Blog Nasz dom w St. Remy i podróż za obrazami. Czyli Prowansja śladem Van Gogha

Nasz dom w St. Remy i podróż za obrazami. Czyli Prowansja śladem Van Gogha

Pokoik miał skromny, dosłownie dwa metry na dwa. Słońce dochodziło tu tylko o poranku, to bardzo go irytowało. Jednak z czasem odkrył, że inspiracją do jego obrazów może być wszystko, co na wyciągnięcie ręki, kilka kroków spacerem po przyklasztornym ogrodzie albo przy asyście obsługi szpitala wśród okolicznych gajów oliwnych. Wracał czasami ze słonecznikami, czasami… z irysami.
St Remy na południu Francji. Spacerujemy wśród grządek lawendy, w tle widzimy ewidentnie starą elewację Klasztoru Św. Pawła, w którym urządzono szpital dla psychicznie chorych. Środkowe, prostokątne okno należało jego pokoju. Zamieszkaliśmy w miasteczku, w którym stworzył najwięcej swoich dzieł. Rozpoczęliśmy kolejną tematyczną podróż. Tym razem malarską. Prowansja śladem Van Gogha.

W pierwszym wpisie opisaliśmy szczegółowo nasze spacery po Arles, potem naszą podróż szlakiem najpiękniejszych miasteczek Prowansji, dziś przemierzamy kilkanaście platanowych alei o niesamowitych, kojarzących się z Dark Hedges proporcjach i perspektywie, które krzyżują się z małymi kanalikami i docieramy do St. Remy, gdzie osiadamy na tydzień w małym domku na przedmieściach, w rolniczej okolicy. Duża kuchnia, na ścianach obrazki z kopiami impresjonistów, białe dodatki. Długo wybieraliśmy najlepsze miejsce w Prowansji i okazało się, że miasteczko będzie bazą idealną. A dopiero potem doczytaliśmy do czego tu doszło…

Gdzie zamieszkaliśmy…

Przed domem jest mały ogródek, za domem jabłoniowy sad, cztery leżaki, nad nimi konary rozłożył ogromny platan, nie mogło zabraknąć też sporej grządki lawendy. Pachnie. Pszczoły i trzmiele pracują w ukropie na fioletowych kwiatach. Pomiędzy wypadami po okolicy, śniadaniami i kolacjami pod gołym niebem w akompaniamencie świszczących cykad, czytamy dalej o Van Goghu na południu Francji. Po sąsiedzku zamieszkali z nami leciwi Holendrzy, zafascynowani Południową Francją. Choć z tego co wywnioskowaliśmy z rozmowy bardziej od swojego rodaka byli zainteresowani fotografowaniem ptaków w Delcie Rodanu.

 

St Remy-de-Provence

St Remy de la Provence leży na trasie starożytnej drogi Via Domitia z Rzymu w kierunku Galii i Hiszpanii. Ślady tej drogi można spotkać do dziś. W mieście, które można przejść wzdłuż i wszerz  znajduje się też wczesnośredniowieczny hotel De Sade oraz Muzeum Estrine wraz z kameralnym centrum interpretacji sztuki Van Gogha i jego życia. Ale bez oryginalnych obrazów. W środy w St. Remy odbywa się targowisko, słynące z bardzo dobrych płodów rolnych i perfumów.

Prawdopodobnie to własnie dachy St. Remy, choć ze sporą dozą fantazyjnych dodatków, obserwowanych z jego okna, są bohaterami jednego z najsłynniejszych obrazów Van Gogha czyli „Gwieździstej Nocy”.

St Paul i góry Les Alpilles

Wróćmy do naszego klasztoru. Leży na południowych opłotkach miasteczka, tam gdzie kiedyś rozciągały się tylko pola pszenicy, winnice i gaje oliwne. Publiczny parking znajduje się pomiędzy centrum miasta a klasztorem, blisko Informacji Turystycznej. Drzewa oliwne zostały tu do dziś, dzięki czemu możemy skonfrontować kadry, które dostrzegł artysta. A jeśli tego nie potrafimy, pomogą nam w tym specjalne tabliczki z obrazami Van Gogha. W miejscach, gdzie rzeczywiście malował.
Okolica, przyznamy, może inspirować. Sucha roślinność, ziołorośla, oliwki, maki, w tle przebijające się niewysokie góry Alpilles (w wolnym tłumaczeniu Alpki, tak jak nasze „Pieninki”), rzymskie ruiny miasta Glanum i przede wszystkim… cyprysy. Cyprysy, które w St Remy Van Gogh malował masowo, w końcu wręcz obsesyjnie, zaczęły mu przypominać czarne płomienie. Przyjrzyjcie się z resztą sami jego cyprysom.

 

Zwiedzanie klasztoru odbywa się w cichej niespiesznej atmosferze. Odwiedzamy jego pokój, choć to bardziej cela, widzimy łazienkę, pracownię, wspomniany widok z okna oraz klasztorny dziedziniec. W wielu miejscach wiszą reprodukcje jego obrazów, przy wejściu na teren szpitala (który wciąż działa!) stoi figura z brązu, pokazująca wychudzonego Vincenta ze zwiędniętymi słonecznikami. Czy więdł w tym miejscu? Chyba, nie, bo stworzył więcej obrazów, niż gdziekolwiek indziej. W tym te „największe”: Słoneczniki, Irysy i słynny Autoportret. U Van Gogha stwierdzono tu epilepsję. Ale z listów do brata wynika, że całkiem dobrze się tu czuł i wydobrzał.

Les Baux-de-Provence

Z St Remy do Le Baux można dostać się w kilkanaście minut przecinając niewysokie góry. Można minąć ruiny Glanum i spojrzeć z zastanowieniem, czemu akurat rzymskich budowli Van Gogh nie malował. Może wszystko, co klasyczne, ciemiężonemu przez paryskich konserwatystów autorowi ciążyło i odpychało go. Bo, że spacerował tu to pewne. Polecamy jednak drogę doliną Val d’Enfer, pomiędzy piniowymi lasami i fantazyjnymi formacjami skalnymi. Stąd dojrzycie potężne zamczysko, które przypomina nieco nasze jurajskie, przy czym tu pięknie wkomponowane jest w kamienne domy miasteczka, które zaliczane jest do jednych z najpiękniejszych w całej Prowansji

Kamieniołomy Carrietes de Lumieres

Tuż przy miasteczku w wapiennych skałach, które tak pięknie komponują się z górami wydrążono setki metrów tuneli, by ciąć skałę jak ser. Po wielu latach eksploatacji kopalnię zamknięto a puste przestrzenie zagospodarowano kreatywne w formie specyficznej instalacji świetlnej. Grupa włochów – performerów zaprojektowała cykl widowisk, wyświetlanych na jasnych ścianach wydrążonych w skale komór. Wygląda to niesamowicie i trudno to opisać słowami komuś,kto tego nie doświadczył. Od czasu pokazu w Gardens By The Bay w Singapurze nie przeżyliśmy nic równie pięknego. Tytuły i tematy pokazów są zmienne. Można trafić na sztukę klasyczną, na Goię, na Chagalla, na Rembrandta, oczywiście można trafić też na impresjonistów z Van Goghiem na czele. Nam przypadł spektakl inspirowany życiem i twórczością Picassa oraz zjawiskiem „flower power” w sztuce, czyli w dużej mierze hippisami. Całość jest wykonana w specjalnej technice Amiex przez firmę Culturespaces. Kosztuje 12,5 euro. Ale absolutnie jest warte tych pieniędzy. Poza salami projekcyjnymi można obejrzeć wnętrza kopalni, które sprawiają kolosalne wrażenie, niczym egipskie świątynie wykute w skale. Ślad Van Gogha również spotkamy i tu. Artysta namalował wejście do kamieniołomu w mało znanym obrazie o tym tytule właśnie (najprawdopodobniej tego właśnie, bo innego brak), gdy oczywiście był świeżo pod koniec użyteczności.

Montmajmour i równina Le Crau

Powyżej nizina Le Crau widziana z wieży opactwa Montmajour, w oddali widać zabudowania Arles

Z Les Baux możemy zjechać w kierunku wioski Fonteville, znanej z romantycznie położonych młynów wiatrowych, które Van Goghowi mogły mocno przypominać Holandię. Ale chyba nie zadziałały tak bardzo na niego, bonie uwiecznił żadnego w swoich obrazach. Aż tak daleko z Arles się nie zapędził. Młyny za to opisywał w swoich wierszach i powieściach Alphonse Daudet, najsłynniejszy francuski artysta Prowansji.

Tuż obok na niewysokim wapiennym wzgórzu góruje kilkoma szerokimi wieżami opactwo średniowiecznie Montjamour, które w średniowieczu było miejscem pochówku królów Prowansji ale po Rewolucji Francuskiej zdziczało, stało się ruiną. Taką niepełną ruinę Van Gogh uwiecznił kilka razy w swoich obrazach. Raz podchodząc blisko, niemal na przestrzał w obrazie „Zachód Słońca w Montmajour” innym razem w oddali, malując słynne „Żniwa w La Crau z Montmajour w tle” (poniżej). Aby rozpoznać ten obraz udajemy się na przedmieścia Arles, nieopodal cmentarza – rozpoznajemy ten kadr. Odwracając się natomiast widzimy inny obraz artysty „Zachód słońca: pola pszenicy w pobliżu Arles”

Zwiedzanie opactwa jest możliwe i znów polecamy. Bo te surowe, wczesnogotyckie, mistyczne nieco wnętrza i piękny widok na cały okoliczny teren niziny Le Crau, po której biegał ze swoimi sztalugami Vicent – wywrze na Was wielkie wrażenie. Gdzieniegdzie można dostrzec białe konie rasy Camargue. Okolice Arles to początek delty Rodanu i rozlewisk o tej samej nazwie, o których chwilę dalej.

Lokalizacja miejsca w google maps, skąd można zrobić zdjęcia i gdzie Van Gogh udawał się na swoje plenery

Arles

W Arles wylądowaliśmy późna nocą, prosto z lotniska pod Marsylią. Taka była kolejność naszej podróży. Po ulokowaniu się w hotelu Constantine od razu ruszyliśmy na nocny spacer po mieście.Niestety światła latarni i kawiarni blokowały widok na niebo. Było ciemne a nie chabrowe i gwieździste jak u Van Gogha. A może po prostu dodawał je? Wieczorem można też spojrzeć na łuk Rodanu, czyli motyw z obrazu „Gwiezdna noc nad Rodanem” (d’Orssay, Paryż), „Most Trinquetaille” ale koniecznie należy zawędrować na główny placyk miasta, czyli de Forum (po rzymskim forum), gdzie znajduje się słynna „Cafe de Van Gogh” uwieczniona w obrazie „Taras kawiarni nocą”. Oczywiście oficjalnie nazywała się inaczej – „La Nuit”.  Nie jest tu tragicznie drogo, wbrew pozorom. Następnego dnia w sąsiedniej przysiedliśmy na obiedzie i meczu Francja-Australia. Sacrum i profanum?

 

Na zdjęciu powyżej widzicie dwa miejsca, które mocno przykuwają uwagę spostrzegawczych, podążających śladem Van Gogha. Najpierw obraz „Żółty Dom” w Arles. Czyli dom w którym zamieszkał malarz po tym jak nie starczało mu na wynajem pokoju w hotelu. Tam urządził pracownię i gdzie zajmował pokój, który czterokrotnie uwiecznił na swoich obrazach. To chyba jego najsłynniejsze dzieło. Moim zdaniem.

„Jednym słowem, patrzenie na ten obraz powinno dać umysłowi, czy raczej wyobraźni, odpoczynek. Ściany są bladofioletowe. Podłoga z czerwonych desek. Drewno łóżka i krzeseł ma kolor żółtego, świeżego masła, pościel i poduszka to bardzo jasna cytrynowa zieleń. Narzuta szkarłatna. Zielone okno. Toaletka pomarańczowa, miednica niebieska. Drzwi w kolorze bzu. I to wszystko – nic więcej – w tym pokoju ze spuszczonymi żaluzjami. Prostokątny kształt mebli raz jeszcze musi wyrażać niewzruszony odpoczynek. Portrety na ścianach, lustro i ręcznik i trochę ubrań. Rama, jako że nie ma bieli na obrazie, będzie biała. Wszystko to jako rodzaj zemsty za przymusowy odpoczynek, który tu musiałem mieć.” – opowiadał o tym miejscu bratu Theo w listach do niego. Tu gościł m.in. Gaugina, z którym malował m.in słynny antyczny cmentarz Les Aliscamps, który również odwiedziliśmy. Poniżej natomiast widzimy przepiękny dziedziniec dawnego

Van Gogh nie miał łatwo w Arles. Nie był lubiany z uwagi na swoją gburowatość, często się awanturował, bywał pijany. Ostatnia żyjąca osoba, która się z nim zetknęła, była dziewczynką, obsługującą bar w Arles, we wspomnieniach nazwała go „Wrednym rudzielcem”. Sądził się z właścicielką mieszkania, które wynajmował, dzięki czemu po długim procesie uzyskał kilkuprocentową zniżkę na czynszu. Z czasem z konieczności uciekał poza miasto, na wspomnianą nizinę, w okolice opactwa czy na pola uprawne. Zafascynowały go żniwa, pszenica, słoneczniki. W listach do brata pisał o okolicy, że go uspokaja, zwłaszcza w czasie żniw, gdy światło jest najmocniejsze a praca rolników i okoliczne pola najciekawsze. Wtedy namalował m.in. „Zieloną winnicę,  czy „Pola pszenicy koło Arles”.
Po jednej z awantur z Gauginem, Vincent „dziabnął” sobie ucho po czym zaniósł je do lokalnego przybytku uciechy. To przelało czarę goryczy i na wniosek petycji mieszkańców umieszczono go w zakładzie dla obłąkanych w nieodległym St.Remy.

Most Langlois

Na południe od miasteczka, dosłownie 10 minut jazdy samochodem, gdzie zaczynają się już rozlewiska delty Rodanu, leży ciekawe miejsce, przy którym ciągle tłoczy się jakaś grupka fotografujących albo domorosły malarz czy rysownik ze sztalugą. To Most Langlois, nazwany dziś na potrzeby marketingu turystycznego „Mostem Van Gogha” i tak też kierują tu tabliczki.
Van Gogh namalował kilka wersji tego kadru. Mówi się, że profesjonaliści wracają w te same miejsca,by uwiecznić je nieco inaczej. Raz malarz namalował zwodzony most z kobietami piorącymi pranie w tutejszym kanale.

Camargue

Rozlewiska Camargue to miejsce na pewno na osoby wpis na blogu, niemniej nie można o nich nie wspomnieć, gdyż i tak się z nimi zetkniemy, chcąc z Arles jechać do ostatniego punktu naszej vangoghowskiej trasy czyli nadmorskiego miasteczka St Marie.
Okolica jest fantamasgoryczna, oglądaliśmy ją tuż przed burzą i tuż po burzy. Gdy złote światło malowało niesamowite obrazy na niebie, taflach jezior i rozlewisk. A główną rolę grały dziko żyjące białe konie wspomnianej rasy Camargue, symbol tych rejonów oraz białe żurawie i różowe flamingi, dla których okolice, płytkie solniska i stawy to najważniejsze siedlisko w czasie letniej migracji z Afryki.
Przy tej okazji warto zwrócić uwagę, że Van Gogh był prywatnie bardzo zafascynowany sztuką japońską, gdzie kwitnące drzewa, rośliny i długonogie ptaki były motywem przewodnim. Teoretycznie część jego twórczości była inspirowana tym nurtem, jednak ja osobiście nie widzę tego w tak wyraźny sposób. Z pewnością po łyku absyntu, który tutaj sylwetka Van Gogha reklamuje na butelkach, odkryłbym w  stadzie flamingów azjatyckie smoki a zamiast białych koni dojrzał jednorożce.

Saintes-Maries-de-la-Mer

Na samym krańcu Prowansji nad Morzem Środziemnym (a właściwie Zatoką Lwią) leży miasteczko St-Marie-de-la Mer. Co prawda również należy do szlaku najpiękniejszych prowansalskich miasteczek, wpisanych na listę pomników historii, jednak może nie robić aż takiego wrażenia jak miasteczka Luberon. Nad dziesiątkami restauracji i domków z trójkątnymi dachami góruje nietypowa wieża z dzwonnicą kościoła prezbiteriańskiego.
Jak widać w czasie, gdy malował panoramę miasteczka Van Gogh, te było dużo mniej zabudowane. Wybrzeże jest zabetonowane falochronami, dlatego też nie znajdziemy już stacjonujących bezpośrednio na piasku kutrów rybackich, jak u Van Gogha. Tutaj oddał się kontemplacji morza, spotykał z cyganami i spędzał czas w ich taborach. Tu pielgrzymowały tabory Cyganów z Hiszpanii, Katalonii i Włoch, ponieważ w miasteczku znajdował się grób Św, Sary, patronki cyganów. Malarz uwiecznił ich tylko na jednym obrazie – „Obozowisko Cyganów”.

Jeśli chcecie odbyć wirtualną podróż śladami Van Gogha po Prowansji to koniecznie odwiedźcie wirtualne Muzeum przygotowane przez Holendrów. W nim można dokładnie oglądać wszystkie obrazy artysty z podziałem na miejsca i epizody z życia. A potem, kto wie. Może ruszycie jego śladami. I naszymi śladami?

Na koniec anegdota. Tuż po przylocie do Polski, poszliśmy na obiad w Krakowie do restauracji „U babci Maliny” zamawiając talerz pierogów. Wtem na pięterko wchodzi (najprawdopodobniej) Anglik, wypisz wymaluj sobowtór Van Gogha. Po prostu jakby wyjęty z autoportretu malarza z Arles. Tylko z uchem. Nie ośmieliliśmy się zrobić zdjęcia ani selfie, bo niby dlaczego, musicie nam uwierzyć na słowo. Ale do dziś zastanawiamy się czy naprawdę takie sytuacje dzieją się z przypadku?

Dziękujemy za kolejną, wspólną podróż. Ania & Marcin

Wpis powstał w wyniku współpracy z marką Novasol jako czwarty odcinek cyklu „Motyle w Europę”. Mamy przyjemność ogłosić, że Wędrowne Motyle zostali blogowymi ambasadorami Novasol w roku 2018. Możemy zamieszkać w dowolnym miejscu w Europie. Następna podróż: Wybrzeże Adriatyku

Zobacz więcej domów na wynajem w Prowansji (+mapa) | Zobacz link z naszym domem na wynajem

Pamiętajcie, by uważnie czytać i oglądać nasze relacje, które powstają w ramach cyklu „Romantyczna Europa” z Novasol. Z prostej przyczyny. Osoba, która odgadnie zagadkę, związaną z domami, w których mieszkaliśmy – wygra w konkursie tydzień wakacji właśnie w jednym z takim domów 😉 Została jeszcze jedna część układanki. Pozostałe relacje w powiązanych linkach poniżej.

Ilość komentarzy: 18 - dołącz do dyskusji!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comment moderation is enabled. Your comment may take some time to appear.

  • Justyna says:

    Cudownie się Was czyta 🙂
    Nie robie tego bardzo regularnie, ale jak już czytam to z zapartym tchem. Pozdrawiam serdecznie.

    • Wędrowne Motyle says:

      DZiękujemy. Bardzo nas Twoja opinia cieszy. A co, jeśli można najbardziej Ci się podoba? Bo chcemy się zmienić udoskonalać. Każda sugestia cenna.

  • Piotr says:

    Super! Lecieliście samolotem? Jaki koszt? I gdzie znaleźliście ten nocleg? 🙂

    • Wędrowne Motyle says:

      Cześć. Samolot Ryanair z Krakowa do Marsylii. 550zł w dwie strony
      Dom otrzymaliśmy od firmy Novasol – naszego sponsora w 2018 roku. Tak jak we wpisie.

  • Magdalena says:

    Prowansja zachwyca <3

  • Marcin says:

    Wspaniały wpis! Nigdy specjalnie nie byłem fanem tego typu podróżowania, ale wciągnąłem się w ten storytelling! 🙂

    • Wędrowne Motyle says:

      Dzięki. Wiesz, w sumie my kiedy też nie. Ale po 30-tce zachciało nam się podróżować jakoś inaczej, niebanalnie.By się podróżami nie znużyć. Może

    • Wędrowne Motyle says:

      Dzięki Marcinie pięknie. Mersi :8 ) Piątka!

  • majka says:

    Poprawcie „oddział sobie ucho”. Ciekawie opisane, pozdrawiam.

  • Jan says:

    Tak prawdę móiąc, to malował… brzydko.

  • Bookero says:

    Świetnie się czyta wasze posty 🙂 Prawdziwa turystyka malarska!

  • Radek says:

    Znalazłem małą literówkę: „zagospodarowano kreatywne w formie”, a poza tym super! Dzięki za ten tekst. Dodał parę miejsc do mojej mapy „to see” 🙂

  • Teresa says:

    Piękna i fascynująca podróż! Od dawna marzy mi się taka trasa. Może w przyszłym roku..

  • Sandra Wojewska says:

    Zakochałam się. Jadę tam!

  • Lucyna Zubiel Wierzbicka says:

    Rewelacyjny materiał,,,,,,i chociaż byłam tam w maju, to zakochałam się po raz drugi w Prowansji,,,, Zdecydowanie czekam na Waszą podróż po Alzacji.

  • Łukasz Maj says:

    Zbieram szczękę z podłogi. Co za pomysł!! Mega to Wam wyszło i dzięki opisom jakby człowiek się tam przeniósł na moment. Naprawdę świetny materiał.