Home Blog Nasze relacje i zdjęcia Wismar. Smaczny gotyk w cegle i smaczna ryba w bułce

Wismar. Smaczny gotyk w cegle i smaczna ryba w bułce

Autor: Ania Nowak | sobota, 13.05.17 | 2 komentarzy

<odgłos rybitw, chlupanie wody, skrzypienie łodzi> Wyobraźmy sobie miasto żeglarzy, kupców i rybaków. Gdzie zabudowa z murem pruskim pięknie kontrastuje z ceglanymi, gotyckimi, monumentalnymi kościołami. Kontrastuje a czasem płynnie się łączy. Gdzie tuż przy porcie zjeść można świeżutką rybę albo też spróbować jej w pysznej zupie, lub też w kanapce „na bogato” (z mięsistym śledziem i jajkiem sadzonym). Miasto, które mimo, iż nie oparło się wojennej zawierusze i temu, co wydarzyło się tuż po niej, odzyskało swój blask, jest perłą UNESCO i z pewnością jednym z ciekawszych miasteczek, jakie widzieliśmy.

Witamy z Wismarze – jednym z najważniejszych dawnych hanzeatyckich miast, którego historia sięga bardzo daleko (niegdyś słowiańska osada, jak większość w okolicy), a które dziś może zawrócić w głowie miłośnikom lokalnej, morskiej kuchni czy też architektury – zwłaszcza tej gotyckiej… no i oczywiście historii z morzem i statkami kupieckimi w tle. Taki mariaż może intrygować.

Zaczyna się chmurzyć, choć dzień zapowiadał się naprawdę słonecznie. Rano, gdy wyjeżdżaliśmy z Lubeki świeciło piękne słońce, na niebie nie było najmniejszej chmurki. Sielankowe widoki Lenorenwald towarzyszyły nam aż do Zamku Bothmer koło Klutz, gdzie odwiedziliśmy tutejszy zamek, przygotowując ujęcia z lotu ptaka oraz oglądając zachwycające wnętrza, należące do rodu Hans Caspar von Bothmer, blisko związanego między innymi z dworem Windsorów i mniej chlubnie… z Królem Belgii Leopoldem.
Później zatrzymaliśmy się w wiosce Proseken, naszą uwagę przykuł niezwykle stary gotycki kościół. Większość kościołów gotyku ceglanego pełniła też rolę wiejskich fortec, otoczone murami na najwyższym wzniesieniu w okolicy. To miał być przedsmak tego, co miało czekać nas im dalej podążaliśmy na wschód.

No i Wismar. Po chwili chmury przechodzą w deszcz, deszcz zamienia się w grad. Nie ma wyjścia, trzeba schować się w jednej z knajpek rybnych tuż przy nadbrzeżu. Dobrze się w sumie składa, bo akurat jest pora obiadowa, a pobliskie restauracje i bary „wypuszczają” takie zapachy, że aż ślinka cieknie. Przeczekaliśmy w Bistro Fishbrotchen, zjedliśmy, sycące jedzenie z zupą rybną i chlebem żytnik ze śledziem i jajkiem na czele oceniliśmy pozytywnie. Słońce znów powraca, a my możemy kontynuować nasze hanzeatyckie przeszpiegi.

Bogactwo Wismaru pochodziło z morza, więc już w 1259 roku jest w Hanzie.Ale co ciekawe po wojnie 30-letniej staje się miastem szwedzkim (z przerwami na zależność od Danii). Formalnie wróciło do Niemiec dopiero w 1903 roku. Więc obok Stralsundu jest najbardziej szwedzkim z niemieckich miast.

Jednym z najwspanialszych miejsc, do którego udajemy się w pierwszej kolejności, jest oczywiście rynek, z kolorowymi kamienicami i charakterystyczną fontanną w kształcie rotundy, pochodzącą z XV wieku. To na pewno pierwszy taki obiekt, jaki mieliśmy oglądać kiedykolwiek. Niegdyś zaopatrywała ona mieszkańców w wodę pitną, czerpaną z niedalekiego źródła. Zabudowa Marktplatz i okolice wpisana została na listę UNESCO. My jednak powrócimy tu nieco później, bo na razie jesteśmy bardzo zaoferowani robieniem ujęć z drona. Tutaj liczy się każda sekunda dobrej – słonecznej i bezwietrznej pogody, zwłaszcza, że w kwietniu potrafi być dość kapryśna, co miało miejsce godzinę wcześniej. Już nie możemy się doczekać jak to piękne hanzeatyckie miasto będzie prezentować się na naszych zdjęciach z lotu ptaka. Zachowany, średniowieczny układ urbanistyczny i liczne zabytki powodują, że nasze oczekiwania są naprawdę duże. Chyba się udało, prawda?

Przechodzimy nieco dalej, by zobaczyć wieżę Kościoła Mariackiego – tak wieżę, samotną wieżę, ponieważ po świątyni pozostała już tylko ona. Kościół został zbombardowany w II WŚ, a to co po nim zostało (za wyjątkiem wieży oczywiście) wysadzono w powietrze – niestety. W miejscu, gdzie niegdyś wznosiła się budowla postawiono rzeźby i pozostawiono „zarys” owego kościoła w postaci śladów fundamentów. Można sobie bez większego problemu wyobrazić jak potężna i wspaniała musiała to być świątynia. Na szczęście w Wismarze zachowały się jeszcze inne, równie wspaniałe kościoły, jak chociażby Kościół św. Ducha ze wspaniałym sklepieniem oraz Kościół św. Mikołaja, gdzie przeniesiono liczne skarby ze zniszczonych podczas wojen, pozostałych kościołów. Wieża kościoła św. Jerzego stanowi doskonały punkt widokowy na miasto. Samo wnętrze także zachwyca, może wręcz przytłoczyć, ale nie zdobieniami, a raczej surowością, rozmiarami, wysokością sklepienia – może zakręcić się w głowie od zadzierania jej w górę.

Obiekty te znajdują się na Europejskim Szlaku Gotyku Ceglanego, podobnie zresztą jak mijany przez nas kościół Proseken, który zupełnie przez przypadek zobaczyliśmy jadąc do Wismaru i wiele innych budowli, które zobaczyliśmy i zobaczymy jeszcze przemierzając ten rejon Niemiec. Jedno tylko boli. Ten kościół, jak i wiele innych, równie zachwycających nie pełnił już roli świątyni. Stał się „obiektem”, czarnym budynkiem, śladem miejsca duchowego. Aczkolwiek w tym „pomogły” oczywiście zniszczenia powojenne.

W okolicach malowniczego portu, właściwie naprzeciw niego, zobaczymy kolejny zabytek – starą bramę wodną, która jest pozostałością dawnych murów obronnych otaczających miasto i jedyną z zachowanych po dziś dzień bram miejskich. Tutaj także ulokowany jest charakterystyczny, prezentujący pruski styl dom na… wodzie. Tak, na wodzie, bo postawiony został na rzece Grube, właściwie, to rzeka przepływa tuż pod nim, a on wspiera się na jej przeciwległych brzegach. Wygląda to naprawdę bajkowo, choć zupełnie nie jest widoczne od strony portu. Dlatego proponujemy Wam, by odwiedzając Wismar skorzystać ze spaceru wzdłuż Grube. Dojdziecie do Kościoła Św. Mikołaja, który dla odmiany działa, ma się jeszcze dobrze, zachwyca również swoimi rozmiarami i gotyckimi przestrzeniami.

Spacer nadbrzeżem jest doskonałym pretekstem, by skosztować lokalnych przysmaków. A są nimi przede wszystkim ryby, pod wieloma postaciami. Liczne straganiki oferują przechodnią możliwość skosztowania smażonych, wędzonych, czy też  formie kanapek. Palce lizać. Naprawdę! Ryby są mięsiste, świeże, bułki chrupiące, dym i zapach wędzonych skarbów powoduje, że automatycznie się ślinimy. Jeśli dodać jeszcze znakomite okoliczności nazwijmy to „krajobrazowe” – falujące na wodzie łódki, przelatujące od czasu do czasu mewy, to od razu chciałoby się powiedzieć „chwilo trwaj, jesteś piękna”.

Powróćmy jednak jeszcze na chwilę na Rynek. Bo przecież jest tam jeszcze ładny neoklasyczny ratusz, czy jeden z najbardziej charakterystycznych budynków – Stary Szwed. Nie sposób go pominąć, bowiem wyróżnia się spośród pozostałych zarówno architekturą, jaki budulcem. Pamiętać musimy przecież o tym, co wcześniej wspomniałam, że miasto przez długi czas znajdowało się właśnie pod szwedzkim panowaniem. Choć nie czuć tego aż tak mocno jak u jego brata-bliźniaka, czyli Stralsundu.

W Wismarze przenosimy się w czasie i przestrzeni, wędrujemy uliczkami wybrukowanymi kocimi łbami, podziwiamy bajeczną architekturę domów ulokowanych nad niewielkim kanałem, by za chwilę zobaczyć marinę z nowoczesnymi jachtami. Na dodatek doświadczamy tu niemal wszystkich pór roku – raz mocno grzeje słońce, innym razem pada deszcz, a nawet sypnie śniegiem. Na szczęście my zawsze staramy się skupić na celu a nie na okolicznościach. Będzie co wspominać. Miasto nas nie zawiodło.

Podobał się wpis? Podaj dalej:

Skomentuj! Podziel się z nami opinią!


Ilość komentarzy: 2

Comment moderation is enabled. Your comment may take some time to appear.

  1. Paweł Mąka napisał(a):

    Świetna fotorelacja! Ale pogoda to Was nie rozpieszczała, widać, że była bardzo zmienna. Fajnie, że wyjazd się udał, oby więcej takich!

    • Wędrowne Motyle napisał(a):

      no było zmiennie. Ale optymalnie 🙂 bez wielkiego żalu. Słonce czesto wychodziło

O blogu w mediach