Home Blog Nasze relacje i zdjęcia Norweskie Fiordy z pokładu statku. Rejs, którego nie zapomnimy do końca życia [DUŻE ZDJĘCIA]

Norweskie Fiordy z pokładu statku. Rejs, którego nie zapomnimy do końca życia [DUŻE ZDJĘCIA]

Autor: Marcin Nowak | niedziela, 6.08.17 | 0 komentarzy

[Proszę, zatrzymaj się tu na 10-15 sekund, aby zdjęcia poniżej mogły się swobodnie załadować]

Niezbyt przepadamy za powiedzeniem „fiordy z ręki jadły”. Może dlatego, że dotyczy ono rzadkiej sytuacji, gdy znajdujemy się wysoko, na krańcu fiordu, obejmując go w całości wzrokiem. Możemy wychylić rękę i teoretyczne rzucić kilka okruszków chleba na dół. Jest to dziwne. Fiordy jednak mają swoja drugie, niesamowite oblicze. Fiordy przytłaczają, murują, oczarowują. Gdy ogląda się je z dołu. Z poziomu morza, które przecież jest tak odległe i nieosiągalne. A jednak. Jest też tu.

Dlatego będąc w Norwegii – postarajcie się zrobić wszystko, by gdzieś spróbować udać się na krótki rejs po tych jednych z największych cudów natury. To może być wręcz zwykły prom pomiędzy dwoma brzegami, to może być wykupiona wycieczka fakultatywna z większego miasta, to może być regularna linia rejsowa. Możliwości jest sporo. Poza tym każdy fiord zrobi wrażenie na każdym, kto pierwszy raz odwiedza tego typu krajobraz. Umówmy się – nietypowy i unikalny.

Gdzie wystepują fiordy i skąd się wzięły? Jako geograf często załamuję się znajdując określenia nawet w prasie branżowej i pokrewnych blogach, że fiord to podłużna zatoka otoczona górami. W ten sposób fiordami nazywane są np. Boka Kotorska w Czarnogórze. Zatoka Lim na Istrii czy Calanque w Prowansji. Wielki błąd! Fiordy to zatoki, powstałe w wyniku zalania przez wody dawnych, głęboko żłobionych dolin polodowcowych. Więc nie będą występowały poza umiarkowanymi i subarktycznymi szerokościami geograficznymi (Norwegia, Islandia, Szkocja, Kanada, USA, Chile, Nowa Zelandia, Rosja). Obrazowo. Gdyby Bałtyk podniósł się na tyle, że dotarłby do Zakopanego. I zalał Dolinę Chochołowską lub Kościeliską – mielibyśmy fiord.

Stoimy na krawędzi wzgórza przy wodospadzie Brekkefosen blisko Flam i oglądamy cudowny amfiteatralny widok – początek doliny, łączącej się z początkiem fiordu. Jesteśmy prawie 200 km od morza a tak naprawdę tu jest wysokość 0 m npm i wdziera się małym języczkiem jedna z odnóg Sognefjorden, największego norweskiego fiordu. Nazwę miejscowości kojarzyliśmy dużo wcześniej, podobnie jak Bergen czy Stavanger z uwagi na podobno najpiękniejszą linię kolejową, które wiedzie z Flam do Myrdal. Wiadomo, że kandydatów do tego tytułu jest wielu, w tym kolej Kandy-Ella na Sri Lance, którą jechaliśmy w tym roku. Na miejscu okazuje się, że miejsc nie ma. środek sezonu, wcześniej podobna informacja on-line, spodziewaliśmy się tego. Stąd decyzja o krótkim trekkingu na jeden z ładniejszych wodospadów środkowej Norwegii. Podejście było mordercze, ale efekt absolutnie satysfakcjonujący.

Muzyka do oglądania zdjęć (Włącz w tle):

Nasz prom odpływał o 14.30 w kierunku Gundvangen. Dlaczego akurat taki wybór? Znajdujemy się blisko Voss, naszej bazy po okolicy. Po drugie mamy okazję zobaczyć słynne miasteczko Flam. Choć nie ukrywamy mnóśtwo w nim turystów z całego świata. I tłoczno. Następnie popłyniemy Aurlandsvfjiorden a potem przez chwilę największym norweskim fiordem i skręcimy w najpiękniejszy norweski fiord, czyli wpisany na listę UNESCO – Nærøyfjorden, którego nazwę trudno wymówić (gwoli wyjaśnienia – najpiękniejszy zdaniem samych Norwegów, także trudno podważać, mimo, że określenie subiektywne).
Czegóż chcieć lepszego i bardziej symbolicznego podczas krótkiego pobytu w Norwegii. Wiemy, na naszej liście marzeń było zobaczyć fiord Geiranger (drugi na liście UNESCO), ale to innym razem. Jak polecimy do Alesund.

Jest coś mistycznego w płynięciu fiordem. Tym bardziej, że pogoda paradoksalnie „sprzyjała”. To był ten jeden moment podczas 5 dni pobytu (oprócz chwili w Stavanger), gdy padało. Ale był to deszcz delikatny, rzadki. Większą robotę zrobiły chmury i charakterystyczna mgiełka, spowijająca niektóre szczyty, które mijaliśmy. Rozpoczął się spektakl. Lepszy, niż połowa seriali dokumentalnych w TV. Po jednej i drugiej stronie pokładu wyrosły pionowe ściany, po nich spływały 200-metrowe wodospady. Gdzieniegdzie kaskadowo piętrzyły się wioski z kolorowymi domkami (niczym w Cinque Terre). Tylko ta zieleń… Była dużo, dużo bardziej soczysta.

Gdy wpłynęliśmy w Nærøyfjorden spektakl zmienił się w bajkę na żywo. Słońce lekko przebijało się przez stalowe chmury, soczysta zieleń stała się jeszcze bardziej soczysta a góry bliżej siebie. Co więcej prom sunął prawie bezszelestnie, ciemna szafirowa woda sprawiała wrażenie jakby była tłustą mazią. Po prawej stronie mieliśmy okazję minąć przepięknie położone i wyglądające wioski, do których dojechać można kilkunasto kilometrową drogą z Gundvagen – Dyrdal i Bakka. Wcześniej po lewej stronie mijamy Undredal, gdzie można wysiąść. Zapewne robią to miłośnicy starej drewnianej architektury norweskiej, bo tu w okolicy tych 3 fiordów znajduje się kilka najstarszych kościołów tego kraju. Podobnych do tego, który stoi w Karpaczu.

Dawno nie byliśmy zawiedzeni tak mocno, że „to już koniec”. Po ponad 2 godzinach prom dobija do przystani w Gundvangen. Ale to nie koniec zachwytów…

Znajdujemy się w miejscowości amfiteatralnie położonej pomiędzy trzema, prawie 1000-metrowymi skałami. Takich widoków nie pamiętamy nawet z Alp. W środku wioski powstaje (wciąż nie skończona) odrestaurowana wioska wikingów, przy brzegu pozostawiono wikiński drakkar a właściwie karfię – łódź przybrzeżną. Czerwona i biała zabudowa Gundvangen oraz wszechobecne figurki troli wyciskają z tutejszych widoków wszystko co norweskie do cna.

Za chwilę podejdziemy na przystanek autobusowy na końcu wsi i złapiemy autobus linii Netttbuss bezpośrednio do naszej wioski Jornevik. Wcześniej wszystko sprawdziliśmy. Pomimo rzadkich kursów. Da się więc taki wypad zorganizować nawet z Bergen, gdzie kończy swoją trasę autobus.

Rejs kosztuje 310 NOK czyli aż 139 zł a częstotliwość to kilka na dzień. Tutaj można zobaczyć rozkład. Powiecie, że drogo. Tak. Niemniej, to było nasze ścisłe marzenie. I będąc tak blisko, mając część kosztów podróży zredukowanych dzięki partnerom i zapraszającym nas – skorzystaliśmy z uśmiechem. Absolutnie opłacało się. Ceny rejsów po Geirangerfjorden czy Lyssefjorden są podobne. Autobusy NX450 pomiędzy Flam a Bergen również kursują kilka razy pomiędzy 8.45 a 17.45. Zatrzymują się w Gundvangen, jak napisaliśmy.

No to teraz pora na to, co najważniejsze. Czyli więcej zdjęć w dużym formacie. Ułożonych chronologicznie: Flam, rejs, Gundvangen. Przy obróbce zdjęć zastosowaliśmy nowy preset. Inspirowany nieco malarstwem romantycznym norweskim i duńskim z XIX wieku. Poniżej obraz Fra Romsdalen autostwa Johana Fredrika Eckersberga 

„W zaczątkach świata za czasów Ymira
Ni piasku, ni morza, ni chłodnych bałwanów,
Nie było ziemi i nie było niebios,
Ni traw nie było – lecz czeluść otchłani”

Gdy na początku czasu zimno spotkało żar w Ginnungagap, lód się stopił, a jego krople dały początek życiu w postaci giganta Ymira, który jest ojcem wszystkich Gigantów lodu. Ciągnie się w nieskończoność

 

„Towarzyszyło słońce miesiącowi,
Prawicę swoją kładło na skraj nieba,
Słońce nie znało mieszkania swego,
A miesiąc mocy swej nie znał,
Gwiazdy – gdzie stać, nie wiedziały.”

 

 

Według „Wieszczby Wölwy” trójka bogów (także Odyn, Wili i We) wydobyła świat z wód praoceanu. Ziemia pokryła się wtedy zieloną roślinnością. Zielone łąki określano jako błonia Ida – Idavöllr. Tam zebrali się bogowie i naradzali, siedząc na stolcach przeznaczenia. Bo choć świat istniał, wiele rzeczy pozostawało nieuporządkowanych.

źródło: „Mitologia skandynawska – początek

 

 


 

Podobał się wpis? Podaj dalej:

Skomentuj! Podziel się z nami opinią!


Ilość komentarzy: Brak komentarzy

Comment moderation is enabled. Your comment may take some time to appear.

O blogu w mediach