompletnie nic! Na szczęście wiatr przewiał to gęste mleko i byliśmy w stanie wypatrywać naszego powrotnego chickenbusa, który tym razem podjechał aż na parking przy naszej „śniadaniowni”. Uwaga, ostatni i jedyny bus powrotny wraca do St. Anna o 15.30.

Po powrocie do hostelu – sukces! Okazało się, że jednak nie spłonął… Jutro kierunek – San Salvador i La Libertad.

I jeszcze raz całą wyprawa od nowa. Więcej zdjęć

IMG_0949Tak wygląda Santa Ana, drugie co do wielkości, kolonialne miasto Salwadoru

IMG_0954

IMG_0951

IMG_0969   IMG_0967
Marcin testuje uszyty przeze mnie z rękawa jego swetra pokrowiec na aparat. Plus drzewo jak z Tolkiena

IMG_0977
Jesteśmy już na szlaku. Oczekiwany czas podejścia – 2 i pół godziny

IMG_0995

IMG_1090   IMG_1085

Las mglisty. To unikalny i rzadki rodzaj zbiorowisk roślinności. To zupełnie coś innego, niż las równikowy. Porasta zazwyczaj góry lub wulkany, dzięki konkretnym wysokościom, panuje tu dość często wysoka wilgotność. Ale w formie niskich podstaw chmur i mgły. Większość roślin żywi się wodą zawartą w powietrzu, nie w glebie. Dla nas to pierwsza tego typu dżungla, jaką widzieliśmy. Zaraz po tej klasycznej z północnej Gwatemali

IMG_1087

IMG_1082
Tak było przez większą część poziomu 1500-1800 metrów. I wcale nie było gorąco

IMG_1075

IMG_0997

IMG_1009   IMG_0999
Endemiczne rośliny wulkaniczne plus dominujące wrzośce i agawy

IMG_1013

IMG_1014
A co to za piekło tutaj na stokach stożka?

IMG_1045

wulkan santa ana treking salwador

IMG_1035
O ten kolor pytał Was Marcin na facebooku, gdy uzupełniał ten wpis po mnie. Szmaragdowe jezioro w kalderze

santa ana volcano salvador
Sukces!

 

Podobał się wpis? Podaj dalej:

Skomentuj! Podziel się z nami opinią!


Ilość komentarzy: 1

Comment moderation is enabled. Your comment may take some time to appear.

  1. JanO napisał(a):

    Szmaragdowe jezioro bardzo ciekawe. Na pierwszy rzut oka wyślałem ,że je ktoś przerobił w gimpie albo w photoshopie 🙂 ale bardzo ciekawe.

O blogu w mediach