Home Blog Nasze relacje i zdjęcia Niezapomniane zwiedzanie Polonnaruwa, dawniej największego miasta świata

Niezapomniane zwiedzanie Polonnaruwa, dawniej największego miasta świata

Autor: Marcin Nowak | niedziela, 26.02.17 | 12 komentarzy

Poznaliście najpiękniejszy widok na Sri Lance a dziś poczytacie o najprzyjemniej spędzonym dniu i najbardziej spektakularnym miejscu. Byliśmy w Polo naładowani pozytywną energią przez cały pobyt. Aż kipiało od nas zachwytem. Nad jedzeniem, nad temperaturą, nad tym, co nas czeka czy wręcz nawet nad samym miejscem, w którym nocowaliśmy. Monkey Camp, o którym potem. Zawsze tak mamy, gdy stoimy przed perspektywą zwiedzania cennego archeologicznie miejsca i choć starzejemy się już konsekwentnie, na jeden dzień zmienić się w Indiana Jonesa i Larę Croft – nie zaszkodzi. Tyle tytułem wstępu. Banalnego 🙂

Już dawno nie robią na nas wrażenia kierowcy tuk-tuków, wyłapujący nas po wysiadce z autobusów. Robimy swoje. Wymiana dolarów na rupie w okolicznym banku, potem idziemy na lokalny przystanek autobusowy i wsiadamy w bus za grosze do „New City”. Polonanaruwa to mała miejscowość, składająca się jednak z trzech części. Pierwsza, znajdująca się tuż przy bramie wejściowej do ruin średniowiecznego miasta to Old City. Tu mamy też sklepy, restauracje, targowisko, apteki, banki. Druga, dużo spokojniejsza, oddzielona od miasta polami ryżowymi to New City, gdzie znajdują się budynki administracyjne Polo oraz przepięknie błyszczące na bursztynowo jezioro Bendiwewa, które w czasie tutejszego zachodu słońca nas wręcz zahipnotyzowało. Zdjęcia zobaczycie dalej.
Stąd można tamą przejść do starej części i Muzeum ruin Polonnaruwa. Trzecia część może Was zainteresować tylko komunikacyjnie. Jest tu dworzec kolejowy (odchodzą dwa pociągi w stronę Colombo i dwa w stronę Batticaloa) i autobusowy (dużo połączeń z wieloma miejscami w kraju, w tym Kandy, jednak brak do Sigirija).

Mieszkamy w Monkey Camp, oficjalnie na booking.com to Primate Centre. Naprawdę polecamy! Zarządza nim miły starszy pan, który świetnie gotuje (widać siłę doświadczenia kulinarnego). Jak sama nazwa wskazuje, wieczorem ośrodek opanowany jest przez stado wyjątkowo nie natrętnych małp, położony nad brzegiem jeziora, gdzie cumują łodzie rybackie „lokalsów” i suszy się pranie. Nasze też wygrzewało się przez cały dzień, porozwieszane na… krzakach.
Codziennie wieczorem słońce zachodzi nad odległe góry i tworzy się cudowny spektakl, zwłaszcza gdy kilka łodzi rybackich wyrusza na połów. Wzdłuż brzegu ciągnie się dzika ścieżka, brak tu jakiejś turystycznej infrastruktury. I super! Zachód w tym miejscu okazał się najpiękniejszym zachodem słońca podczas całego naszego pobytu na Sri Lance. Zobaczycie zresztą tu i na zdjęciach w galerii pod koniec.

To jednak dla czegoś innego ludzie ciągną do Polonnaruwa. Dla historii, dla archeologii, dla mistycznych doznań, zakotwiczonych w czasach, gdy istniało tu imperium. Wielu zastanawia się, czy podczas dwutygodniowego pobytu na Sri Lance odwiedzić to miejsce, czy jego konkurenta, poprzednią stolicę kraju Anuradhapurę. Większość opinii, jakie otrzymaliśmy, mówiła o remisie ale z dość mocnym wskazaniem na Polo. Chodzi głównie o waloryzację turystyczną i architektoniczną. Tu po prostu jest kilka ciekawszych obiektów a całość zachowana jest lepiej. Anuradhapura jest kompleksem dużo większym. Nie potwierdzimy wprost tego werdyktu, ale jeśli nam ufacie i naszej wiedzy ogólnej to zaryzykujemy stwierdzenie, że Polo jest ciekawsza. Zacznijmy od tego, że swego czasu była największym miastem świata. Serio. I to już powinno niektórym pomóc podjąć decyzję.

Historia Polonnaruwa

Początkowo była to tylko, czasowa, nazwijmy to „letnia” rezydencja króla, którego główna siedziba mieściła się w znacznie bardziej rozległym mieście – Anuradhapura. Po zniszczeniu w VIII wieku przez hinduskiego władcę tej pierwszej, to Pollonaruwa stała się stolicą Sri Lanki (stąd przeplatające się tutaj hinduistyczne i buddyjskie elementy). Miasto było przez lata rozbudowywane, przechodziło z rąk do rąk kolejnych władców, którzy ze względu na jego doskonałe położenie nie mieli zamiaru przenosić stolicy nigdzie indziej. Największy rozkwit tego miejsca przypadł na drugą połowę XII wieku, czyli mniej więcej wtedy, gdy nasz Kraków liczył sobie „imponujące” 5 tys. mieszkańców. Tu było… ćwierć miliona i funkcjonował system kanalizacji, wody pitnej i bieżącej. Aha.

Ówczesny król Parakramabahu I Wielki wznosił tu wspaniałe budowle zarówno świeckie, jak i religijne – buddyjskie, wprowadził też doskonały system irygacyjny, składający się z systemów kanałów irygacyjnych i zbiorników wody pitnej (miał podobno „bzika” na punkcie wody), a wszystko było doskonale zaplanowane, idealnie współgrało z zielenią soczystej dżungli. Te cywilizacje, które potrafiły ujarzmić wodę i mądrze ją wykorzystywać – w tamtym świecie brylowały. Jak widać robili to Tamilowie, Syngalezi, potem Khmerowie, później Arabowie. Dużo wcześniej, niż my, Europejczycy. Pollonaruwa dzięki temu znakomicie się rozwijała, przyciągała mieszkańców i kupców z całego basenu Oceanu Indyjskiego i pełniła rolę największego miasta ówczesnego świata. Aż wierzyć się nie chce i pewnie niewielu zdaje sobie z tego sprawę.

Niestety rozrzutna i jednocześnie nazbyt ambicjonalna polityka następcy króla Parakramabahu – Nissanka Malla (to on kazał wybudować między innymi Rankot Vihara – ogromną stupę, do której dotarliśmy w środku dnia), a także liczne najazdy wiecznie nękających wyspę Tamilów z Indii, doprowadziły to niemal idealne, a nawet idylliczne miasto, do upadku. Potem o setki budowli upomniała się na nowo dżungla i skutecznie zniszczyła kamienną spuściznę oraz przykryła miasto na wiele wieków, by po „ponownym odkryciu” dziś znów rozbudzać fantazję licznie przybywających tu turystów.

Zwiedzanie Polonnaruwa. Po kolei, co jest czym…

Po pierwsze załóżcie od początku minimum cały dzień na zwiedzanie kompleksu. Powoli. Po drugie nie róbcie tego na nogach, chyba, że czujecie w sobie wysoką formę i nie straszne Wam upały. Ale nie róbcie tego też z pomocą samochodu, natrętnego kierowcy tuk-tuka, oferującego „tańszy” bilet wstępu, zdecydujcie się na rowery. Tak, idealnym środkiem transportu tu są rowery, które wypożyczycie wszędzie za 300 rupii na cały dzień. Na nasze pytanie „a da Pan jakiś łańcuch, kłódkę, na wypadek jak będziemy musieli zostawić rower i iść dalej pieszo do świątyń a ktoś go ukradnie” sprzedawca tylko miło się uśmiechnął „coś takiego nigdy się nie wydarzy”. Pierwszy raz wypożyczyliśmy rower w tropikach. Była to świetna, a może i genialna decyzja!

Kompleks ruin ma podłużny kształt, w jego środku biegnie jedna główna droga i to wybrukowana. Wszystkie ważniejsze Kuma obiekty znajdują się po jej dwóch stronach. Może oprócz kompleksu łaźni i pałacu wodnego, który zobaczymy całkiem na początku tuż przy kasach biletowych i muzeum oraz dwóch obiektach, oddalonych nieco stąd, w Nowym Mieście, mianowicie ruiny biblioteki Potgul Vihara i którą można jednakowoż zobaczyć za darmo. Dzień później albo dzień wcześniej. To taki przedsmak zwiedzania P. Ale warto tu zajrzeć. Znajduje się tu niezwykle cenne statua mężczyzny, który ma przedstawiać samego króla Parakrambahu, tego samego, od którego nazwę wzięło ogromne jezioro, o którym pisaliśmy wcześniej.

Zwiedzanie rozpoczynamy od wizyty w Muzeum, w którym oglądać możemy wykopane podczas badań archeologicznych zachowane statuy, figury, zdobienia z motywami hinduistycznymi i buddyjskimi oraz ciekawe makiety, pokazujące jak wygląda dziś cały kompleks oraz jak wyglądały najważniejsze budynki w czasach świętości. Widzimy ile nas czeka dziś wędrówki.

Obok muzeum znajduje się pierwszy kompleks właściwej Polonnaruwa, ten, od początku mający służyć jako część wypoczynkowa. Łaźnie, pałac na wodzie, jeden, widoczny w oddali na wysepce na jeziorze. Było dość wcześnie rano, byliśmy tu sami, miękkie światło sprzyjało nam jeszcze w zdjęciach. Udając się w stronę właściwego wejścia zaczepiliśmy od wypożyczalnię rowerów, wybraliśmy dwa, dopasowaliśmy siodełka i w drogę. Za chwilę wędrowaliśmy po najważniejszym elemencie kompleksu – oddzielonej murem od reszty miasta Cytadeli. Był to jedyny fragment, który nieco przypominał nam strukturę Angkor Wat.

Najważniejszym budynkiem w cytadeli, która unosi się nieco ponad otaczający ją teren był główny pałac królewski. Co ciekawe nie był może zbyt rozległy ale za to dość wysoki, jak na ówczesne czasy. Miał aż 7 kondygnacji, sprawiając wrażenie małej piramidy. Dziś zachowała się oczywiście jedna, ale ogromne otwory po belkach stropowych udowadniają jak skomplikowana to musiała być struktura. We wszystkich obiektach można robić zdjęcia, należy pamiętać jednak, że z szacunku dla wierzeń buddyjskich należy ściągnąć wcześniej buty, czapkę, zasłonić kolana i co ciekawe… nie robić sobie zdjęć, plecami do figur Buddy, znaczy m.in. selfie z Buddą.

Po drugiej stronie kompleksu znajdują się ruiny siedziby rady ministrów. Tak, tak, w czasach, gdy w Polsce „żarliśmy się” i doprowadziliśmy do rozbicia dzielnicowego na odległej Sri Lance kwitły zasady monarchii demokratycznej. Drugą radą decyzyjną była rada mnichów, która w niektórych kwestiach miała nawet wyższość nad królem. Ale o tym później Nieco dalej, poza murami Cytadeli schowano Kumara Pokuna, ogromną królewską sadzawkę ceremonialną, w której zazwyczaj jest zawsze zielona woda. W tym miejscu po raz pierwszy ostrzeżono nas przed małpami, które wybierają z koszyków na rowerach podobno wszystko. Nawet butelkę wody?

Wybaczcie, że ta relacja będzie tak mało skrupulatna, ale z perspektywy czasu, takie miejsce trudno opisywać punkt po punkcie. Po za tym zwiedzanie jest intuicyjne i każdy da radę. O ile najważniejszym miejscem kompleksu byłą Cytadela o tyle najpopularniejszym i najbardziej spektakularnym wydaje się tzw. Święty Kwadrat. Wchodzimy na niego po stromych schodach i czujemy się w końcu jak w jakiejś porzuconej w dżungli świątyni. Mamy tu wiele obiektów w jednym miejscu. Po lewej na bosaka wchodzimy na okrągłą stupę, kryjącą mniejszą stupę z czterema statuami Buddy – Vatadage. Od razu nasuwają nam się skojarzenia z Borobudur w Indonezji. Po prawej stoi kameralna, składająca się z trzech pomieszczeń świątynia Hatadage, przy której znajdziemy osobliwą rzecz, ważącą kilkadziesiąt ton, Księga Gal Pota czyli głaz, który ociosano i stworzono ogromną inskrypcję, dokumentującą wszystkie walory i osiągniecia króla Nissankamala. łatwo zapamiętać z uwagi na podobieństwo do nazwy japońskiej marki. Od imienia króla wzięła nazwę też zachowana z prawie wszystkimi kolumnami Mandapa, podobnych mandap widzieliśmy mnóstwo w Hampi. Skojarzenia dobre, bo ta została rozbudowana z inicjatywy ostatniego tamilskiego króla Polonnaruwa.

To wszystko? Nie, naszą uwagę przykuł jeden budynek, totalnie różniący się od innych tutaj, a także jak się okazało potem od wszystkich. Dlaczego w miejscu architektury buddyjskiej spotykamy schodkową piramidę a właściwie coś na kształt prangu z Tajlandii i Kambodży. I znów bingo. Tego wtedy nie wiedzieliśmy, ale wieczorem doczytaliśmy, że ten budynek został Syngalezom „podarowany” od krewnych w wierze z dalekiej Kambodży.

Na końcu, obłożona stelażem i remontowana świątynia Thuparama, swego czasu hinduistyczna, w której przechowywano jeden ze słynniejszych posągów Buddy, tzw „Szafirowego Buddy” choć z tego kamienia szlachetnego miał tylko oczy.

To co dalej to właśnie moment, w którym dobrze, gdy ma się rowery. Odległości są spore, choć wcale nie znaczy to, że nie dalibyśmy rady podejść tam na nogach. No może chęci nam osłabły, gdy minęliśmy po prawej ogromnego warana, który zapylał w stronę ścieżki.
Siadamy spokojnie na trawie przy sporych rozmiarów stupie, tam, gdzie najdłużej zachowywał się cień widać małe kropelki rosy. Dziwne to. Rozkładamy nóżki gorillapoda i kręcimy timelapse z chmurami, mijającymi w tle szarą budowlę. I tak 15 minut. To Pabulu Wihara, często pomijany obiekt, a niesłusznie. Do którego dociera mało osób, w czasie naszego odpoczynku raptem dwie. Trochę dalej boczna ścieżka kieruje nas do hinduistycznej świątyni Siva Devalaya i znów czujemy się jak na Jawie albo Płaskowyżu Dieng.

To nam się niezwykle podobało w Polonnaruwa. To zróżnicowanie architektoniczne i wpływy z odległych zakątków Azji.

Najbardziej spektakularnym obiektem w Polonnaruwa może być jednak ogromna ponad 50-metrowa stupa Rankot Wihara z ogromną piką na szczycie, znajdująca się w centralnej części miasta. Tu zaczyna się ten fragment obszaru, w którym nagromadzonych jest najwięcej zabytków. Śmiało można tu spędzić pół dnia. Stupa zrobi wrażenie na wszystkich, którzy nie mieli okazji zobaczyć tych wyższych w Anuradhapura. Choć w północnej części miasta, w dżungli znajdują się ruiny innej, Demala Maha, która miała być najwyższą na świecie. W okolicy grasują gangi małp. Niektóre mogą poważnie wystraszyć, bo mają razem z ogonem dobry metr. To Langury Szare, które zdenerwowane podobno mogą zaatakować człowieka. Wszyscy trzymają się na spory dystans. Nawet Chińczycy.

Pomiędzy Stupą a Miastem Mnichów znajdujemy na uboczu mała głazowisko. To najwyższy punkt miasta, skała, z której po wdrapaniu się na najwyższy głaz jako-tako rozpościera się widok na zalesioną okolicę i czubek białej stupy Kiri Vihara. Tego nie znajdziecie w żadnym przewodniku. Idąc w kierunku białej stupy mijamy kilkanaście kompleksów świątynnych i klasztornych. Wkraczamy do ogromnego kompleksu religijnego Badhasima Pasada, zamieszkiwanego w czasach świetności przed kilkanaście tysięcy mnichów.

Mijamy buddyjskie szpitale, łaźnie, baseny kąpielowe, niektóre niezwykle fotogeniczne, wielopoziomowe. Widzimy fundamenty klasztornych cel oraz główny obiekt, w którym odbywały się spotkania Rady Mnichów. Jak już wspomnieliśmy nie wolno było tu wchodzić nie tylko ministrom ale nawet królowi. Symbolizują to kolumny z dużymi kamforami. One znaczą tyle właśnie co „najbardziej zakazane miejsce na Sri Lance”. Centralnym punktem kompleksu jest biała, świetnie zachowana i bardzo fotogeniczna stupa Kiri Vihara oraz wąska i wysoka świątynia Lanka Thilaka, mieszcząca w sobie ogromny,choć bezgłowy posąg Buddy. Przyznamy się, że zdjęcie stąd było jedynym, które kojarzyliśmy wcześniej, oglądając relacje na blogach i w artykułach podróżniczych.

Ostatnim punktem programu jest archeologiczna „wisienka” na torcie i coś, czego nie ma nigdzie indziej na Sri Lance, ogromny posąg Leżącego Buddy Gal Vihara, do którego ciągnęły już tłumy. Bo niektórzy zaczęli zwiedzanie od północnej strony. Na miejscu zastaliśmy dość osobliwą scenę. Budda był… myty. Przez kilkunastu specjalistów. Na nasze pytanie jak często to robią, odpowiadają „raz na dwa lata”. Ekstra! My to mamy szczęście. Wygląda na to, że najsłynniejszy posąg Sri Lanki uwiecznimy na aparacie pokryty ręcznikami i rozmiękczonym mydłem, które następnie było zeskrobywane. Obok znajdują się jeszcze trzy posągi, w tym dwa na pewno Buddy, jeden – dyskusyjne. Szczególnie okazale prezentuje się Budda Samadi. Jeszcze tu wrócimy, dogadujemy się ze strażnikami, że chcemy tu wrócić drugi raz za dwie godziny, bo teraz trwają prace konsweratorskie. Ci o dziwo zgadzają się, lecz jak wrócimy tu o wyznaczonym czasie, nic się zmieni. Prace czyszczące widocznie trwają cały dzień.

W północnych rubieżach Polonnaruwa znajduje się już tylko dżungla, w środku której znajdziemy trzy obiekty, do których pieszo już naprawdę może być cieżko dojść. Zwłaszcza w pełnym słońcu. Pierwszy to wspomniane ruiny dagoby, która miała być największą na wyspie. Drugie to ukryty po lewej stornie drogi, mały, ale urokliwy zbiornik kamienny  kształcie kwiatu lotosu, stąd nazwa „Lotus Pond”. Na samym końcu kompleksu samotnie stoi świątynia, paradoksalnie chyba najlepiej zachowana ze wszystkich obiektów w tym starym mieście – Tivanka Patamagara. Doskonale widoczne z bliska są tu zdobienia zewnętrzne jak i wnętrza, w których jednak nie wolno robić zdjęć.

Wracamy z duszą na ramieniu rowerami, pędząc lewą stroną jezdni z Lakshauyana do miasta. W momencie, gdy droga łączy się z ruchliwa trasą z Habarane robi się już naprawdę niebezpiecznie, ciężarówki mijają nas o włos i tylko patrzeć jak zdmuchują do rowu. Ale nie ma innego wyjścia. To jedyny i chyba największy minus zwiedzania rowerem, bo powiedziano nam, że nie można wyjechać w miejscu, gdzie było wejście. Uwierzyliśmy na słowo. Jeśli nas wprowadzono w błąd – skomentujcie, przyda się następnym.

Podsumowując dość oszczędnie: Polonnaruwa miała nie zrobić na nas wrażenia. Mówiono, że jak ktoś widział starożytne miasta w Indiach, Tajlandii czy Kambodży to tu poczuje niedosyt. Nie było tak. Rozmiar miasta, zróżnicowanie budowli, bardzo fajne położenie we wciąż żyjącej dżungli oraz możliwość zobaczenia jak w symbiozie żył kiedyś buddyzm z hinduizmem jak najbardziej zaspokoił nasze historyczno-archeologiczne zainteresowania. A na dodatek wróciliśmy na nocleg opaleni na brązowo. Szkoda, że głównie z jednej strony.  Z lewej. Bo zwiedzaliśmy Polonnaruwa z południa na północ 😉

Informacje praktyczne, ceny: Wstęp całodzienny (bez możliwości wyjścia i wejścia powtórnego – 25 dolarów, do kupienia w muzeum, otwarte o 7:30, zamnięte 17:30. Wypożyczenie roweru na cały dzień – 300 rupii, kokos do picia – 100 rupii, woda- 80 rupii, autobus lokalny z Kabarane – 40/50 rupii, tuk-tuk ze Starego Miasta do Nowego Miasta – 200 rupii, autobus lokalny 20 rupii, autobus bezpośredni Polonnaruwa – Kandy 350 rupii (3 dziennie), obiadokolacja (dodatkowo płatna w ośrodku) – 600 rupii, pyszna!
Inne blogi o Polonnaruwa: Nieśmigielska | Plecak i Walizka | Podróżowisko | Spakowana Walizka

No to jeszcze raz. Teraz nieco więcej zdjęć…

  1. Nasz ośrodek Primate Centre i brzegi jeziora, nad którym mieszkaliśmy. Magicznie…

2. Kompleks ruin poza głównym miastem. Zwiedzaliśmy go razem z ogromną wycieczką szkolną z muzułmańskiej szkoły. Pomiędzy Nowym a Starym miastem rozpościerają się ogromne połacie pól ryżowych. Natomiast nad samym jeziorem, blisko muzeum zbudowana taką oto (drogą) restaurację zwaną Lake House.

3. Początek zwiedzania. Pałac letni i oraz zabudowania Cytadeli i Świętego Kwadratu. Zwróćcie uwagę na Kamienie Księżycowe, które zawsze towarzyszą wejsciu na schody do świątyń

4. Dalej. Po kolei, dalej: Stupa Pabalu Vehera oraz świątynia hindusistyczna Siva Devale II i najwyższy obiekt Polonnaruwa stupa Rankot Vikhara

Jesteśmy na terenie „miasta Mnichów”. Zwróćcie uwagę nie tylko na charakterystyczną białoą stupę i świątynię z bezgłowym posągiem Buddy ale też te zbiorniki ceremonialne:

5. Ostatni etap to posągi Buddy w Gal Vihara i zagubione głęboko w  Dżungli Lotus Pond oraz światynia Tivanka Image House:

Podobał się wpis? Podaj dalej:

Skomentuj! Podziel się z nami opinią!


Ilość komentarzy: 12

Comment moderation is enabled. Your comment may take some time to appear.

  1. Turysta Jacek napisał(a):

    Rozumiem, że między Sri Lanką i kontynentalną częścią Indii jest różnica. Ale według zdjęć ta różnica jest minimalna.

  2. Kamil napisał(a):

    Piękne to miasto mnichów, uwielbiam takie zabytki :O

  3. Byłem i mam podobne odczucia. Jeden z najbardziej klimatycznych rejonów Sri Lanki

  4. drzemka napisał(a):

    wow 😮 naprawdę magiczne miejsce, muszę się tam kiedyś wybrać!

  5. Archeopasja napisał(a):

    Wpis z dedykacją dla pasjonatów archeologii i historii… czyli dla mnie! Zabieram się zatem za czytanie 🙂

  6. Almost Paradise napisał(a):

    Kolejne miejsce na liście do zobaczenia!

  7. Korpopirania blog napisał(a):

    Wow zdjęcia robią wrażenie!:)

  8. Dwie dawne stolice – Anuradhapura i Polonnaruwa – to według mnie jedne z głównych punktów do odwiedzenia na Sri Lance. Jednak jeśli ktoś nie lubi nadmiaru ruin, świątyń i temu podobnych, to lepiej niech odpuści sobie Anuradhapurę, ale do Polonnaruwy musi zajrzeć moim zdaniem koniecznie. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś tam pojedziemy – chciałabym zobaczyć to miejsce ponownie, ale tym razem dużo dokładniej. Poprzednio było niestety tak trochę „na wariata”… A zachód słońca faktycznie cudowny, pięknie go uchwyciliście 🙂

  9. Maryla Fossen napisał(a):

    WOW mega 🙂 Dzieki za namiary na miejscowke do spanka, wyglada faktycznie bardzo magicznie 🙂 rezerwowaliscie przez interenet czy na miejscu? I jeszcze pytanie jak dotraliscie z Sigiriya, bo pisalas, ze nie ma bezposredniego polaczenia.

Skomentuj! Podziel się z nami opinią!


Ilość komentarzy: 12

Comment moderation is enabled. Your comment may take some time to appear.

O blogu w mediach