Home Blog Ciekawostki Nasz blogowy backstage. Z czego korzystamy? Na czym tworzymy?

Nasz blogowy backstage. Z czego korzystamy? Na czym tworzymy?

Autor: Marcin Nowak | środa, 20.01.16 | 64 komentarzy

Niezwykle ucieszeni tegorocznym „Rankingiem Najbardziej Wpływowych Polskich Blogów”, spieszymy donieść, że nie ma przestoju i dziś na blogu drugi z cyklu postów, podsumowujących nieco rok miniony, choć ten podsumowuje wręcz ostatnie cztery lata. Czyli nieco o blogowaniu od kuchni. Z naszego punktu widzenia. A jednocześnie post taki, raz na zawsze będzie odpowiedzią na bardzo często zadawane nam pytania, jak łatwo się można domyślić:

Jak Wy to robicie? Czym Wy to robicie? Kiedy Wy to robicie? Jakim cudem Wy to robicie? Itd, itp…


IMG_4228

Z góry przepraszamy za cytowanie być może Twojego pytania w mailu, prywatnej wiadomości czy via snapchat (też!), ale sporo blogerów po jakimś czasie tworzy taką zakładkę czy zestawienie, w którym zbiera potencjalne odpowiedzi na takie pytania w jednym miejscu i… ma spokój 🙂

No dobrze, do zebrania tego tutaj skierował nas automatycznie post z początku roku z podsumowaniem 2015 roku. A, że za chwilę miną dokładnie 4 lata naszego blogowania, 4 lata od poziomu „rodzina, znajomi, zagubieni wędrowcy” do poziomu „200 tys. czytelników w miesiącu”, to warto pokazać, że warto trzymać poziom, być systematycznym i nawet jeśli swoje blogowanie traktuje się jako rzecz drugoligową a nawet trzecioligową, to traktować to profesjonalnie. Z całym „dobrodziejstwem inwentarza”.

Zdecydowanie można uznać, że 70-80% pieniędzy zarobionych na blogu inwestujemy w następne podróże, abonamenty i… sprzęt. A reszta idzie do „blogowej skarbonki”, na różne akcje, pomysły, projektowanie takich ciekawostek jak np.„Barwy Podróży”. Oraz na czasy, gdy „nikt nie będzie się interesował podróżniczymi blogami”. Bo mogą takie nadejść, prawda? Dużo bardziej wolimy podejmować współprace takie jak ta, gdy ktoś chce pokazać się „przy okazji” czegoś, co i tak robimy a nie, że my coś zachwalamy, polecamy itd… Uff.

W takiej sytuacji to jest właśnie okazja, by napisać trochę o naszym blogowym zapleczu oraz pokazać jak „łatwe, proste, banalne i darmowe jest profesjonalne i systematyczne blogowanie”. I na czym pracujemy. Od stron, programów, aplikacji, sprzętu foto, po komputer. Domowy i „terenowy”.

Jakiego sprzętu używamy do robienia zdjęć i obróbki?

IMG_6847

Marcin w Mosznej. Autoportret z Canonem 🙂

Pewnie zdziwicie się po co nam tyle telefonów, ale 2 na głowę to dla ludzi przezornych optimum, a telefon to dzisiaj raz, że niezwykle potrzebna rzecz, dwa zwiększa poczucie bezpieczeństwa (jeśli z nim nie paradujesz).
Co do sprzętu foto – jak widać okres naszego blogowania dzieli się na dwie części. Pentaksową i post pentaxową albo precanonową i canonową. Jak kto woli. Od niedawna, ze względu na intensywny rozwój wideo, jest to etap canonowo-lumixowy.

Sony xperia Arc S. Telefon jest z nami od 5 lat i nie zawodzi pod jednym względem – wytrzymałość baterii i wydajność. Pomimo, że to już – jak na realia smartfonowe – staruszek. Śmiga 5 dni bez ładowania, co oznacza jedno – jest naszym największym „backupem” jeśli chodzi o kontakt z krajem, rodziną, w „razie czego”. Zdjęcia z niego nie spełniają już naszych standardów, więc nie oglądacie ich na blogu/fp od dobrych 3 lat. Ale w czasie podróży jest naszym głównym odtwarzacze mp3 (najważniejsze płyty) i audiobooków.

Nokia Lumia. Główny telefon najbardziej intensywnego okresu naszego blogowania. Świetnie się sprawdza jako aparat „frontowy”. Rzeczywiście ma jedne z najlepszych parametrów jeśli chodzi o aparat z przodu i często to wykorzystujemy. Fajnie łapie dźwiek. Niestety na Windows Phone brakuje wielu aplikacji. Ale za to jest Here, które na długo przed google maps miało opcję map offline. No i Instagram oraz nasza główna aplikacja bankowa. Na wszelki wypadek.

Iphone 5s. Telefon, który służy nam okazjonalnie. Również jako „backup” w sytuacjach nadzwyczajnych, np. kontaktu z miejscem pracy czy monitorowaniem „co tam się dzieje”. Natomiast często służy jako dyktafon lub aparat fotograficzny, gdy nie chce się wyciągać lustrzanki, bo robi bardzo dobre zdjęcia, albo podręczna montażownia. Szczegóły w ostatnim punkcie 😉

Honor 7. Obecnie nasz główny telefon, totalna żyleta jeśli chodzi o fotografie, z uwagi na wielkość pełni funkcję mikrotableta, np. dla google maps, uczymy się dopiero androidowych aplikacji do montażu. Również przydatny jako dyktafon. Obecnie najczęściej jako konsola do gierek. I to go trochę dobija 😉

I w tym momencie polecamy Wam nasz bardzo świeży poradnik fotograficzny o fotografowaniu… smartfonem. Czyli „Jak lepiej robić zdjęcia telefonem”

Oraz drugi poradnik Już nie nasz a Marcina Mossakowskiego (pseudonim Mosak). O kręceniu filmów z podróży. Dla początkujacych

IMG_4563

Niebieska Ania w Sintrze. Portret z Lumixem

Pentax K10. Lustrzanka kultowa, lustrzanka pierwsza. Na niej uczyłem się fotografii jakieś 8 lat temu, z niej korzystałem w pracy dziennikarza i reportera. Oj dużo napstrykała, dużo widziała. Trzeba przyznać jedno – Pentax jest dla specyficznej grupy osób, to się czuje w tej społeczności. A ten model był kultowy, bo był niezniszczalny. Przetrwał piaskową burzę i piasek, błoto, kałuże, wapno. Jego szczelność jest legendarna. Niestety z czasem miał jeden mankament – nie kręcił wideo. Dlatego zdecydowałem się na zmianę modelu i marki a aparat przeszedł na mojego młodszego brata. Przebieg na pewno powyżej 15.000.

Canon 60d. Jest z nami od prawie połowy blogowania, czyli od lata 2013. Można powiedzieć, że na tamten czas był to najlepsza lustrzanka do chcących rozpoczynać swoją przygodę również w wideo. Na równi z dobrym foto. Dziś już tak nie jest, ale parametry tego długo trzymały się w czołówce. I to możliwość kręcenia w 50 fps! Wejście mikrofonowe,odchylany liveview. Miał wszystko. I nadal ma – czego potrzebuję. Pewnie zmienię zdanie, gdy zapragnę pełnej klatki. Ale na razie nie pragnę.

Panasonix Lumix gh4.  Najświeższy nabytek, jest z nami od końca jesieni. Ale już się kochamy. Potrzebowałem małego, ale potężnego sprzętu pod materiały wideo i z polecenia m.in. Marcina Mossakowskiego nabyliśmy Panasonica Gh4, najlepszego bezlusterkowca dla średnio zaawansowanych filmowców. Pomimo, że nie jest to pełna klatka, to materiał w 4K oraz prawie 100fps robi wrażenie. No i jest mega lekki i mały. Część ujęć z filmu „Alpy” powstało już tym sprzęcikiem.

Obiektywy: Tamron f2.8 17-50 – świetny obiektyw uniwersalny właściwie nie ma konkurentów na rynku (nawet Sigma mu nie dorównuje) z uwagi na te funkcje, które dla nas są ważne, czyli stosunek jakości do ceny, stałe światło oraz… stabilizacja wideo VC – działa pięknie, cudownie, bez niej jak bed ręki. dzięki temu również mogę nagrywać tak płynne ujęcia 9oczywiście po wielu miesiącach ćwiczeń) bez żadnego flycama czy slidera. Drugi to jasny Canon 60mm o jasności 1.8, służący w 20% do ujęć wideo, czasami do zdjęć oraz od zupełnie niedawna Nowy ultraszybki Tamron 35mm o świetle… 1.8f. Oczywiście też ze stabilizacją wideo. Oj, będzie sie działo.
Przy Panasonicu jest na razie „kitowy” obiektyw o świetle 3,5f – 5.5, natomiast myślę o reduktorze dla obiektywów z canona.

Jakie przedmioty targamy z sobą w podróż?

IMG_4351

Wnętrza Ani plecaka w czasie wyjazdu „krótkiego”, czyli takiego na kilka dni

Bank energii. Mamy TP-Link m360 i wystarcza na 3 do 5 pełnych ładowań wybranego telefonu. Co przy wypadzie 2-3 dniowym pozwala nam… nie przejmować się dostępnością do gniazdek, serio. A warto nadmienić, że nas obecny netbook, Asus T 100 może być ładowany bez problemu z… właśnie banku energii. Fajnie mieć alternatywę i pełnię możliwości.

Mikrofon Audio Technica – Pierwszy nasz system do nagrywania audio do naszych filmów. Bardzo dobra jakość i wykonanie, gorsze… praktyczne używanie tego. Ponieważ to jednak jest kabel – nie uwierzycie ile nerwów czasami i brzydkich słów padało, gdy całość się tak poplątała, że przy odplątywaniu zaczęliśmy śpiewać pieśni patriotyczne.

Zestaw mikrofonów bezprzewodowych Boya Systems – kupiony przed wyjazdem do Indii. Bardzo fajnie działa, nawet do 100 metrów. Ale jest jedno ale… baterie trzymają krótko. Na tyle krótko, że na wyjazd daleki trzeba się zaopatrzyć albo w dodatkową ładowarkę do cienkich paluszków, albo kupić ich 4-5 zestawów albo kupować na bieżąco na miejscu. W przypadku mroznej pogody nawet 50% czasu. Bez sensu.

Mikrofon Rode – nowy nabytek, ze względu na sytuację opisaną powyżej. Sprawdza się świetnie, zbiera świetnie. Absolutnie niczego nie potrzebujemy więcej na razie. O ile wciąż będziemy preferować nagrywanie na telefon i zgrywanie potem z wideo. Do niego są aplikacje ios oraz androidowe, również firmy Rode, łatwo i przyjemnie eksportujące pliki np. do dropboxa czy na maila.

Selfie stick jakiś z allegro za 12 zł – No kupiliśmy go do Chin między innymi po to, by nam nie męczono buły, że „kup pan kija, kup pani kija”. A tu wracamy do Europy, jedziemy do Lizbony bez kija i co? „Kupcie kija, kupcie kija” wszędzie. Ogólnie nie jest to poręczne ani potrzebne, aczkolwiek wspólne selfie z Wielkiego Muru właśnie dzięki temu powstało. Do niego mamy wyzwalacz bluetooth. Nie wiemy ile to to pożyje, bo wygląda jak jednorazówka 🙂

Filtr UV Hoya 52. Właściwie powiemy Wam prawdę, pełni funkcję ochronną naszego najjaśniejszego szkiełka 1.8 canona. Rzadko pełni swoją najważniejszą funkcję do korekcji światła. A nie szkodzi jako zbroja do naszej portretówki. Która i tak rzadko jest używana coś ostatnio.

Dysk zewnętrzny Seagate 1tb. Kiedyś WD Passport, ale po różnych opiniach znajomych i historiach zaczęliśmy się bać. WD jest fajny, ale jakoś zdarza mu się losowo zachorować na amen. Więc stary WD 1 tb stał się nośnikiem danych „tu na miejscu” oraz kopii zapasowej systemów naszych laptopów a nowy, Seagate służy nam jako ten bieżący, podręczny i w czasie wyjazdów. Jest cichy, mały, szybki, wygląda na niezniszczalny. W cenie jest darmowa usługa trzymania danych w chmurze. Działa fajnie, polecam.

Pendrive kingston 32gb – ustrojstwo ma jedno zadanie. Dwa – trzy razy zebrać do swojego brzucha najważniejsze ujęcia wideo i trochę fotografii i pod koniec wyjazdu trafia na dno plecaka jako „backup danych rangi trzeciej”. Nie, nie trzeba tego połykać.

Karty SD klasy 10 i wyższe. Marki Sandisk i Kingston. Nie zawodzą. Chyba nie trzeba tłumaczyć po co karta SD? Ale już, że klasy 10 to ważne. Tak samo prędkość zapisywania danych powyżej 50mb/s. To w kręceniu wideo a zwłaszcza fulld hd jest ważne. Kiedyś, człowiek o tym nie wiedział i mu się karta buntowała w środku nagrania. W komplecie mamy jeden czytnik kart, który jednocześnie może być pendrive.

Notes i szkicownik – nieanalogowy, aczkolwiek niezbędny. Szkice, rysunki i sporo map powstaje w trakcie podróży a potem dopiero trafiają do skanera i photoshopa. Albo od razu do aplikacji Tam Scan i konwertowane są na jpg. Ale całkiem inaczej – w domowym, biurkowym zaciszu. Poza tym – pełni funkcję ochronną dla kartonowego motyla, który z nami jeździ i najważniejszych kopii papierowych.

Orteza kolanowa Marcina 😉 No niby śmichy, hihy, buzka, emotikonka, ale wcale nie jest to śmieszne. Od kiedy moje kolano i górna piszczel po wypadku posypały się na siedem kawałeczków i są poskręcane śrubkami jak Lego Technic, mam z sobą ortezę kolanową ze wzmacnianym metalowym bokiem „na wszelki wypadek”, jakby coś się odezwało w nieszczęsnym stawie. A i tak i tak zawsze piszczę na bramkach. Niektórym trzeba tłumaczyć, niektórym nie.

Jak widzicie, nie mamy czytnika e-booków, bo książki to raczej czytamy intensywnie przed podróżą a przewodniki raczej sami tworzymy w czasie podróży niż podróżujemy ich śladem. Nie potrzebujemy też głośnika, jak np. Pojechana przedstawiła w swoim zestawieniu. W jaki sposób pakujemy się na daleki wyjazd i jakim cudem zawsze mieścimy się z tym wszystkim w BAGAŻU PODRĘCZNYM mówiliśmy już w naszym specjalnym filmiku o tym jak się pakować na 2-3 tygodnie do Azji. No to jeszcze macie tu narysowane mniej – więcej:

plecakschematpakowanie

Schemat naszego plecaka w czasie wyjazdu „długiego”, czyli takiego na kilkanaście dni

Jakich programów i aplikacji używamy najczęściej?

Movie Maker/Avid Video Studio – To pierwsze programy do montażu, z którymi człowiek miał styczność. Na Avidzie montowałem większość naszych filmów z 2013-2014. Od 2015 mamy już dużo lepszy program

Edius – głównie zawodowo znam Ediusa (Marcin), czasami korzystam z tej wiedzy i umiejętności. To program klasy Adobe Premiere, aczkolwiek powiedzmy te pół poziomu słabszy. Nie jeden poziom, ale pół.

Adobe Lightroom i Adobe Premiere (abonament cykliczny), Inwestycja w pakiet Adobe jest kosztowna, ale prawdą jest też, co zapowiadali znajomi, zanim się pokusiliśmy na to – że warto. O ile tworzy się coś a nie tylko, próbuje. Tzn. że jest wart swojej ceny. Lightrooma wciąż poznaję, choć czuję się już na poziomie średnio zaawansowanym a Premiere to dopiero kilkumiesięczny debiut. Na Premiere powstały już takie filmy, jak np. „Chiny” czy „Alpy”. Podobno widać różnicę.

iMovie – Oczywiście chodzi o wersję mobilną. Od kiedy pozwala na montaż dwuliniowy filmów (długo wyczekiwany) można na nim stworzyć naprawdę fajne rzeczy z przebitkami i nie tylko. Kiedy wiemy, że nie planujemy kręcić większego filmiku ze scenariuszem i miejscami zaplanowanymi, kręcimy krótkie vlogi z przeznaczeniem na fb, lub ewentualnie na kanał YT. Tak powstał filmik z jeziora Como czy vlogi z Kioto.

Instagram – Nie, nie pomyliło nam się. Instagram świetnie sprawdza się jako program do szybkiej obróbki zdjęć. Contrast, światło, winieta, clarity i… gotowe. Potem wystarczy włączyć tryb samolotowy, by nie udostępniać zdjęcia, bo przeróbce a zamiast na naszego wallla, trafi… do folderu ze zdjęciami. A jak ma trafić na nasze konto na instagramie, to trafi. Dwa w jednym.

Camera+ –  Alternatywna aplikacja do obróbki zdjęć. Ma nieco więcej funkcji, niż IG, jest mocno uniwersalna no i stosowaliśmy ją często to wtórnego akdrowania i docinania fotografii. Obecnie naprawdę „mocno alternatywna”.

booking.com – Posiadanie statusu Genius oraz aktywnego konta na booking.com skłoniło nas to stałego posiadania tej aplikacji w podróży. Jako „backupu” noclegowego oraz szufladki z rezerwacjami. Ponadto dostaje się powiadomienia, gdy jakiś hotel lub hostel zwolni miejsce lub jest szansa na bardzo okazyjny „upgrade” pokoju na lepszy. Sporo opcji działa offline, ale najważniejsza potrzebuje wifi. Choćby na chwilę – przeglądanie i rezerwacja.

google docs – Absolutne zbawienie do takich czynności jak pisanie szkiców postów na bloga, list, tabelek z planem wypadu, czy dokumentów, które tworzy kilka osób. A nawet wrzucanie wszybkich pomysłów na miejsca i fakty/dane, które należy rzetelnie pokazać Wam potem na blogu. No i najważniejsze – darmowy i pewny bank plików. Zwłaszcza tekstowych. Byle nie przesadzić i nie trzymać tam bazy kont z hasłami.

Na jakim komputerze pracujemy obecnie w podróży?

IMG_2910

Jeszcze tylko „zapisz” potem „odśwież” i można wychodzić. Blogowy „backstage” w pensjonacie w Alpach

Obecnie pracujemy na netbooku ASUS Transformer Book T100, który dzięki uprzejmości ASUSA trafił do nas jakiś czas temu w ramach blogerskiej akcji #mójdzienz2w1. Nie napiszemy jak to netbook z nami spał w dżungli, był atakowany przez kraby, oblany tajskim piwem czy. Bo to nie jest staruszek, wręcz powabny młodzieniaszek, świeżo wypuszczony w 2015 roku. Ale jedno jest pewne – wystarcza na nasze priorytety i styl blogowania. Uznaliśmy, że jednak potrzebujemy komputera na podróż. Kiedyś obywało się bez tego (np. Ameryka Środkowa czy Bliski Wschód), ale właśnie dla oszczędności czasu „potem” uznajemy, że netbook jest potrzebny. Jako, że sam w sobie tablet nie jest dobrym rozwiązaniem, bo za słaby i niepraktyczny to musi to być netbook max 10 cali i 1 kg, czyli taki jak on. Dlaczego? Spójrzcie na ten schemat naszego plecaka. Tam za plecami w kieszeni jest miejsce na cienki, ale wydajny mały komputer i dokumenty. I to wykorzystujemy. A musimy się jeszcze zmieścić w wadze bagażu podręcznego. Czyli 10kg albo w przypadku KLM 8 kg. A na dodatek ma tylko 2 cm grubości.

IMG_4226

Na razie pada, więc napiszmy coś o „wczoraj”. Blogowy „backstage” w naszym mieszkanku w Lizbonie.

Choć sprawdziliśmy czy Adobe Lightroom na nim działa (i działa jakby co) to ponieważ – jak przeczytaliście wcześniej i doczytacie za chwilę – obróbka zdjęć to dla nas praca w domu, nie bawimy się w to na tym komputerze. Ale już selekcja, podział na foldery, szybki montaż w movie makerze, praca z wordem czy wordpadem, praca w panelu wordpress (czyli naszym) to obecnie absolutna poezja. (Pakiet office za darmo 1 rok i usługi w chmurze w prezencie z komputerem).
Kiedyś nie wyobrażaliśmy sobie, że możemy podróżować i jednocześnie robić sobie taki „fundament” live. A obecnie wszędzie prawie jest szansa na wi-fi, więc komputer łapie to wszędzie. Na lotnisku, w hotelu, w hostelu, gdzieś w McDonaldsie. Port usb 3.0 jest tylko jeden, ale mamy przełączkę na 4 kolejne, więc bez problemu zrzucamy fotki na dysk, podłączamy myszkę a jednocześnie pendrive i telefon. Rozdziałka powyżej HD 1366 x 768, więc na podgląd wideo i montaż HD idealne.
No i najważniejsze w tym wszystkim: bateria. Bateria trzyma w nim niby 11 godzin. Tyle mówi specyfikacja.  Wiemy jak to jest z reklamami. A jak było na żywo w podróży? W Lizbonie trzymał nam nawet 9h. Także przy mądrym i odcinkowym korzystaniu – bajka! Nigdy nie mieliśmy w rękach komputera, ktory tyle wytrzymał, pomimo pracy na nim. No i tak jak było napisane wcześniej – może być ładowany z poziomu… banku energii. Nie instaluj za dużo aplikacji, programów i przyciemniaj ekran w swoim netbooku a te 8-9h jeszcze długo będzie w stanie utrzymać. Tak przynajmniej się zapowiada. Zobaczymy 😉 Wkurza trochę krótki kabel, który wymusza szukanie miejsca bracy dość blisko gniazdka. Albo… olanie tego i ładowanie go tylko wtedy, gdy… się nie pracuje na nim.

Dość szczegółowy test tego netbooka wykonali Los Wiaherosi i to w środku swojej podróży po Australii. Zobaczcie sami.

Jak powstawały nasze wpisy? I jak powstają?

W domu pracujemy na dwóch laptopach. Acer Aspire Nitro oraz ASUS Ultrabook S56c. Ten pierwszy ma dysk SSD i jest obecnie naszą „montażownią” z dołączonym do niego monitorem 23 cali. Dużo lepiej się montuje.

Najfajniej bloguje się w systemie live + home. Na czym on polega? Na tym, że 1/3 treści powstaje w trakcie wyjazdu a 2/3 na spokojnie w domu. Albo na odwrót 2/3 na wyjeździe a 1/3 w domu. Raczej nigdy nie będziemy podróżować tak, że wszystko powstanie w trakcie wyjazdu. Bo nie musimy. Przecież wracamy. Poza tym mocno stawiamy na głęboką wiedzę i fachowość, więc wolimy pewne rzeczy weryfikować w domu po powrocie. Natomiast owszem, dużo rzeczy powstaje w trakcie. to, że zdjęcia i wideo, to logiczne. Ale jeszcze zanim wrócimy zazwyczaj mamy: poselekcjonowane zdjęcia najlepsze i usunięte nieudane, tak samo poselekcjonowane ujęcia wideo, szkice wpisów, notatki. Reszta to normalna klasyczna podróż. Zupełnie mało związana z tym, że blogujemy. Jak to się mówi: jest czas sacrum i czas profanum 🙂 No i jest jeszcze to, co pośrodku: autobusy, pociągi, samoloty, lotniska. Nawet nie wiecie jak dużo rzeczy na blogu powstaje właśnie tam. I jak szybko leci czas dzięki temu…

IMG_4891

Uwaga, powstaje wpis! Tutaj akurat początek tego właśnie wpisu o… robieniu wpisów. Incepcja 😛

Zasada Pereto działa. 1/5 wpisów na blogu jest popularniejsza niż pozostałe 4/5. To uwaga ogólna i dość uniwersalna. Jeśli chodzi o widoczność w social mediach i interaktywność takich treści, to jest ona najwyższa w czasie gdy „gdzieś jesteśmy na wyjeździe” I dobrze, i to jest zdrowie. Im dalej od powrotu z danego miejsca, tym treściom trudniej się przebić w mediach społecznościowych itd. I trafiają na półkę „dla tych, którym za chwilę się przyda, dla poszukiwaczy”. I rzeczywiście jest tak, że 20-25% treści na naszym blogu jest popularniejsza niż pozostałe 80-75%. Jak w wielu rzeczach w przyrodzie 🙂

Blogowanie wcale nie musi zmieniać wyjazdu, jeśli przygotujesz sobie sztywny plan wcześnie. Nie ma nic gorszego niż teoretycznie poważne traktowanie swojego blogowania a jednocześnie poczucie stanu „to o czym by tu napisać?” albo „to co my tam nakręciliśmy, zobaczmy”. Zwłaszcza jak idzie to w gigabajtach. Od 3 lat wiemy, że z tego wyjazdu spróbujemy przywiezc wrażeńi wiedzy na 5 wpisów, 3 galerie, 2 filmy i 3 rysunki. Jak się uda to więcej, jak się nie uda to trochę mniej. Ale tak jak wiemy „PO CO” jedziemy i na co się nastawiamy to czujemy podobnie w kontekście tego, co pojawi się na blogu. To nasza definicja własna świadomego podróżowania. Dlatego im więcej podróżujemy tym mniej zdjęć przywozimy i filmów, a efekty finalne są… dużo lepsze.

Częstotliwość blogowania. Często tworzymy 3-4 wpisy za jednym razem i odpoczywamy od blogowania. Tyczy się to nie tylko wyjazdu (czyli zarysy i szkice), ale normalnego codziennego życia. Jak pytacie nasz czy „nasza doba ma 24h” to odpowiadamy, że tak. Przecież praca to 8 godzin a często 10, dojazdy kolejne 2h dziennie, plus życiowe obowiązki. Jasne, są dni, zwłaszcza takie, gdy nic się nie dzieje, poziom weny i chęci jest powyżej średniej, że się siada razem na naszej starej kanapie, która ostała się od poprzednich właścicieli, wspominamy i skrobiemy sobie, popijając herbatę i wymieniając się uwagami. Najlepiej się tak pracuje jak pogoda za oknem jest „do d…” jak zimno, i pada, i wilki jakieś… Najgorzej… jak pogoda zachęca na ucieczkę z mieszkania. I czasem jest tak, że tak naprawdę na blogu nie ma nas prawie cały tydzień. A blog sam w sobie jest na bieżąco aktualizowany. Bo jest z czego. A jednocześnie nigdy nie pozwoliliśmy sobie, by blog miał jakiś przestój, powiedzmy dłuższy nić tydzień. To jest nasz sposób na życiowy balans a jednocześnie utrzymanie pewnej poprzeczki. Dlatego wybaczcie, jeśli zauważyliście zmniejszoną częstotliwość wysyłania newslettera.

Lubimy pracować razem, obok siebie. Dużo gorzej wychodzi nam jak tworzymy osobno i potem dopiero zerkamy na swoje dzieła. Tak naprawdę zajmuje nam to potem dużo więcej czasu. Staramy się unikać takiej sytuacji.

Ile czasu dziennie zajmują nam rzeczy związane z blogiem? Tak jak wyżej było napisane. Czasami tworzymy dużo, czasami praktycznie nic. I takis stan może utrzymac się kilka dni. Ale również może być tak, że pewnej deszczowej szarej soboty poświęcamy na bloga cały dzień. I może nawet wieczór, kończąc w nocy na jakimś filmie w TV 🙂 Średnio można powiedzieć, że jest to w takim razie 1-2h dziennie. Ale prawda jest taka, że jeśli przygotujemy pewne rzeczy wcześniej (było to opisane wcześniej: selekcja zdjęć, selekcja ujęć wideo, szkice wpisów) to często ogranicza się to tylko do sklejenia ujęć, zgodnie ze scenariuszem, do obróbki fotek w lightroom lub do edycji tekstu w panelu wp. niestety często brakuje czasu na korektę, ale powzięliśmy kroki ku temu 🙂

Dzięki za uwagę, mamy nadzieję, że część naszych wniosków i informacji przyda się Wam albo po prostu zaciekawi.

Pozdrawiamy, Ania & Marcin

Podobał się wpis? Podaj dalej:

Skomentuj! Podziel się z nami opinią!


Ilość komentarzy: 64

Comment moderation is enabled. Your comment may take some time to appear.

  1. Razturaztam napisał(a):

    Wow, tempo niesamowite, jako początkująca blogerka inspiruje się Wami ale wciąż nie wiem jak na to wszystko znajdujecie czas! Pracujecie na 1/10 etatu czy co? 😉

    • Wędrowne Motyle napisał(a):

      Nie. Na całe etaty. Kwestia dobrego planowania i strategii. Aczkolwiek fakt – ostatnio idzie nam ciężej, wolniej. Przepracowanie może…

  2. Skok w Nieznane napisał(a):

    Zwykle nie przekraczam 10 kg bagażu. Bez względu na jak dług jadę/lecę.

  3. Adam Wroński napisał(a):

    Zapasowe buty są najczęściej przereklamowane.

  4. Wojażer napisał(a):

    No nie wiem, takie lekkie uogólnienie 😀

  5. Łukasz Kuśnierz napisał(a):

    bez dysku, bez power banku, zamiast kompa- tablet.

  6. Olga Mrówka napisał(a):

    Komputer i dokumenty na sam dół? Jedno cięcie nożem i papierów nie ma, już o laptopie nie wspominając :/

  7. Natalia Krawczak napisał(a):

    Dobrym sposobem jest ładowanie ciuchów w worki strunowe. Najpierw napakować jeden, żeby dało radę zamknąć, następnie uklęknąć na nim i wypchnąc całe zbędne powietrze i szybko zamknąć. W ten sposób tworzy się taka mała oszukana paczuszka próżniowa, która zajmuje zdecydowanie mniej miejsca!

  8. Jagoda Konieczna napisał(a):

    dlatego nie latam tylko jeżdżę stope, mam wieeeelki plecak wojskowy 😀 i chyba więcej niz 10kilo bo sam plecak na pusto waży 4kg

  9. Kaśka Kra napisał(a):

    A kosmetyki :D? Min antyperspirant i pasta do zębów :P?

  10. Robert Ostrowski napisał(a):

    A gdzie śpiwór namiot, karimata, kuchenka, menażka sztućce i jeszcze kilka drobnych sprzętów biwakowych? Jak widzę to nie jest plecak podróżnika lecz turysty hotelowego. 🙁

    • Coś za coś. Namiot w podręcznym zajmie połowę plecaka. i to bez igieł, zamiast nich kołki na agrowłókninę. już to przerabaialismy. Sztućce nie przepuszczą na kontroli. Nie jest to plecak ani turysty hotelowego ani żadnego prawdziwego podróżnika. Ale chyba nie czytasz nas coś długo, prawda? 😉

    • Robert Ostrowski napisał(a):

      A po co wsadzać namiot do środka? Troczenie jest receptą. 🙂

    • Natalia Krawczak napisał(a):

      Ponieważ bagaż podręczny w samolocie ma swoje wymiary i nie można ich przekroczyć, a dodatkowy bagaż rejestrowany kosztuje. Nie sztuką jest spakować się w walizkę/plecak, który oddaje się do odprawy. Zapakowanie wszelkich niebędników w bagaż podręczny to nie lada wyzwanie 🙂

    • Łukasz Kuśnierz napisał(a):

      Sztućce z twardego plastiku 🙂 Sprawdzone wielokrotnie 🙂

  11. dookolakuli napisał(a):

    Jejku jaki sprzęt. Ja polega tylko na galaxy notę 4:)

  12. Łukasz De Kozy napisał(a):

    Mały WizzAir ma 42x32x25 cm i też trzeba się zmieścić… 1/3 masy i volumenu zajmuje elektronika i sprzęt foto. Śpiwór zawsze ze mną leździ bo nie wiadomo, gdzie się utknie.

  13. Marcin Kaczor napisał(a):

    He he najwiecej to ja brałem na wyprawę na Spitsbergen ok 40 kg bagażu w tym ok 15 kg art spożywczych, w tym sztormiak na sobie ( to było w końcówce czerwca na polu było ok 25 stopni) po kieszeniach naszczescie obszernych miałem pochowane wędliny na kontroli bezpieczeństwa w Balicach trochę sie ludzie dziwnie patrzyli jeden pan nawet podszedł i do mnie chłopcze przypomniałeś mi młodość jak pierwszy raz wyjeżdżałem do Nowego Yorku w porównaniu teraz podczas wypadu do Indii moj bagaż ważył 9,5kg

  14. Łukasz Tudzierz napisał(a):

    A gdzie śpiwór? 🙂

  15. Magda Gasewicz napisał(a):

    Haha, pamiętam jak wieźliśmy z Bali z 4 kilo ichnich miseczek, a w Air Asia 7 kg limitu na podręczny 😉 Na szczęście nie sprawdzali, a razem z ciuchami i innymi rzeczami trochę to ważyło 🙂

  16. Krzysztof Rodak napisał(a):

    Po co apteczka jak obecnie wszędzie można dostać lekki, często nawet tańsze 🙂

    • nie zawsze. Zwłaszcza jak się ma „swój” lek na receptę stale przyjmowany

    • Kasia Bewicz napisał(a):

      I nie kazdy jedzie na citytripa z apteka za rogiem

    • Asia Drapała napisał(a):

      Na przykład po to by szybko móc przykleić plaster czy zdezynfekowac ranę

    • Krzysztof Rodak napisał(a):

      Gdziewyjechac.pl – Wędrowne Motyle leki osobiste to oczywiście.
      Kasia Bewicz Nie wiem skąd zakładasz, że pisałem o citytripie ;-] Od 5 miesięcy jestem w Azji i nawet w najmniejszej wsi znajdziesz bandaże i wodę ultenioną. Jak jedziesz w góry, np. na Fansipan, wystarczy za 3-10zł skompletować podstawowy zestaw i po wyprawie bez żalu wyrzucić żeby nie zajmował miejsca w plecaku. Poza lekami osobistymi, to konkretną apteczkę ostatni raz zabierałem na Monte Rosa czy na Rysy, ok, na 2-4k metrów ciężko o apteki ;-] Ciężko mi poza trekkingiem w górach, dżungli pomyśleć o innych miejscach obecnie gdzie ciężko z podstawowymi medykamentami..

    • Agnieszka Sztandera napisał(a):

      Krzysztof Rodak zupełnie szczerze i bez sarkazmu, życzę Ci, żebyś nigdy nie musiał za własną apteczką zatęsknić. Niech Cię wszechświat chroni od ostrych biegunek o 3 w nocy, bólu zęba podczas nocy na pustyni, gorączek, które powalają i innych atrakcji, które podróż uprzykrzają. Pozdrowienia od podróżującej po świecie pielęgniarki 🙂

    • Krzysztof Rodak napisał(a):

      Agnieszka Sztandera Po prostu wyrażam swoje zdanie że warto sprawdzić przed zabraniem dużej ilosci leków (patrząc na załączony obrazek), czy nie dostaniemy części z nich na miejscu. Z biegunkami miałem stałe doczynienie przez miesiąc w Indiach. Dostanie nifuroksazydu i loperamidu nie jest też problemem, a często są dużo tańsze. Pozdrawiam również 🙂

    • Kasia Zajkowska napisał(a):

      o przepraszam, nawet na głupią migrenę okazało się, że w Hiszpanii na receptę….a ja miałam wszystkie leki, oprócz tych na migrenę 😛

    • Agnieszka Sztandera napisał(a):

      Krzysztof Rodak ale ja naprawdę bez złośliwości. Po prostu jedni mają to szczęście, że nic ich nie dopadnie, a inni zaliczą wszystkie możliwe dolegliwości. I patrząc wstecz na miejsca, w których bywałam i spałam – nie wyobrażam sobie szukania apteki w środku nocy z biegunką, wymiotami, albo gorączką. A najgorsze zło zawsze atakuje organizm nocą. PS. Mój mąż leczył w Azji biegunkę wszystkim, co ode mnie dostał (loperamid, nifuroksazyd, smecta), a wyleczył owocem guawa, więc nie mówię, że nie jestem otwarta na to, co można dostać na miejscu 🙂

    • Joanna Parchoć napisał(a):

      Wodą utlenioną juz się ran nie dezynfekuje 😉 W Gruzji najlepsza dezynfekcja to czas-cza, w Chorwacji Rakija itp. Nie trzeba zabierać dużej apteczki, miejscowi zawsze pomogą. No chyba, że ktoś wybiera się na wyprawę w góry to co innego.

  17. No jasne! Oczywiście, że na 90% tak jest. Podróżując jako „bezblogowy” człowiek, masz totalnie za przeproszeniem „wywalone” na większość rzeczy, o których tu napisałem. Ma to oczywiście masę plusów i walorów. Ale dla osoby, która po prostu lubi blogować/dzielić się z innymi i którą to nakręca – pewnie jest to już dawno historia.

  18. zureklukasz.com napisał(a):

    Oczywista oczywistość. Najważniejsze, by ten „wpływ” nie zdominował podróży. Też stawiam orzechy przeciwko dolarom, że to dwie różne bajki. Stety/niestety.

  19. Mikołaj napisał(a):

    Świetny wpis. Ja zauważyłem u siebie jednak spory wpływ potrzeby przygotowania materiału z podróży na sposób podróżowania i odbierania tych miejsc. I to mimo dobrego przygotowania merytorycznego do podróży. Niby wszystko mam ułożone w głowie, zapisane w Evernote, zaznaczone na mapie offline Maps.me itp. Ale i tak gdzieś tam z tyłu z głowie zwiedzam, poznaję, notuję, uwieczniam na aparacie przez pryzmat bloga. Myślę, że to u mnie już podświadome. Dam sobie głowę uciąć, że jednak podróż bez planu wyrzucenia relacji na bloga kontra podróż z takim planem to dwie różne podróże. Ja tak przynajmniej mam 🙂 Pozdrawiam Was Motyle.

    • Wędrowne Motyle napisał(a):

      No jasne! Oczywiście, że na 90% tak jest. Podróżując jako „bezblogowy” człowiek, masz totalnie za przeproszeniem „wywalone” na większość rzeczy, o których tu napisałem. Ma to oczywiście masę plusów i walorów. Ale dla osoby, która po prostu lubi blogować/dzielić się z innymi i którą to nakręca – pewnie jest to już dawno historia.

  20. Dwoje na walizkach napisał(a):

    Napiszcie jeszcze jakich obiektywów i do jakich ujęć używacie?Fotki przepiękne to widać że jakość bloga wrosła.Powodzenia i do przodu Motylki

  21. Marzena K-ska napisał(a):

    Prowadzenie bloga jest banalne 😛
    Prowadzenie bloga, który się czymś wyróżnia i zamieszczanie na nim regularnych wpisów nie.

  22. Przemek napisał(a):

    Świetny wpis, w którym pokazaliście wszystko”od kuchni” 😉 Ogromny szacunek za codziennie wkładaną pracę w bloga i jeszcze raz gratulacje znalezienia się w rankingu! Pozdrawiam Was Motyle!

  23. Świetnie napisane! Zanim sami zaczęliśmy coś tworzyć (co w porównaniu z Wami jest żłobkiem), nie przypuszczałem nawet, że tyle będzie z tym roboty. W połączeniu z pracą i rodziną robi się już całkiem solidne combo 😉

    • Wędrowne Motyle napisał(a):

      Bez pracy nie ma kołaczy. Mówiła moja babcia a potem mama. dzięki. Myślę, że w połączeniu z obowiązkami ojcowskimi to naprawdę wielkie wyzwanie. Szacun!

  24. Mateusz Nowak napisał(a):

    Pentax K10 – przebieg już powyżej 17 tys. 😛 jeśli liczyć że miał 15… 😛

  25. Malgorzata Antczak napisał(a):

    chyba wszyscy wiedzą

  26. Cel napisał(a):

    Dzięki za wpis. Z pewnością sprawdzę większość programów i aplikacji:) Zawsze mam ogromny szacuenk dla osób, które pracując na etat, prowadzą jeszcze bloga i naprawdę się do tego przykładają, regularnie publikują… wymaga to mnóstwo czasu i energii, wiem, co piszę:) Pozdrawiam Was Motyle:)

    • Wędrowne Motyle napisał(a):

      No po tylu latach nie jest o łatwe utrzymać formę i poprzeczkę, którą samemu sobie sie gdzieś wczesniej ustawiło. Chyba, że się to uwielbia/lubi. Wtedy jest łatwiej. póki co – tak mamy. Jeszcze bez kryzysów 🙂 pozdrawiam!

  27. Zuza Wall napisał(a):

    Gosia Wall

  28. Karol Werner napisał(a):

    Strasznie proste to blogowanie! Świetnie się czyta o tym, kto czego używa. Można sobie porównać ze swoim sprzętem, może wpaść na coś ciekawego. Swoją drogą bardzo zazdroszczę wszystkim blogerskim parom tego, że mogą dzielić się obowiązkami…

    • Wędrowne Motyle napisał(a):

      Masz słuszność Karol. Blogowanie w parze dużo daje. Nie dość, że można zrobić 2x więcej, niż w pojedynkę, to nieco inaczej „na zmianę”, co pomaga zróżnicować trochę styl i flow bloga. No i można podzielić się obowiązkami. Ty bardziej social media a ty liczby i dane, ty notatki i teksty, ja zdjęcia i filmy. Itd itp 🙂
      Ale są też blogerzy pojedynczy, którzy czasami działają „jak za dwóch”. Prawda? 🙂

  29. Edyta napisał(a):

    I takiego uproszczenia i porad szukałam od jakiegoś czasu. Dziękuję 🙂

Skomentuj! Podziel się z nami opinią!


Ilość komentarzy: 64

Comment moderation is enabled. Your comment may take some time to appear.

O blogu w mediach