Blog Ciekawostki Hytta, hygge i drewniany dom nad fiordem. O taką Norwegię walczyliśmy

Hytta, hygge i drewniany dom nad fiordem. O taką Norwegię walczyliśmy

Daleko w dole rozlewa się ciemnozielona tafla jeziora, przypominająca żywo fiord, jednak odcięta od dostępu do morza jedynie jedną przełęczą. Ale potocznie nazwiemy ją wciąż fiordem. Odbija się w niej ogromna góra na szczycie której ktoś postawił samotny czerwony domek. Ania zastanawia się, jakim cudem ktoś postawił w takim miejscu domek. Nie odpowiem jej, mam te same dylematy. Przecież i tak jesteśmy na odludziu. Odludzie od odludzia?

Pomiędzy kilkoma kolorowymi domkami w przysiółku przemknęły raptem dwa auta, mimo, że droga łączy Bergen z Oslo. Dosłownie 100 metrów od balkonu szumi wodospad. Nasz własny wodospad. Jest już noc, choć tu widno. Niebo mieni się mieszaniną koloru wrzosowego i pomarańczowych flar po słońcu, które już dawno schowało się za górą. Niekoniecznie za horyzontem. Ptaki ucichły. Zamknąłem drzwi na balkon, zaświeciliśmy wszystkie lampy i lampki, wziąłem na kolana album o Art Deco. Zbliża się północ. Jesteśmy w Norwegii. Mamy na własność ciepły, przytulny, drewniany domek. Aż nie chce się spać.

Foldery reklamują „Norwegię w Pigułce” w postaci zorganizowanych wycieczek z Bergen, objazdówek śladem wygiętych lekko w łuk linii na ulotkach. Wszystko za spore pieniądze. My chcieliśmy inaczej. I udało się.

Lądowanie w Bergen ścisnęło nas za serce. nie chodzi o lęk czy turbulencje, ale to co nas przywitało przy podejściu do lotniska nad szkierowym wybrzeżem. Setki wysp, Góry Skandynawskie w tle po prawej. Dziwne góry, inne, niż wszystkie. Błękitne niebo i lazurowa toń Morza Północnego po lewej. Z lotniska, oddalonego od miasta o około pół godziny łapiemy shuttle busa, dając pierwszą smutną minę na widok ceny przejazdu. Jednak byliśmy na to psychicznie przygotowani. Mamy zaledwie 2 godzinki na spacer po Bergen. Samo sobie zgotowaliśmy taki los, bo jeszcze tego samego wieczoru musimy ruszyć wgłąb Norwegii ostatnim możliwym autobusem. Za chwilę dowiecie się dlaczego.

W Bergen szał. Trwa istny festiwal zachwytów nad pogodą. Ludzie w krótkich rękawkach i szortach, na niebie żadnej chmurki, słońce praży, setki ludzi zwracają swoje twarze ku słońcu, sączą piwo w ogródkach piwnych, spacerują, siedzą na murkach, trawnikach. W miejskim parku trwa koncert a właściwie jakiś większy festiwal. Śpiewa ktoś znany, bo młodzież piszczy.

Chwilę ciszy znajdujemy w wąskich uliczkach Bryggen, najstarszej części Bergen, wpisanej na listę UNESCO. Cieszymy się jak dzieci, że już na dzień dobry zwiedzamy coś, czego nigdy jeszcze nie wiedzieliśmy w czasie swoich podróży. Domki są drewniane, mają ponad 400 lat, niektóre słaniają się na boki, inne wciąż skrzypią, gdy się obok nich przechodzi, wąskie przejścia pomiędzy nimi pachną wciąż igliwiem, bejcą, rybim tłuszczem. Kiedyś pracowali tu rzemieślnicy morza: szkutnicy, wyrabiający liny, łój, żagle. A także rybacy i kupcy dalekomorscy. Handlowa, zabytkowa dzielnica jest dumą Bergen i perełką wpisaną na listę UNESCO. Od strony portu zachwyca wielobarwnymi frontami wąskich domów. Tuż obok znajduje się Bergenhusfestung forteca, 5 minut powyżej spacerkiem rozpoczyna się kolejka linowo-terenowa na wzgórze Fløibanen
To wzgórze, z którego można obejrzeć położenie Bergen oraz okolicę. Kierujemy się na Targ Rybny zachwycając produktami wyłownionymi z Atlantyku, kupujemy „kaviar” rybi, myśląc, ze okazja. Potem lokalne sklepiki wybiją nam takie wyobrażenie z głowy. Nie dość, że Norwegia to już 40 koron w plecy…

Zdecydowaliśmy się na podróż w kierunku Voss autobusem (pomimo, e kursuje tu tez pociąg i jest nawet tańszy), ponieważ wioska, w której mieliśmy zamieszkać znajduje się pomiędzy dwoma tunelami górskimi a pociąg nie zatrzymuje się w niej. Po co, skoro mieszka tu zaledwie ~20 osób. Ale przystanek autobusowy jest. Szofer wysadza nas nieco skonsternowany, dopytując czy to na pewno tu. My już widzimy, tam na szczycie góry czeka nas nasz dom. Przy przystanku jest znaczek z tabliczką „Novasol”, kierowca już załapał. Mamy wynajęty w całości tradycyjny norweski dom. Ostatni w wiosce, na górze. Zmęczenie miesza się z ekscytacją. Czy w środku będzie „jak w filmach”? Drewniany dom ma dwie sypialenki i ogromny, przestronny, przytulny, sprytnie zaplanowany salon, połączony z w pełni wyposażoną kuchnią. Na poddaszu też zmieściły się dwa tapczany. Czyli dom na 4 a nawet 6 osób. Tylko dla nas.

Ma swój własny balkon w widokiem na „fiord” oraz dwa tarasy. Jest ciepło swojsko a jednocześnie czysto i funkcjonalnie. Oto cała pełnia hygge połączona z hytta. To norweska filozofia posiadania domów za miastem. Ale nie letniskowych. To są domy, w których można mieszkać ile się chce. Można ale nie trzeba, twój wybór. To domy, najczęściej budowane tradycyjnymi metodami, z trawą lub łupkiem na dachu, małą liczbą oszkleń, obijane deskami, malowanymi na różne kolory (czerwień była dla biednych, biel dla bogatych). Lub nowoczesne, ale nawiązujące do tej architektury. Pełne wyposażenie pozwalało spędzić tu weekend albo urlop, albo przenieść się na kilka miesięcy.

Co to jest hygge i skąd się wzięło?
Hygge to coś modnego, choć trudnego do przetłumaczenia. Pochodzi z Danii lub Norwegii, ale biorąc pod uwagę bliskość tych krajów kulturową – nie ma to znaczenia. To zbiór zasad, pomysłów, nastawienia, wrażliwości, które wszystkie razem powodują, że czujemy się lepiej w danej chwili, danej przestrzeni. Nawet jeśli warunki pogodowe lub kłopoty zawodowe nam w tym przeszkadzają. Robimy wszystko, by podtrzymać siebie samych na duchu. Wnętrze ma być przytulne, rozświetlone ciepłym światłem wielu lampek, ubogacone detalami i rzeczami, które lubimy, chwila błoga i relaksująca. Tworzymy nastrój miejsca, w którym możemy oddać się najprzyjemniejszym rytuałom codzienności. Szczerze mówiąc nie wyobrażamy sobie by wdrożyć taką filozofię w kraju śródziemnomorskim czy tropikalnym. Ale w Polsce od dobrych 2-3 lat idea stała się bardzo popularna i wiele osób próbuje ją wdrażać. To naprawdę ma prawie same plusy. Nie widzimy minusów.

W domu zastaliśmy wszystko. Sprzęty kuchenne, świeczki, masę ciekawych książek i albumów, mapy, kieliszki, zastawę i całą armię przepięknych dodatków i wystroju: poduszki z lisem i jeleniem, wygodne fotele i lampy, kilkanaście lamp. Ma być ciepło, przytulnie, wygodnie. Masz lubić tu być. Norwegowie mówią na taki stan rzeczy „hygge”, choć to podobno domena Duńczyków. Albo po prostu lepiej ją sprzedali.

Wiemy już, że to będzie niezapomniane przeżycie do końca. Móc wspominać ten cudowny czas w tym miejscu. Budzić się rano i wyjść na balkon z takim widokiem jak poniżej na zdjęciu, opalać się z szumem wodospadu w uszach. Szkoda, ze tylko 3 dni. Bo w poniedziałek do pracy. Jedyne poświecenie: do domku pieszo musieliśmy się wspinać od przystanku jakieś 20 minut.
Wioska, w której mieszkamy to Hjornevik, zwana też Jornevik. To właściwie przysiółek należący do Boldstat, ale oddzielony od niego tunelem. z Jednej strony dom z małym nabrzeżem, potem przejazd kolejowy, dwa przystanki, droga do Bergen i 8 domów, jeden ponad drugim. Nasz na końcu. Poranny autobus miał przyjechać o 10.00, schodzimy, zaczepiając o wodospad, który nam tak umila życie tu. Cel: najbliższe większe miasteczko: Voss. W wiosce zatrzymują się autobusy dwóch linii: Skyss i Nettbuss (odjazdy co 3 godziny pomiędzy 10:00 a 20:00)

Jak wynająć ten konkretny dom? Po pierwsze szybko, bo jest spore obłożenie. Dom jest idealny na 4 osoby – najlepiej dwie pary. Ceny za wynajem na tydzień całego domu z działką i wszystkim w wyposażeniu (kawa, herbata, ręczniki, pościele, sprzęty, internet, telewizja) kosztuje około 2900 zł. Jak na Norwegię, położenie i klimat tego miejsca – w podziale na dwie pary – to super cena. Ale nie chcecie wiedzieć, ile się naszukaliśmy, by akurat to miejsce wybrać z oferty Novasol. Zobacz stronę domku na witrynie i wolne terminy. Cena w zależności od sezonu (niski – taniej), poszewki można wynająć za opłatą, a sprzątanie, tak jak i w Airbnb Istnieje możliwość wynajmu mniejszych domków, porybackich Rorbu. Tu ceny są niższe, ale i wielkość i standard domku mniejsze.

Już sama jazda do Voss powoduje pierwsze „przyklejenie nosów” do szyby autobusu. Wszystko staje się podwójne. Soczysta zieleń nad wodą i ciemniejsze w odbiciu w jeziorach. Na szczytach śnieżne czapy, ale w formie łatek na szarych łupkowych skałach. Jak u dalmatyńczyków. Voss liczy sobie zaledwie 10 tysięcy mieszkańców, ale jest świetną, naprawdę idealną bazą wypadową na fiordy i po całej zachodnio-środkowej Norwegii. W średniowieczu przechodził tędy królewski trakt kupiecki i pocztowy pomiędzy Oslo (Christianią) a Bergen. Karawany zmieniały konie tuż przed wymagającym podejście na przełęcz Stalheim. Choć nie jest to wcale najkrótsza droga, bo ta biegła przez Myrdal, gdzie dziś biegnie kolej Bergen-Oslo.
My wybieramy mniej wymagający szlak zielony do położonego tuż za opłotkami miasta wąwozu Bordalsgjelet. Gdy doliny lodowcowe traciły lód, tworzyły się charakterystyczne u-kształtne żłoby. Ale tu wodą postanowiła dalej drążyć w dnie i wydrążyła niesamowite zjawisko, wzdłuż którego prowadził wykuty w skale i zabezpieczony barierkami chodnik. Chyba nigdy nie widzieliśmy tylu odcieni zieleni. No, może następnego dnia na fiordach, nieco więcej.

Z Voss prowadzi kilka szlaków pieszych o rowerowych, w tym najciekawszy nad wodospad Skjervsfossen (2h w jedną stronę). Dalej droga wiedzie nad fiord Hardangenfjorden i do Oddy. Na północnym wzgórzu nad miastem usadowiono skansen wsi norweskiej (Viss Folk Museum), ciekawy przykład architektury sprzed 150, 200 a nawet 300 lat, która podobno znów wraca co łask. Nad skansenem straszy pylon niedziałającej już słynnej kolei linowej, która z miasteczka wynosiła turystów na szczyt płaskowyżu. Można dostać się na górę ale z Skulestadmo, ośrodka narciarskiego za miastem.

Idziemy wiejskimi uliczkami wzdłuż góry, czasami bez celu i ładu. Mijamy dziesiątki kolorowych tradycyjnych domków, zastanawiamy się, który ładniejszy, i który mógłby być nasz, rozkładamy się na mały piknik z widokiem nad jezioro Lundarvatnet, w końcu rozbijamy się na chwile w miejscu gdzie rzeka wpada do jeziora tuż obok bazy Voss Adventure, organizującej spływy kajakowe i pontonowe raftingi.
Rzeka płynie z rejonów, gdzie tuż przy drodze do Flam bije ze skał kolejny spektakularny wodospad – Tvindefossen i gdzie jutro udamy się w stronę największego z norweskich Fiordów – Sognefjorden i najpiękniejszego – Naeroyfjorden a także na przejażdżkę koleją widokową Flamsbana, do której ostatecznie nie dojdzie.

Ale to w kolejnym wpisie. Zobaczcie resztę zdjęć…

Nota partnerska: #Motylorwegia – Nasz wyjazd do Norwegii odbył się dzięki zaproszeniu firm Novasol i Fjord Line. Dziękujemy za pomoc w organizacji podróży. Wpis powstał również we współpracy z dobrą pogodą.

    

Ilość komentarzy: 37 - dołącz do dyskusji!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • Dariusz says:

    O piękny domek. Isuper opisane… Niestety już nie ma go w ofercie 🙁
    Pozdrawiam 🙂

  • Ehhh móc spędzić choć kilka dni w takim domku… zaszyć się..odpocząć…naładować baterię

  • Dorota says:

    Hej. Celem sprostowania – Norwegowie nie powiedzą, że coś jest hygge (to jest typowo duńskie), choć funkcjonuje przymiotnik hyggelig, czyli ładny/miły. Wam raczej chodzi o tą specyficzną atmosferę, a to u Norwegów określa się mianem KOSLIG (przymiotnik). Drewniany domek, poduszki, świeczuszki są właśnie koslig :))))

  • Motyle, świetne zdjęcia i niesamowity klimat!

    To chyba już norma, że tam dobrze gdzie nas nie ma… Nasza blisko już dwuletnia tułaczka po Azji powoduje, że skandynawskie klimaty bardziej niż kiedykolwiek ściskają za serce. Kto wie, może za kilka miesięcy się uda i wreszcie zawitamy na północ. Upał nie jest zły, ale ile można? 😉 A ta soczysta zieleń lasów (i pewnie zapach – kocham zapach lasu!) to jednak co innego niż wilgotna dżungla i upierdliwy monsun. A taki dom – po prostu marzenie!

    Pozdrowienia!!

    • Wędrowne Motyle says:

      Ciekawe słowa. I ważne, boa utentyczne, prosto „z terenu”. dlatego my nie wyobrażamy sobie podróży dłuższej niż rok. Ba, półroczna to już dla nas byłaby super długa podróż.

  • Marzena says:

    Ta Norwegia, ten drewniany domek, te najcudowniejsze widoki to coś niebywalego. Jesteście mistrzami w organizowaniu tak fantastycznych wypraw. Napiszę Wam, iż jesteście moja inspiracją. Podgladam Was, dzięki Wam byłam na Malcie i Sycylii za marne pieniądze. Gdzie będziecie mogli być, by opowiadać o tym co do tej pory? Uwielbiam Was

    • Wędrowne Motyle says:

      Dzięki za tak miłe słowa 🙂 my chyba nie za bardzo umiemy wystepować i opowiadać o podróżach./ wolimy pisac.

  • Magda says:

    Hej, moja przygoda z Norwegia dobiega już końca – jutro wracam do Polski. Przebywam na południu Norwegii – w Tonsberg. Oslo też zobaczyłam.
    Wiem już natomiast, że wrócę tu. Oby udało się za rok 🙂 z tym, że zapuścić chciałabym się na zachód.
    Norwegia urzeka i zachwyca. Temperatury też są, jak dla mnie stworzone 🙂
    Zycze Wam więcej takich wojaży i do zobaczenia gdzieś na norweskich szlakach. 🙂

  • Na Islandii również panują teraz białe noce i widoki nie gorsze, a do tego wkoło bezkresny błękit oceanu!!!

  • Anka says:

    cudownie! my 25 lipca juz bedziemy w Norwegi, tyle ze my pod namiot tak jak w zeszłym roku, na dziko, z dzieciakiem. 🙂

  • Ło, Bordalsgjelet w zieleniach, w maju dominowały brązy, też pięknie -to jeden z bardziej przyjemnych spacerów w Voss 🙂

  • super!!! za miesiąc też się wybieramy na norweski urlop, tyle że bardziej na północ! 🙂

  • Agnieszka says:

    Byliśmy w Norewgii z synem i mężem w 2013. Autem, przez Hamburg i Kopenhagę, do Oslo i przez czysty przypadek nad Lysefjord. Niezapomniane, niebywałe przeżycia. W planach Bergen … oby się spełniło. Dzięki za wytłumaczenie mchu i traw na dachach 🙂 Serdeczności z Łodzi.

  • Byłam w Bergen i okolicach. To najpiękniejsze miejsce na ziemi!

  • a nie wiecie moze skąd ta trawa na niektórych dachach? dwie rzeczy mnie zastanawiały w norwegii: czemu te domki sa najczęściej czerwone (ale rozumiem, ze podział na bogatych i biednych w norwegii już nie ma zastosowania? 😉 i jaką funkcje mogły spełniac trawiaste dachy – izolacja? ogrodek? PASTWISKO?

    • Wędrowne Motyle says:

      Tak, już wiemy. Wynika to z tego, że kiedyś dachy były pokrywane darnią, chrustem, suchym torfem, potem skałami czyli tym łupkiem. Wszystko to materiał, który z czasem i tak łapał mech, potem drobinki ziemi,potem robiła sie warstwa wystarczająca dla drobnej trawy i bylin. Z czasem odkryli, że zimą działa to jako izolacja super. Latem mniej, ale zimą. I zaczęli iść krok dalej i stawiać mocno ukorzenione trawy na dachy. No i lepsza amortyzacja w czasie ulew i wiatrów.

    • marek says:

      Nie szukalem tej informacji, choc mnie ciekawilo: dlaczego domy w nor sa czerwone lub szare? Napiszes/cie wiecej o powodach, poprosze 🙂

    • Wędrowne Motyle says:

      Napisaliśmy w tekście. Poszukaj 🙂 Damy podpowiedz: Tłuszcz rybi pomagał w robieniu czerwieni;)

  • Jestem teraz w Norwegii, która zwaliła mnie z nóg, upijam się widokami jest niesamowicie dla mnie to podróż Życia polecam wszystkim. Właśnie jest 23:13 a na zewnątrz jasno.

  • Byłam tam zimą. Totalnie najlepsze widoki na świecie.

  • Damian Kazak says:

    Czekam na Preikestolen <3 Świetne zdjęcia, fajny tekst i niesamowita podróż. W trzy dni zwiedziliście naprawdę kawał tego kraju!

  • Tak pięknie opisane ( no i oczywiście zdjęcia), że wyobraziłam sobie siebie w takim domku….<3 Dobre miejsce, żeby się odstresować

  • Zawsze marzyłam o domku na plaży, ale ten jest cudowny!

  • Chcę tam! Teraz, natychmiast. A powiedzcie, czy taki domek nada się też dla rodzin z dziećmi?

  • <<< Niedawno wędrowałem po górzystych okolicach Molde. Wspaniałe! :)

  • Ale przepiękne miejsca odwiedziliście! Aż teraz marzy mi się uciec z tego miasta i odetchnąć wreszcie świeżym powietrzem 🙂

Ilość komentarzy: 37 - dołącz do dyskusji!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *