Blog Osobisty tłumacz i italianizmy. Czyli nie trzeba znać włoskiego, by używać w podróży… włoskiego

Osobisty tłumacz i italianizmy. Czyli nie trzeba znać włoskiego, by używać w podróży… włoskiego

– Jak dogadujecie się w trakcie swoich podróży? – To dość częste pytanie. Odpowiedź zazwyczaj brzmi, że angielskim lub mową ciała, ale prawda jest taka, że jest masa sytuacji, gdy po prostu się nie dogadujemy z różnych powodów i po prostu odpuszczamy. Wiele razy w Chinach, Grecji, w Maroko, w Wietnamie, bardzo często we Włoszech (!!!). Kilka lat temu myśleliśmy, że przydałby się taki wirtualny tłumacz, który w kilka sekund przekazuje drugiej osobie to co powiedzieliśmy, ale w jej języku. I mija kilka lat. Polska firma VASCO coś takiego tworzy. Ale zanim do tego dojdziemy, skupmy się na tym wspomnianym włoskim i Włochach.

Język włoski często uważany jest za jeden z ładniejszych języków. Wielu uważa też, że jest jednym z tych, które dość szybko „wchodzą do głowy”. To pewnie dzięki jego niezwykłej melodyjności. Tego języka bardzo przyjemnie się słucha, a gdy jeszcze dodamy do tego charakterystyczną mowę ciała i gestykulację mieszkańców Italii, to już mamy mieszankę wybuchową. Tak, wydaje się, że to język prosty, lekki i przyjemny. Ale gdy zagłębimy się choć trochę w jego genezę, uzmysłowimy sobie, że pochodzi on przecież z łaciny. A o tej powiedzieć, że jest łatwa, lekka i przyjemna, to tak, jakby uznać, że przebiegnięcie maratonu to „pikuś”.

Łacina – język mieszkańców Lacjum i Rzymu, potem język urzędowy Republiki Rzymskiej i Cesarstwa Rzymskiego. Dziś jedynie Państwa Watykańskiego. Może zdziwicie się ale mieliśmy język łaciński w naszym zabrzańskim liceum. Fakt, że tylko jedną godzinę lekcyjną w tygodniu, no ale zawsze to jakaś styczność z językiem przecież już powszechnie nieużywanym, choć mającym tak ogromny wpływ na inne języki europejskie. A do wieku XVIII była tym, czym jest dziś język angielski – językiem międzynarodowym, uniwersalnym. Co potrafimy dziś powiedzieć po łacinie? Niestety niewiele. Kilka sentencji typu „Dura lex, sed lex”, „Mea culpa”  albo „Homo homini lupus est”. Pamiętamy też kilka zdań z naszego łacińskiego podręcznika, np. „Rosa pulchra est”, co znaczy „Róża jest piękna”. Choć od czasów licealnych trochę czasu minęło, to trudy jakie musieliśmy znosić na łacinie, zwłaszcza w kontekście gramatyki,  pozostały w naszej pamięci. Chyba nawet mocniej niż sentencje i pojedyncze słowa. Dobrze, że na sprawdzianach siedzieliśmy w miarę blisko siebie, więc jakoś udawało nam się przetrwać ten okres „z twarzą”.

Najbardziej „łaciński” ze wszystkich romańskich

To z języka łacińskiego, a właściwie wielu tworzących się jego odmian i dialektów (często można spotkać się z określeniem „łacina ludowa”, „codzienna”, „pospolita” w odróżnieniu od „łaciny klasycznej”), którymi porozumiewano się w różnych prowincjach wielkiego Imperium Rzymskiego, zrodziły się języki romańskie. Na przykład języki francuski, hiszpański, czy ten, który nas najbardziej interesuje, a więc język włoski. Na proces ten miał ogromny wpływ upadek Cesarstwa Zachodniorzymskiego w 476 roku. Ten ostatni jest z wiadomych powodów najbardziej „łacińskim” językiem spośród wszystkich romańskich.

Nic więc dziwnego, że wiele słów, które dziś funkcjonują w języku polskim, rzeczywiście dotarły do naszego kraju z Włoch, ale mają rodowód łaciński (na przykład „castellum” – zamek warowny, kasztel). Wszyscy doskonale wiemy, że na Półwyspie Apenińskim funkcjonuje wiele różniących się od siebie dialektów. Ma to oczywiście związek z tym, że Włochy stanowiły przez bardzo długi czas zlepek wielu osobnych księstw, państw-miast, królestw itp. które zjednoczyły się dopiero w XIX wieku. Dominującym i tym, który miał największy wpływ na ukształtowanie się języka narodowego Włoch był dialekt toskański używany przez czołowych poetów włoskiego renesansu jak Petrarca czy Boccacico.

Renesans italianizmów w polskim języku

Moda na język włoski w naszym kraju (ale nie tylko), nastąpiła pod koniec wieku XV. To czas wzmożonych kontaktów polsko-włoskich. Pierwsze i najstarsze italianizmy pojawiające się w języku polskim w okresie renesansu. Natomiast ich renesans miał miejsce w epoce odrodzenia, a więc w XVI wieku.  Włoscy artyści wznosili w polskich miastach okazałe gmachy (sam król Zygmunt Stary „wynajął” jako nadwornego artystę włoskiego architekta i rzeźbiarza B. Berrecciego), kupcy przybywali tu ze swoimi towarami, osiedlali się na naszych ziemiach pochodzący z Włoch rzemieślnicy, a rodzime „mądre głowy” udawały się na nauki do najważniejszych wówczas uniwersytetów w Bolonii i Padwie. Nie bez znaczenia było też to, że szlak pielgrzymek do Jerozolimy biegł przez Włochy właśnie.

Italianizmy vs Makaronizmy. Italianizm jest to: „wyraz, zwrot, konstrukcja składniowa przejęte z języka włoskiego lub na nim wzorowane”.  Makaronizm: „obcy, często łaciński wyraz, zwrot lub obca forma wplecione do tekstu w języku ojczystym” (źródło Słownik PWN)

Wreszcie w kwietniu 1518 roku polską królową – żoną Zygmunta I Starego została córka księcia mediolańskiego Giangaleazza Sforzy i księżnej Bari Izabeli Aragońskiej (będącej też córką króla Mediolanu) – Bona Sforza d’Aragona. Jej przybycie na polski dwór miało wielkie znaczenie w popularyzacji i rozpowszechnianiu języka włoskiego. Ale nie tylko, to przecież królowa sprowadziła z Włoch do Polski, a konkretnie na stoły tzw. włoszczyznę, czyli między innymi pomidory, karczochy, szpinak, kalafior, fasolę szparagową, marchew. Polskie nazwy tych warzyw mają ewidentnie włoskie pochodzenie. To dzięki niej Polacy (choć początkowo oczywiście ci zamożni) rozsmakowali się we włoskich makaronach i w winie. Dziękujemy Ci za to królowo! Nie dziwi więc, że w tamtym okresie język włoski zdominował przede wszystkim kuchnię oraz słownictwo z nią związane. Wówczas też zaczęły pojawiać się w powszechnym użytku włoskie zapożyczenia związane z takimi dziedzinami jak moda, ogrodnictwo i krajobraz, przestrzeń, handel czy wojna. Następne wieki miały przynieść kolejne, zwłaszcza odnoszące się do różnych dziedzin sztuki jak muzyka, malarstwo, architektura. I tak już zostało.

Sporo słów w muzyce (na przykład sonata – z włoskiego „sonata”, czy serenada – z włoskiego „serenata”), jedzeniu (nazwy najbardziej popularnych włoskich dań i wielu warzyw) ale też architekturze i przestrzeni (ja chociażby pałac – z włoskiego „palazzo”, kasztel – „castello” czy perspektywa – z włoskiego „prospettiva”) pochodzi z języka włoskiego. Pijemy kawę cappuccino (słowo to oznacza po włosku „kapucyn”, których kolor habitu nawiązuje barwą do kawy ze spienionym mlekiem) lub espresso (według PWN – kawa „wyciskana, wytłaczana”, niekoniecznie „szybka” 😉 ), mamy w mieszkaniach lub domach balkony lub loggie (my akurat mamy loggię) a w czasie karnawału, chociażby w przedszkolu, na bale ubieraliśmy kostium. Zarówno cappuccino, jak i espresso, balkon, karnawał oraz kostium, to słowa zapożyczone z języka włoskiego. A prawie jak „nasze”, prawda?
Okazuje się, że wyruszając w zagraniczną podróż znamy więc wiele słów, lecz z racji tego, iż nie interesujemy się ich pochodzeniem, być może nie jesteśmy świadomi tego, iż możemy się nimi posługiwać poza naszym krajem.

Włoskie słowa w języku polskim. Przydatne m.in. w podróży:

Nas oczywiście w kontekście podróży najbardziej interesują te słowa, które można użyć w podróży właśnie, podczas wakacji czy urlopu. I okazuje się, że przynajmniej kilkanaście słów mieszczących się w tej tematyce nasuwa się do głowy od razu. Są one bardzo popularne i często wykorzystywane. A dotyczą one wielu sytuacji i miejsc w czasie podróżowania. I to nie tylko na południe Europy. Oto niektóre z nich:

Riwiera

(Z włoskiego „riviera”), najprościej powiedzieć, że to wybrzeże. Z geograficznego punktu widzenia oznacza jednak trochę więcej, bo należy tu podkreślić fakt, iż jest to malowniczy pas wybrzeża zazwyczaj ograniczony z jednej strony górami lub wzgórzami. Często składający się z kilku, a nawet kilkunastu pięknie położonych obok siebie, popularnych kurortów wypoczynkowych. Wyjątkiem są „riwiery” wokół Półwyspu Apenińskiego zwane „costa”. Charakterystyczny jest dla krajobrazu śródziemnomorskiego. Wystarczy wymienić Riwierę Włoską (Liguryjską), Turecką, Olimpijską, Makarską, Francuską (Lazurowe Wybrzeże) czy na przykład mniej znane: Riwiera Angielska czy Riwiera Kvarneńska na Istrii.

Kasztel

(Z włoskiego „castello”, z łaciny „castellum”), to specyficzna budowla, coś pomiędzy zamkiem warownym, niewielką twierdzą i pałacem lub też dworem, grodem także o charakterze obronnym. Kasztel często była w dawnej Polsce zamieszkiwana przez lokalnego urzędnika zwanego kasztelanem. Dziś niektóre mogą być już pozbawione funkcji obronnych (charakterystycznych elementów architektonicznych typu wieże strażnicze), a wciąż nosić miano kaszteli. W Polsce można wymienić na przykład: Kasztel w Szymbarku, Kasztel w Kiermusach (dziś Muzeum Oręża Polskiego), czy Kasztel we Frydmanie. W Chorwacji jest całe wybrzeże pomiędzy Splitem a Trogirem zwane Wybrzeżem Kaszteli czy też Riwierą Kasztelańską.

Marina

(Z włoskiego „marina”), w słowniku języka włoskiego odnajdziemy następujące znaczenie tego słowa – „pas morza znajdujący się tuż przy brzegu”, albo „przybrzeżny pas morza”. Kto nie zna tego słowa? Kto choć raz go nie użył będąc na wakacjach nad morzem, czy nad jeziorem? W języku polskim słowo to odnosi się chyba jednak bardziej nie tyle do naturalnego krajobrazu nadmorskiego, co do jego zagospodarowania. Bo przecież marina to niewielka przystań jachtowa.

Autostrada

(Z włoskiego „auto+strada”), strada oznacza po włosku ulica. Tego pierwszego członu tłumaczyć chyba nie trzeba. To ciekawe, że w języku polskim słowo to przyjęło się w zupełnie niezmienionej formie. Na dodatek brzmi tak bardzo „po naszemu”. To dowód na to, że słowa pochodzące z obcych języków, w tym przypadku z włoskiego, mogą bardzo dobrze zadomowić się w rodzimym. A słowo to przecież używane jest nie tylko w podróży, ale też w życiu codziennym.

Belweder

(Z włoskiego „belvedere”), zapewne większość z was kojarzy słowo ze znanym budynkiem w Warszawie, w którym rezyduje urząd Prezydenta RP. Natomiast idąc za znaczeniem tego słowa belwederów możemy śmiało szukać w wielu miejscach Europy, gdyż są to wille, pałace, zameczki, tarasy widokowe, punkty panoramiczne, z których rozpościerają się piękne widoki. Na przykład Belweder w Wiedniu, czy Poczdamie albo Wybrzeżu Chorwackim.

Karnawał

(Z włoskiego „carnevale”, z łac. „carnem levāre”), to czas zabawy przed Wielkim Postem. Karnawałowe szaleństwa, często bardzo widowiskowe i angażujące duże społeczności organizowane są w wielu miejscach na świecie. Tym najbardziej popularnym jest w brazylijskim Rio de Janeiro, czy na przykład we włoskiej Wenecji. Wielu marzy, żeby właśnie w tym czasie odwiedzić ogarnięte szaloną zabawą miasta. To są też okazje do zobaczenia, jak w soczewce różnych, zazwyczaj radosnych i kolorowych tradycji. Słynne karnawały organizowane są też: W Kolonii, w Bazylei, w Nowym Orleanie, na Teneryfie, czy w Putignano (na zdj.)

Cytadela

(Z włoskiego „cittadella”), znów bardzo podobne słowo. Twierdza, forteca, cytadela to kryje się pod podobnie wyglądającym, choć nieco inaczej brzmiącym włoskim słowem. Cytadela dominuje w krajobrazie wielu zabytkowych miast, lubimy takie zwiedzać, bo często roztacza się z ich murów ładny widok na okolicę. Pełniły one funkcje obronne, stanowiły często ostatnią bezpieczną „przystań” dla ludzi z  oblężonego miasta. Jego ukryte za murami obronnymi serce. Zdobycie cytadeli oznaczało koniec oblężenia. Cytadele stawiali Włosi ale też głównie Arabowie, zwłaszcza w czasie podboju Europy. Cytadele dominowały i w średniowieczu i w renesansie ale i w czasach napoleońskich. W końcu formę cytadeli stosowały też narody azjatyckie czy afrykańskie, np.Wielkie Zimbabwe czy królowie Sri Lanki (Pollonaruwa). Na zdjęciu jest akurat arabsko-joannicka cytadelana Gozo, Malta.

Laguna

(Z włoskiego „laguna”), słowo związane z krajobrazem i to znów krajobrazem morskim, na dodatek szczególnej urody. Zazwyczaj płytka część morza oddzielona od jego pełnych wód jakąś barierą, na przykład rafą koralową, skałami lub piaskiem albo też innym materiałem, tworzy lagunę. Jedną z najsłynniejszych europejskich lagun jest Laguna Wenecka wpisana na listę UNESCO z Wenecją włącznie. Ale lagun w Europie i np. Ameryce Północnej mamy mnóstwo. Niedawno zwiedzaliśmy lagunę u wybrzeży Arcachon w Akwitanii, część bagien Camargue to laguna, podobnie jak Algarve czy w niemieckiej Fryzji.

Grafitti

(Z włoskiego „grafitti”), możemy je dostrzec w naszych miastach – na murach, opuszczonych budynkach, elewacjach domów. Często stają się elementem stanowiącym o atrakcyjności, także turystycznej danego miasta, czy dzielnicy. Organizowane są nawet wycieczki śladem street artu, do którego grafitti przecież się zalicza. Lizbona, Stavanger, Valparaiso, San Francisco czy Berlin to tylko niektóre przykłady. Co ciekawe bardzo pokrewne słowo sgraffito znaczy w polskim to samo czyli jest to technika dekoracyjna malarstwa ściennego. Widzieliście ją wiele razy, na każdej cenniejszej kamienicy renesansowej.

Litoral

(Z włoskiego „litorale” czyli przybrzeżny lub nadmorski), to bardzo piękne słowo. Nie tylko ładnie brzmi ale też oznacza coś równie ładnego. Może nie używacie tego na co dzień, ale z pewnością mieliście styczność i w bardziej rzeczowej rozmowie czy np. gdy zejdzie na ekologię, warto je znać. Bo gdy jesteście na brzegu na plaży to wszystko jasne. Ale gdy wchodzicie do wody, to gdzie właściwie się znajdujecie? No właśnie. Jest to znajdująca się tuż przy brzegu wody np. morskiej strefa, ta najbardziej żywa i bujna oraz znajdujące się pod nią dno: kamieniste, piaszczyste itd. Wchodząc więc do morza, załóżmy tylko do pasa, znajdujemy się w strefie zwanej litoralem. To bardzo ciekawy fragment dla osób, które lubią nurkować z rurką czy po prostu snorkelować (my uwielbiamy!), bo przecież w strefie tej można zobaczyć bardzo ciekawe okazy życia. Czasami przed nosem. Czy to Indonezja, czy Izrael czy Słowenia. Słowo bardzo wakacyjne.

Ameryka

To słowo, a właściwie określenie kontynentu (w zasadzie to dwóch) umieściliśmy na zasadzie pewnej ciekawostki, która ma oczywiście swoje włoskie konotacje. Nazwa „Ameryka” wzięła się od imienia włoskiego żeglarza, kartografa i podróżnika Amerigo Vespucci. Uczyliście się pewnie o nim w szkole. Swoje odkrycia (choć nawet nie jest pewne, czy rzeczywiście brał w nich udział) potrafił w piękny sposób opisywać, co przyniosło mu sporą popularność i powszechne uznanie mu współczesnych. Sądzono, że to właśnie on jako pierwszy dotarł do Ameryki. Stąd też nazwanie nieznanego dotąd lądu mianem „America”.

A o co chodzi z osobistym tłumaczem?

Często o wyborze miejsca naszego wyjazdu decyduje język, którym posługują się tubylcy. To dla wielu jest duża bariera, która może skutecznie odstraszyć od samodzielnego podróżowania. Okazuje się też, że nie zawsze język angielski jest, choć często nam się tam wydaje, językiem uniwersalnym. Widać to w szczególności na prowincjach lub w krajach, do których przez jakiś czas nie napierała fala turystów anglojęzycznych. Nie chodzi tylko o dalekie kraje, jak chociażby Gwatemala, czy Chiny. Będąc na Sycylii mieliśmy okazję przekonać się, że znając jedynie język angielski może być trudno. Podobnie rzecz się miała w Chorwacji, czy w małych miasteczkach Prowansji. Z pomocą przyjść może wówczas siostra, która perfekcyjnie zna język francuski albo bratowa, która posługuje się językiem włoskim. Ale nie zawsze możemy je mieć przy sobie. A co wtedy? Wspomniana przez nas firma VASCO z Krzeszowic poprosiła nas o przetestowanie w „naturalnych warunkach” swojego elektronicznego translatora VASCO  Vasco Mini 2, czyli bardzo prosty w obsłudze elektroniczne urządzenie, tłumacz mowy, który jest tak mały, że spokojnie zmieści się w kieszeni,  nawet tej przy piersi w koszuli. Małe urządzenie tłumaczy automatycznie mowę z i na ponad 50 języków, a to co mówimy zawsze pokazuje się również w wersji tekstowej. Co ważne wszystkie przetestowane frazy (w pizzerii, w recepcji hotelu, na targowisku, w rozmowie z naszą gospodynią) gadżet zapamiętuje, więc możemy zawsze do niego wrócić dzięki kolorowemu wyświetlaczowi. Technikalia? Vasco ma wbudowaną kartę SIM z darmowym i – uwaga – nielimitowanym internetem, który działa w ponad 150 krajach i łączy się z ponad 700 operatorami. Jak to działa dokładnie? Jak słusznie tłumaczy pewien słynny mem, „Medżik”. Co oznacza, że zupełnie nie musimy się stresować pakietem internetu w roamingu UE czy ogólnie pakietem internetu SIM w różnych nagłych sytuacjach, gdy chcemy coś sprawdzić pilnie w internecie. I ostatnia wyjątkowa zaleta w kontekście podróży? Ładuje się przez USB i działa w ten sposób bez problemu przez 2-3 dni.

Vasco mini 2 kosztuje obecnie około 1200 zł i jest to konkretny pieniądz. Ale. Dla osoby, która często podróżuje albo podróżuje w różne nietypowe kierunki, albo (jest spora grupa naszych czytelników) wybiera się na wyprawę życia ale boi, że nie zna angielskiego to może być inwestycja, która się zwróci. Na pewno w zakresie stresu czy fatygi. Przykładowo macie takie „combo” w planie: Armenia, Indonezja, Albania, Ukraina, Czechy. No w tymi Czechami to przesada, że się nie dogadacie 😉 A i „zaszpanowanie” komuś na miejscu i zdobycie jego zaufania – gwarantowane. Dzięki uprzejmości firmy Vasco Electronics mamy dla Was konkurs, w którym do wygrania będzie jeden właśnie taki elektroniczny tłumacz. Więc nie lada gratka

Od dziś do 04.11.2019 pytamy Was o kreatywne odpowiedzi na pytanie Opisz lub pokaż bez czego nie ruszasz się wyjeżdżając na wakacje, urlop za granicę. Najfajniejsze dwa zgłoszenia, historie nagrodzimy wspólnie z Vasco Electronics super nagrodą – dwoma elektronicznymi translatorami a kolejne 10 kartonowymi fiszkami do nauki języków obcych.

>> Link do konkursu <<

Wpis powstał we współpracy z firmą Vasco Electronics producentem elektronicznego tłumacza mowy Vasco Mini 2.

Ilość komentarzy: 6 - dołącz do dyskusji!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  • Emil says:

    Przymierzałem się do kupna takiego tłumacza, ale ostatecznie zrezygnowałem. Posługuje się dość dobrze angielskim i zazwyczaj to wystarcza a jak są kłopoty bo ta druga osoba nie zna angielskiego to korzystam z najprostszego rozwiązania google tłumacz 🙂 Może nie wydawać się śmieszne, ale nie raz uratował mi skórę.

    • Wędrowne Motyle says:

      My też znamy google tłumacza, natomiast problem pojawia się, gdy nagle nie ma internetu w danym miejscu. albo szkoda nam pakietów

    • Tomek says:

      Problem pojawia się dopiero w Chinach czy Tajlandii, gdy Ty podsuwasz telefonem z Google Tłumaczem, a osoba może odpowiedzieć tylko znaczkami. 😉

  • Teresa says:

    To między innymi ja podpytywałam o ten gadżet na Waszych Stories i uważam, że to jest świetny wynalazek. A tak na marginesie – cenię Was między innymi właśnie za to, że jak już umieszczacie reklamę na swoim blogu to jest ona tak świetnie wymyślona i nienachalna, że ręce składają się do oklasków 🙂

  • Adam says:

    Piękny wpis, książka już kupiona, dzięki!

  • Agnieszka says:

    Mi nigdy się nie zdarzyło wyjechać za granicę, ale zawsze miałam gdzieś z tyłu głowy ten problem językowy. W następne wakacje zwiedzam właśnie Włochy 🙂

Dołącz do naszego newslettera!

Hej! I jak Ci się podoba na naszym blogu? Jeśli wszystko OK to mamy propozycję: Dołącz do ponad 95 tys. śledzących nas osób. Wysyłamy mail jedynie raz na tydzień. Zero spamu, tylko nowe wpisy, super okazje, triki, promocje lotnicze i podróżnicze poradniki. *POLITYKA PRYWATNOŚCI