Blog Nasze relacje i zdjęcia Cud Karaibów. 10 rzeczy, które warto zrobić w Viñales i okolicy

Cud Karaibów. 10 rzeczy, które warto zrobić w Viñales i okolicy

Pierwsze zderzenie z Havaną już za nami, resztę zostawiamy na koniec podróży. Taxi colectivo dzielimy z dwójką Hiszpanów z Barcelony, więc rozmowa po czasie schodzi na niepodległościowe dążenia Katalonii. Ku naszemu zaskoczeniu „po chwili” jesteśmy w Viñales. Nie spodziewaliśmy się, że droga zajmie nam dużo mniej czasu, niż zapowiadają przewodniki i relacje. Niecałe 2 godzinki.

Już pierwsze zderzenie z doliną Viñales, gdy serpentynami zjeżdża się z okolic siedziby Parku Narodowego do miasteczka – robi wielkie wrażenie. Przypomniał nam się zjazd autobusem z płaskowyżu do Goreme w Kapadocji. To był ten sam rodzaj „przyklejenia do szyby” i pierwszego „wow”. Tylko wzgórza takie bardziej zielone 🙂

Wpis powstał w wyniku akcji „Podróże Marzeń”organizowanej przez KLM Polska. Do 19 stycznia  obowiązuje promocja. Na Kubę z Polski można polecieć za mniej niż 2000 zł w dwie strony.

Czym jest Viñales? Znaczenie ma potrójne. To kraina geograficzna, skupiona wokół niewysokich gór i parku narodowego o tej samej nazwie. Składa się z wielu, niezbyt głębokich dolin, otoczonych krasowymi górami stołowymi, czyli mogotami. Podobne formacje skalne występują jedynie w kilku miejscach na ziemi. W Północnym Wietnamie, Laosie, południowej Tajlandii, Słowenii i na Kubie. Przy czym tutejsze są całkowicie lądowe. Doliny pomiędzy nimi wypełnione są żyzną, żelazistą ziemią, a jedna z dolin, główna – również nazywa się Viñales. W sercu leży wioska, kiedyś mała rolnicza, centrum plantacji tytoniu i ziemniaków, a z czasem, po wpisaniu całości tego terenu na listę dziedzictwa UNESCO jako krajobraz kulturowy, stała się popularną atrakcją turystyczną Zachodniej Kuby. Turystyka zmieniła diametralnie Viñales, które jest już pełnoprawnym miasteczkiem, gdzie liczba przyjezdnych często dorównuje liczbie miejscowych. Choć jeszcze na obrzeżach Viñales można poczuć ducha poprzedniej epoki w rajskim otoczeniu. Choć  nie wszystko tutaj było rajskie. O tym napiszemy dalej.

W Viñales prawie wszyscy w jakiś sposób są powiązani z turystyką. Nawet ten spokojny rolnik, który trzyma się z daleka od „plecakowców” w japonkach, koniec końców nierzadko dostarcza bezpośrednio swoje warzywa do jednej, czy drugiej casy, tak by gospodarze mogli gotować gościom smaczne obiady. My spaliśmy w casie Puppi y Emilio, która znajdowała się… w 2-piętrowym bloku. Ciekawie to wyglądało, ale niczemu nie przeszkadzało. Pani Puppi gotowała fantastycznie, smacznie, świeżo, zdrowo i obficie. Prawda jednak jest taka, że nie mieliśmy wyjścia, bo na dzień dobry zaoferowała nam obiadokolacje i masę dodatkowych usług. Po utargowaniu się do 7 CUC doszliśmy do wniosku, że to najlepszy wybór. I taki był. To były jedyne smaczne posiłki podczas całego naszego wyjazdu.

Co warto zobaczyć w Viñales i okolicy:

Ogród Botaniczny

W centrum miasteczka, blisko skrzyżowania z drogą na Palmę znajduje się spory zagajnik, który nietrudno rozpoznać na google maps. To prawie 100-letni ogród botaniczny. Co ciekawe wstęp jest bezpłatny, a za usługę przewodnika, który sam nam się narzuci będziemy mogli pod koniec uiścić dowolną donację. W środku rośnie większość drzew i roślin, występujących na Kubie, cytrusy, kakaowce, palmy królewskie itd. Niektóre oczywiście endemiczne. Jak np. fantazyjne drzewa z dużymi srebrnymi kwiatami, które po opadnięciu zwijają się w kłębek. Niestety zapomnieliśmy ich nazwy 🙁

Spacery po miasteczku i oglądanie kolorowych domostw

Trzeba przyznać, że Viñales to nagromadzenie kolorowych cas w stopniu niezwykłym. Wzdłuż głównych, przecinających się pod kątem prostym dróg, znajduje się mnóstwo domków, przypominających nasze altany z ogródków działkowych. Nic bardziej mylnego. To domy, mieszczące czasem kilka pomieszczeń, w tym nawet 3 na wynajem pod turystów.
Otoczenie cas nierzadko zachwyca bujną roślinnością, kwiatami, zadbanym ogródkiem. Najczęściej przez budynkami znajduje się mała weranda, na której stoją dwa bujane fotele i stolik z popielniczką na popiół z cygar. Większość budynków przy głównej drodze zmieniono jednak na knajpki i kawiarnie. Wieczorem są oblegane przez turystów. Im bardziej odległe od centrum tym bardziej „naturalne” casy, których mieszkańcy trudnią się wciąż rolnictwem i mają „pole za domem”. Nikt Was nie przepędzi ze swojej posesji – sprawdziliśmy!

Wędrówki piesze po okolicznych polach

Jest jeden problem w centrum Viñales. Spaliny samochodów, które jeżdżą na  podłej jakości paliwie. Uciekliśmy od razu w pierwszy dzień poza uliczki, wędrując na północ w stronę głównego, wiszącego nad miasteczkiem mogota. Słońce chyliło się ku złotej godzinie, a my przemierzaliśmy czerwone jak cegła ścieżki wzdłuż miedzy i pól. Kilka razy drogę wskazywali nam rolnicy, wracający z pól w charakterystycznych obłoconych wysokich kaloszach. Jedna taka pętla biegnie na północy i można ją zakończyć wizytą w wytwórni cygar przy Sol da Valle i boisku do baseballa, druga, na południe, gdzie osiągnęliśmy nieoznaczony nigdzie na mapie punkt widokowy i staw, obok którego swoje żerowisko miały charakterystyczne dla Kuby sępy indycze. Niesamowicie oglądało się jak te ogromne ptaki krążą bezwiednie nad dolinami pośród mogotów, a tłem ich podniebnych wojaży jest miasteczko, którego centrum z oddali wyznaczała kościelna wieża i powiewająca wysoko zawieszona kubańska flaga.

Wspomniane wędrówki, można odbyć również konno. Taka atrakcja kosztuje ponoć 5 CUC od osoby za godzinę, jednak biegnie z góry ustalonymi trasami, a konie nie wyglądają zbyt dobrze. Ciężko pracują. Na roli, na użytek transportu, a od niedawna również dla usług turystycznych. My chyba jednak wolimy pieszo.

Zachód słońca z hotelu La Ermita

Idąc asfaltową drogą z centrum w stronę sztucznego jeziora lub z naszego dzikiego punktu widokowego można dojść do ciekawie położonego hotelu, który słynie z odkrytego basenu, jest popularny wśród europejskich turystów i warto stąd wyglądać zachodu słońca nad dolinami. Tutejszy bar serwuje bardzo mocne mojito. Nie było najlepsze w smaku, w czasie naszego pobytu na Kubie biliśmy dużo lepsze, ale na pewno najbardziej uderzyło do głowy. Niestety w ostatniej chwili zachodzące słońce przesłoniły kondensacyjne chmury i zachód był fioletowy zamiast pomarańczowego. Ale za to, to co nas spotkało przy wschodzie słońca wynagrodziło nam to podwójnie.

Wschód słońca z tarasu przy kawiarni Balcon de valle

 

Patrząc na krainę wapiennych mogotów, spoglądamy na zachód, więc wieczorne słońce chowa się za nimi, ale poranne… oświetla je przepięknie, tworząc spektakl jak z filmów przygodowych „Jurassic Park” albo „Lost World”. Aby tego doświadczyć musieliśmy wstać o 6:30 i jeszcze przed śniadaniem udać się zamówioną dzień wcześniej taksówką pod hotel Los Jasmines. To koszt 4-5 CUC. Można też dojść na pieszo, ale trzeba mieć jakieś oświetlenie, czołówki, a my tego nie mieliśmy. Wrócić już można bez problemu pieszo, lub tak jak my, machnąć ręką i złapać jakiś samochód za dosłownie grosze.

Z tarasu przy hotelu Jos Jasmines rozciąga się widok na całą główną dolinę Vinales oraz bramy do innych, wybiegających stąd dolin. Jest też luneta widokowa, jest bar w którym można się napić kawy. Ale my zaraz wracamy przecież na świadanie. Wychodząc z terenu hotelu, skręcamy za płotem w lewo i udajemy się wzdłuż tropikalnej roślinności do drugiego punktu widokowego – tarasu przy kawiarni Balcon De Valley. I tutaj naprawdę wydarzyła się magia. Słońce właśnie wyłoniło się zza niskich chmur i oblało całą dolinę złotym światłem. W połączeniu z parującym podłożem i soczyście zieloną roślinnością (byliśmy tuż po skończeniu pory wilgotnej, cała przyroda aż wybuchała) wyglądało niesamowicie. Kawiarnia była jeszcze długo zamknięta, ale nikt nie miał pretensji o naszą obecność tutaj. Tuż obok, przy przystanku do miasteczka znajduje się siedziba lokalnego Parku Narodowego, gdzie można nabyć mapę szlaków, zamówić przewodnika czy po prostu podowiadywać się czegoś o okolicy.

Wycieczka rowerowa do Mural de la Prehistoria

Wypożyczenie roweru nie jest żadnym problemem. Załatwisz to u co drugiego napotkanego lokalsa. Ale nam rowery narzuciła pani Puppi. Cena 10 CUC za cały dzień. No cóż, możliwe, że przepłacone o 2-3 CUC. Po śniadaniu ruszyliśmy na rowerach w stronę pn-zachodnią, wzdłuż drogi na Minas de Matahambre. Po prawej stronie towarzyszył nam mur wapiennych skał a po lewej pofałdowane wzgórza pełne upraw tytoniu i ziemniaków. Do najwęższej z dolin należy skręcić w prawo, by po chwili kanionem pośród dwóch wapiennych masywów dojechać do miejsca, które swą sławę zawdzięcza niekonwencjonalnym artystom z lat 60-tych, między innymi Leovigildo Gonzales Morillo, uczniowie malarza Diego Ribeiry przez kilka lat zmienili wapienną wychodnię w ogromne malowidło, które symbolizować miało przejście ewolucyjne od stromatolitów przez dinozaury, wielkie koty po człowieka. Wrażenia z oglądania tego muralu z bliska (wstęp na teren 3 CUC) owszem są na pewno. Natomiast jakie – to już bardzo indywidualna sprawa. Na prawo od muralu znajduje się dość wymagająca ścieżka na jeden z punktów widokowych na okolicę i dolinę Palmarito oraz jaskinie, w których w erze przed Kolumbem mieszkali tutejsi pierwotni mieszkańcy – plemie Guanahatabeyos, które na użytek naszych vlogów spolszczyliśmy sobie na Guanahatabejów. To zapewne ich sylwetki widnieją na muralu.

Wracamy nie tą samą drogą lecz szutrową, czerwoną drogą jedziemy dalej. Tutaj można wybrać, albo skręcamy w prawo i udajemy się wzdłuż opuszczonej doliny Palmaritos, do której zaglądają rolnicy tylko od czasu do czasu za dnia abo ominąć mogoty i dojechać do Los Aquaticos, schowanej pomiędzy tropikalną roślinnością na skłonie niewysokiego wzgórza, osady, przysiółka, założonej ponad 150 lat temu starającej do dziś żyć wg dawnych reguł, choć przetrwały tu tylko dwie rodziny. Wracamy tą samą drogą do miasteczka, dobijając wcześniej do trasy głównej.

Wycieczka rowerowa do Jaskiń Cueva del Indio

Drugim pomysłem na wypad z Vinales i to jeszcze tego samego dnia jest podróż wzdłuż głównej drogi do Puerto Esperanza. To droga hańby i bynajmniej nie przez jakość nawierzchni lecz historyczne zaszłości. Ze wspomnianego portu, gdzie mieściła się przystań dla statków z całego Nowego Świata Hiszpanie transportowali niewolników z Afryki, Kolumbii, Jamajki do prac przy plantacjach tytoniu, trzciny cukrowej i cytrusów. Dziś nie jest żadnym zaskoczeniem, że tutejsi  „kubańscy kowboje”, których spotkacie w charakterystycznych brązowych kapeluszach i potężnych czarnych butach po kolana, mogą być zarówno czarnymi jak kakao afrykanami z Gwinei jak i białymi jak alabaster potomkami migrantów z hiszpańskiej Galicji.

Wróćmy do trasy. Mijamy potężne drzewa, na oko przynajmniej 200-letnie, które kryją na sobie dziesiątki pasożytniczych narośli, niczym palmiaste jemioły. To Dęby Alvaro, daje nam od razu cynk via instagram Kamila Kowalewska. Docieramy do jaskiń po około godzinie pedałowania, wcześniej zahaczając o mniejszą, wypełnioną kubańskimi imprezowiczami, Cueva del Miguel i położony z drugiej strony skały fabryczkę tytoniu i cygar Palenque de los Cimarrones. To była jednocześnie mała osada niewolników – rebeliantów, w której widać sposób życia i technologię pracy przywiezioną wprost z kontynentu afrykańskiego. Woleliśmy jednak zaopatrzyć się w małe, słodkie platanos u wysuszonego na kość dziadka, który sprzedawał jeszcze miód bananowy. – Dobrze działa na chore gardło – tłumaczy. A my zastanawialiśmy się czy chodzi o przeziębienie i niby jak w tym klimacie czy gardło chore z przepicia rumem lub przepalenia cygarami.

Jaskinie oferują krótką, ale dość spektakularną oświetloną trasę oraz możliwość spływu łodzią po podziemnej lagunie, czy też spiętrzonej rzece. To dość ciekawa atrakcja, gdyby nie fakt, że nie pomyślano o spalinach z motorówek, które kumulują się w komorach jaskini.
Warto wiedzieć, ze ta jaskinia jak i Jaskinia Miguel oraz położona na zachód od Vinales Santo Tomas są częścią ogromnego, odkrytego w zaledwie kilku procentach systemu podziemnego, które, mówi się, że jest drugim co do wielkości w obu Amerykach, ustępując jedynie słynnym jaskiniom w Nowym Meksyku. I ten fakt robi wielkie wrażenie.

Podróż przez piniowy las na wybrzeże do Cayo Jutias

Mama mówiła, by nie tylko zwiedzać z plecakiem, ale też  w końcu wygrzać plecy. No to od początku planowaliśmy 2 dni spośród tych 11 na odpoczynek na plaży. Na Kubie takich możliwości jest mnóstwo, przy czym trzeba wybrać jeden z kilkunastu punktów. Na zachodzie kraju są to Playa Las Tumbas, uznana za najpiękniejszą i najczystszą plażę Kuby oraz Cayo Jutias, zdecydowanie nam bliższą. Z Vinales organizowane są wycieczki, taxi colectivo albo nawet publiczny autobus do tej miejscowości. Droga jest jednocześnie tragiczna i zachwycająca. Tragiczna, bo nigdy w życiu nie widzieliśmy nawierzchni o tak fatalnym stanie. Więcej dziur niż asfaltu. Zachwycająca, bo wiodła przez coś dla nas niesamowitego. Jesteśmy w klimacie tropikalnym, a na szczytach tutejszych gór wyrasta… gęsty sosnowy las. Sosny poprzetykane palmami i bananowcami – uwierzcie, niesamowity widok. Podobny nieco do lasów eukaliptusowych w Sintrze.

Plaża znajduje się na piaszczystej mierzei, połączonej z lądem groblą. Po ponad 2 godzinach jazdy rozłożyliśmy się przy białym, drobniutkim piasku, oglądając w tle bezkres turkusowego morza i namorzyny, wchodząca gdzieniegdzie do niego. Można wypożyczyć maski i oglądać rafę, nie jest ona jednak tak bogata jak ta ze Sri Lanki czy Krabi. Woda była zaskakująco chłodna, ale trzeba wiedzieć, że przy północnych wiatrach Atlantyk wlewa tu chłodne masy ze wschodniego wybrzeża USA. Przed nami Teksas, po prawej Floryda a po lewej Meksyk.

Wizyta na plantacji tytoniu, farmie lub w punkcie skupu tytoniu

– Wsiadaj amigo, jedziemy. Chodziło o wykupywane w przeróżnych miejscach przejażdżki na małych koniach pomiędzy plantacjami tytoniu, wbijając końskie kopyta w sypki lateryt. Nie zdecydowaliśmy się na taką atrakcję. Nieco nasz punkt widzenia zmieniła nasza towarzyszka podróży taxi collectivo z Barcelony, która wytłumaczyła proceder wykorzystywania tych koni. Widać, że większość z nich jest stworzona do pracy na roli i służyła albo do szybkiego przemieszczania się hodowców bydła albo doglądania pól. Szerokich przepastnych, cżęsto oddalonych od hacjendy rolnika o wiele kilometrów.
Na plantacjach możecie pojawić się samodzielnie. Spacerem, na rowerach. Właściwie ich częstotliwość występowania jest imponująca i pewna, że w promieniu kilometra znajdziecie kilkanaście tabakierni, gdzie zostanie dla Was „zorganizowany” pokaz produkcji cygar.

Przejażdżka lokalnym transportem

Mamy na myśli zarówno taksówki, zwłaszcza te w starych oldmobilach, niektóre z nich jeszcze bardziej spektakularne, niż te w Hawanie, jak i taxi collectivo, płacone w lokalnych cenach w CUP czy -pomysłowe camiony – ciężarówki z nałożonymi w miejscu naczepy przedziałami osobowymi. Niektóre z nich zrobione były z… chłodni. Do odważnych świat należy, więc możecie też spróbować przejażdżki na dwukołowej bryczce konnej, która pomieści nawet 4 osoby. Są też konie, ciągnące powozy, ale ich nie polecamy. To przecież ten sam rodzaj męczenia koni jak na drodze do Morskiego Oka. Zauważyliśmy też, że kilkanaście osób korzystało z bezszelestnych, elektrycznych skuterów. Ale nie znaleźliśmy zródła, czyli wypożyczalni tychże.

I tradycyjnie więcej zdjęć:

Wpis powstał w wyniku akcji „Podróże Marzeń”organizowanej przez KLM Polska. Do 19 stycznia  obowiązuje promocja. Na Kubę z Polski można polecieć za mniej niż 2000 zł w dwie strony.

Ilość komentarzy: 15 - dołącz do dyskusji!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comment moderation is enabled. Your comment may take some time to appear.