Home Blog Nasze relacje i zdjęcia Karaibska wersja Gwatemali. Livingston, Playa Blanca i kolory Ludu Garifuna

Karaibska wersja Gwatemali. Livingston, Playa Blanca i kolory Ludu Garifuna

Autor: Marcin Nowak | sobota, 2.08.14 | 6 komentarzy

IMG_0736Łódź publiczna, łącząca Rio Dulce z Livingstone. Jedyna droga

To już ostatni odcinek z relacji z Gwatemali. Z wpisami na blogu przeniesiemy się teraz do Salwadoru. Na sam koniec zostawiliśmy to, co w istocie było zwieńczeniem naszej podróży po tym kraju – odrobina czystych Karaibów w Ameryce Środkowej.


To, co spotkało nas w Rio Dulce mocno nas zawiodło. Dym, hałas motorynek, ogromne spaliny i nawoływanie. To „wąskie gardło” północnej Gwatemali, więc nie ma się co dziwić. Ciężko było w tym miejscu wytrzymać. Po godzinie, leżymy na trawniku pod zamkiem San Felipe, po dwóch godzinach przecinamy w łodzi wody Jeziora Rio Dulce i El Golfete, które stopniowo przechodzi w rzekę o tej samej nazwie.gwatemala-belize-rio-dulce-mapa-wybrzeza

Rzeka z kolei wbija się w wapienny wąwóz, którego porośnięte tropikalną roślinnością ściany sięgają nawet 300 metrów. Po jakimś czasie dopływamy do małego zaniedbanego portu.
Sporo budynków jest pustych, zardzewiałe kutry rybackie bujają się wraz z dziesiątkami pelikanów. Macha do nas z daleka facet z wodnej stacji benzynowej, część pasażerów to lokalni autochtoni, podekscytowani. Witamy w Livingston. Najdziwniejszym miejscu Gwatemali.

Miasto poza dżunglą

Do Livingston można dopłynąć tylko łodziami. Nic nie podkręcamy. Tak jest. Dwa razy dziennie kursują te publiczne z Rio Dulce. Co chwile jakieś prywatne. Łódź publiczna pomieści 30 osób, na czubie piętrzy się zawsze ogromna kupa bagaży, z tyłu ciągle czuć smród benzyny.

W porcie gwar – szybko zorientowaliśmy się, że tak zwane „dolne miasto”, blisko nabrzeża to serce tego miasteczka. Wszyscy się tu znają, grają w karty, rozmawiają, nagabują turystów, witają turystów, żegnają turystów. Wszyscy mają ciemny kolor skóry. Czujemy się jak na Kubie albo Dominikanie.

IMG_0896

Livingstone zamieszkuje lud Garifuna – potomkowie niewolniczej, karaibskiej ludności, sprowadzonej z Afryki. Poza wybrzeżem Gwatemali zamieszkują jeszcze Belize, wyspę Roatan i wybrzeże Hondurasu. Do dziś ich wierzenia to miks wiary chrześcijańskiej, animizmu i szamanizmu. Zostało ich na świecie kilkadziesiąt tysięcy. Jak ktoś ma dość latynoamerykańskiej wersji świata w Ameryce Środkowej, ucieka na północne wybrzeże do Garifuńczyków.

Szukamy hotelu. Wybór nie jest gigantyczny, ale podobno jest tanio. Można albo iść w lewo za boiskiem piłkarskim – szukać tanich miejscówek, wieloosobowych, blisko portu albo… iść za intuicją w prawo. Najpierw przejechaliśmy się na jednym hotelu, gdzie najpierw ustaliliśmy kwotę za dwie noce a jak wróciliśmy ze spaceru uznano, że to kwota za jedną noc. Ten sam sztuczny uśmiech „nie, senior, nie seniora, mówiłam wyraźnie”. Jasne…
Potem trafiliśmy do małego hosteliku Dona Alida, do którego wchodziło się przez… najzwyklejszy dom. Pustki, biegają dzieciaki, psy, jakaś papuga. Wołamy… – Czy ktoś nas tu przekimaaaaa!!??. Nawet psu się nie chciało odszczeknąć…
Wszystko skończyło się tym, że dostaliśmy mały pokoik z tarasem w typowo karaibskim domku tuż nad morzem za 1/4 kwoty z poprzedniego hotelu. Około 60 zł na nocleg. Z kibelkiem oczywiście. Prawie własny taras, hamak, można postawić colę na barierce i jak się rozbujasz 0 dosięgniesz jej.
W Livingston musicie sami szukać noclegów, bo na stronach internetowych prawie nic nie ma. Albo jakieś 5%. Ale my polecamy ten nasz – to była jedna z największych niespodzianek całej podróży. Strona www hotelu

IMG_0741

Następnego dnia moczymy stopy w gorącym morzu tuż pod własnym tarasem. Co chwila woda wyrzuca na brzeg jakieś fragmenty kokosów. Coś jest na rzeczy. Po chwili płyniemy małą łodzią z młodym chłopakiem (na oko 16 lat). Mijamy północny brzeg Livingstone i brniemy dalej w kierunku granicy z Belize. Gdy za lewą burtą nikną zabudowania a właściwie kryte strzechą bangalowy i drewniane palisady – łódź przybija z trudem do małego pomostu w środku dżungli.

Postanowiliśmy zobaczyć rezerwat Siete Altaires, czyli 7 Ołtarzy. A co! Dla tych, którzy byli w Gwatemali a nie mieli okazji zobaczyć zjawiskowych kaskad Semuc Champey (czyli np. my) to zawsze jakaś namiastka raju w dżungli. Przedzieramy się przez spocony (tak samo jak my) las boso, głównie po wilgotnych kamieniach. Gdzieś na końcu ścieżki wyrasta kilka wodnych kaskad i wodospadów, wyżłobionych w podatnej na erozję skale. Woda jest niezwykle czysta ale jednocześnie turkusowa. Przyjemnie. Jakieś straty? Jeden sandał :/

Playa Blanca. Nasza pierwsza rajska plaża

IMG_0868

Celem całej krótkiej wyprawy łodziami jest Playa Blanca. Jeśli chwycicie kiedyś w dłoń książki o Gwatemali i poszukacie informacji na temat rajskich miejsc do wypoczynku, traficie na tą nazwę. Południowe wybrzeże Gwatemali (Pacyfik) jest duszne, malaryczne i bagniste, północne w sumie również, oprócz małego wyjątku – okolic granicy z Belize – między innymi Playa Blanca – rajska plaża, schowana daleko przed oczami turystów. Codziennie odwiedzana jest przez dosłownie kilka osób lub… zero osób. My byliśmy jednymi z tych kilku osób. Generalnie średnia na miesiąc to kilka osób na dzień.

Każdy marzy o tym, by znaleć się kiedyś w takim miejscu. No nie mówcie, że nie. Palmy, biały piasek, ciepła woda, fale, hamaki, kokosy… To było jedno z naszych marzeń. Co prawda tych bardziej przyziemnych ale przyjemnych. Tych marzeń „tanich” ale za to prawdziwych. Pobujać się na hamaku, gapić się w korony palm i popijać drinka z kokosa.
Był tu Enrique, gość, który żyje z tych kilku osób, które tu przybywają. Sprzedaje obrane kokosy albo koko – loko. Czyli to samo, ale uzupełnione o lampkę rumu w środku.

Playa Blanca bardzo nas uspokoiła. Ania lekko muskała palcami o piasek, ja leżałem z pół godziny cierpliwie, by złapać dla Was moment, w którym z nory wychodzi krab. Nakręciłem film, który zawsze będzie nam przypominał Gwatemalę i pozwalał się do niej teleportować. I nic mnie nie obchodzi oskarżenie o tani sentymentalizm!

W Livingstone spędziliśmy łącznie prawie 3 dni. Jednego wieczoru pałaszując garifuńskie rarytasy – głównie ryby w różnego rodzaju sosach, zupach czy zalewach. To znak rozpoznawczy garifuńskiej kuchni. I całej karaibskiej – ryby na różne sposoby, ale najczęściej w zupie rybnej. Świetne to było. Knajpa, w której jedliśmy to Happy Fish, która nomen omen jako jedyna „instytucja” organizuje tego typu wypady łodziami z portu.

garifuna kuchnia dish

Trochę informacji praktycznych, dla tych, którzy jakimś cudem trafią tu do nas a będą myśleć kiedyś nad odwiedzeniem tego miejsca na świecie:

W Livingstone są dwa bankomaty, z których działa tylko jeden a drugi – jak mu się podoba. To ważne. Kurs łodzią tutaj kosztuje około 12 dolarów i trwa dwie godziny. Jedna startuje o 14:00 druga – niestety różne. Raz po 17:00 raz rano o 9:00. Ale ta o 14:00 to pewniak na 100%.
W drodze powrotnej łódź zatrzymuje się przy gorących źródłach, które… naprawdę są gorące. Livingstone to jedno z najniebezpieczniejszych miejsc w Gwatemali po zmroku. Podobno, bo osobiście po zmroku nas na ulicach nie było i tego nie wiemy, ale rzeczywiście tylko tu, podczas całego naszego pobytu zaczepiał nas jakiś pijany albo naćpany gość, nie chcąc się odczepić przez pół godziny.
Miasto to dziwne, bo większość budynków to tak naprawdę drewniane budki. Nie ma tu taksówek. Jest kościół i kilka restauracji. Noclegi wahają się od 20-30 zł w dormach, przez przypadkowe okazje za 50-60zł – ja u nas po drogi hotel typu Villa Caribe, gdzie noc jest droższa niż 100 zł. Są sklepy, ale bardzo ubogie, produkty są droższe niż w Rio Dulce, co jest logiczne, skoro muszą tu dopływać. Zamawiając łódź w Happy Fish liczcie się, że popłyniecie sami. Łódź podpłynęła po nas pod chatkę, ale może startować z portu.
Co ciekawe z Livingston jest możliwość dostania się większą łodzią do Belize (i w drugą stronę) do portu Punta Gorda czy nad belizyjskie rafy koralowe oraz na wschód do Puerto Barrios.

A teraz obiecane więcej zdjęć:

Gwatemala LivingstonGłówna „ulica” miasteczka a po prawej ta knajpa, o której pisaliśmy

IMG_0900

IMG_0899To jest ten hotel, którego nie polecamy, bo oszukujo…

IMG_0898

IMG_0744Po prawej Ania a po lewej nasza chałupka. Przyznacie, że nam się udało… ?IMG_0749

IMG_0805

IMG_0795

IMG_0818   IMG_0831

IMG_0877

IMG_0872

playa blanca w gwatemali

IMG_0839

IMG_0828

IMG_0825

 

Podobał się wpis? Podaj dalej:

Skomentuj! Podziel się z nami opinią!


Ilość komentarzy: 6

Comment moderation is enabled. Your comment may take some time to appear.

  1. Friki Afriki napisał(a):

    Hej! Ale mieliście piękną pogodę (przynajmniej na zdjęciach!). Właśnie siedzimy w Livingston w oczekiwaniu na to, co wydaje się nieuniknione – deszcz… zapowiadają przez cały następny tydzień, a zrobiliście nam apetyt na Playa Blanca. Fajny blog, pozdrawiamy! Ania i Piotr

  2. Świetne zdjęcia! Mi się już od dawna marzy Ameryka Centralna, ale wciąż mi tam jakoś nie po drodze 🙂

  3. Paczki w podrozy napisał(a):

    Livingston wyglada zupelnie jak Caye Caulker w Belize!

    • Wędrowne Motyle napisał(a):

      Tylko tamta jeszcze bardziej Karaibska.
      O właśnie Paczki. Was się info, że „tylko łodzią” nie dotyczy, bo na upartego dojedziecie tam na motorach szutrami przez dżunglę i pastwiska mijając Cayo Piedra po zachodniej stronie El Golfete 🙂

  4. Selwa napisał(a):

    Cudowne, przepiękne i bajeczne zdjęcia. Zwłaszcza to na werandzie – przypomina trochę leniwą atmosferę południowych stanów USA.
    Robicie świetną robotę. I że też wam się chce tak to wszystko rysować na papierze 🙂

O blogu w mediach