Blog Chorwacja inaczej niż myślisz. Na słono i słodko, śladem Marco Polo i dwóch republik

Chorwacja inaczej niż myślisz. Na słono i słodko, śladem Marco Polo i dwóch republik

Pośród dziesiątek kompasów, lunet, miniaturek statków i pudełek na przyprawy, na pięknym papierze czerpanym równie piękna mapa. Na niej – oczywiście nieco zniekształcone – zarysy Adriatyku, Bałkanów, Azji Mniejszej, Zatoki Perskiej, Indii, Indochin, wybrzeża Azji i Japonii. Wyraźnie zaznaczone dwie czerwone linie, jedna lądem, druga wzdłuż wybrzeży. Zaczyna się w Wenecji, ale również… w chorwackiej Korčuli, gdzie się znajdujemy. To dokładnie Dalmacja Południowa. Wiem, że wszystko to sprytny zabieg marketingowy, ale nie umiem oprzeć się pokusie i magii miejsca. Kupuję.

Jeśli nawet nie jest prawdą, że najsłynniejszy podróżnik urodził się na tej chorwackiej wyspie, jest z pewnością prawdą, że w słynnej bitwie morskiej Wenecji z Genuą pod Korčulą (Curzola) pojmany został przez Genueńczyków i osadzony w więzieniu w Genui. Tam powstało „Opisanie Świata”. Byliśmy tam rok temu.
Miejsce, gdzie rozegrała się bitwa widać ze słynnej plaży na południowym brzegu wyspy. Dziś pewnie nikt tego miejsca już tam nie wypatruje. Wenecjanie, którzy przez wieki stworzyli ogromne imperium, traktowali zarówno Korčulę, jak i większą część Dalmacji jak swoją kolonię, która pełniła bardzo ważną rolę w pośrednictwie pomiędzy Zachodem a Wschodem. I właśnie tym śladem zachęcamy Was by podążać po południowej Chorwacji. Śladem historii. I namówić do tego, by jednak wypatrywać nieco więcej.

Jadąc na południe Chorwacji, wielu Polaków skupia się na ośrodkach plażowych, wypoczynkowych, imprezowych miejscowościach, które nie zasypiają zbyt szybko. Na stacjach benzynowych po drodze słychać rozmowy o tym „gdzie kamienie, a gdzie żwir” oraz jaki apartament jakiego rodzaju ma udogodnienia. My jadąc na południe, już na wysokości zamku Frankopanów w Novigradzie i sąsiedniego średniowiecznego mostu, widzieliśmy, że zainteresują nas bardziej kamienie, mury, aleje i wieże. I tak rzeczywiście było. Choć temperatura wody we wrześniu w Chorwacji jest wymarzona, a plaże puste, dzień na typowym lenistwie wypełniliśmy tylko jeden. Ostatni.

Historia Republiki Raguzy

 Aby rozpocząć podróż z nami trzeba szybko usłyszeć o jednym z najmniej znanych państw w historii Europy. Pomimo, że istniało w sumie aż sześć wieków. Chodzi o Republikę Raguzy czyli Republikę Dubrownicką. Czasem będziemy stosowali te nazwy zamiennie. Gdy ktoś grał w słynną grę strategiczną Europa Universalis zapewne już kojarzy fakty.
Po podziale Cesarstwa Rzymskiego, wybrzeże Adriatyku trafiło pod skrzydła Bizancjum i trwało tak aż do czasów, gdy włości wschodniego cesarstwa nie przejęła Wenecja. Republika Wenecka była bezsprzecznie największą potęgą militarną i morską w tym czasie w tym rejonie. Skromne Państwo Raguzy wpadło więc w jej objęcia jako wasal (choć oczywiście nie na zawsze). W tym czasie ze względu na centralne położenie na szlakach pomiędzy Wenecją a Azją, rośnie potęga takich miast jak: Korčula, Ston, Dubrownik czy Kotor. Prawda jest taka, że rola Wenecji osłabła wtedy, gdy Portugalczycy odkryli drogę do Azji i Indii z pominięciem Bliskiego Wschodu, a potem, gdy szlaki handlowe dzięki ekspedycjom Kolumba skierowały się na zachód. Słabość Wenecji po dwóch wiekach wykorzystali mieszczanie Dubrownika uniezależniając się od niej i ustanawiając własną (trochę podobną), ale dużo mniejszą republikę. Ta, skutecznie lawirowała pomiędzy Wenecją, Węgrami, Bośnią, a potem Imperium Osmańskim i o dziwo przetrwała aż do XX wieku, pokojowo przechodząc pod zwierzchnictwo włoskie, a potem austriackie.

Kto uważny, podróżując po tej części Chorwacji, dostrzeże jednak wiele śladów tego oryginalnego państwa. Wieże kościołów, często zakończone są obłymi kopułami, a nie smukłymi szpicami jak weneckie. Wiele nazwisk możnych to nietypowe mieszanki o słowiańsko-włoskim brzmieniu. A wiele budynków i zabytków zwieńczona jest białymi flagami z symbolem murów miejskich i twierdzy czyli… dawnymi flagami Ragusy. o innych twierdzach Dalmacji pisał m.in. Wojtek z Crolove

Prom na Pelješac

Prom z Ploče do miejscowości Trapanj odpływa kilka razy w ciągu dnia. Droga z Bytomia aż do samego Ploče jest doskonała. Właściwie oprócz odcinka za Brzecławiem, cały czas jedziemy autostradą (!!!). Kiedyś, w czasach naszego baaardzo głębokiego dzieciństwa, do Dalmacji jechało się wieczność i to drogami maksymalnie wojewódzkimi. Wtedy spało się w samochodzie, by droga szybciej minęła. Dla przyjeżdżających z Polski zapewne najbardziej przydatne będą godziny 12:45 i 15:15. My płyniemy tym drugim.

Ploče jest przemysłowym miastem portowym, które pełni też rolę portu dla sąsiedniej Bośni i Hercegowiny, z którą łączy go kolej. Aby dostać się do Orebicia możemy też przejechać lądem przez Ston, ale nadkładamy ponad 2 godziny drogi, plus dwukrotny postój na granicy z Bośnią. Chorwaci rozpoczęli budowę potężnego mostu, który ma połączyć środkową Dalmację z południową bez konieczności wjeżdżania do sąsiada. Inwestycja finansowana jest ze środków UE i ma się zakończyć do 2020 roku. Czyli całkiem niedługo.

Promy Ploče – Trapanj (do 30 września) 5:00, 7:30, 10:15, 12:45, 15:15, 19:30

Korčula

Część pasażerów, w tym sporo Polaków, swoje apartamenty rozpoznaje już z daleka i wskazuje palcami. Czyli zostają w miejscowości Trapanj. My jedziemy w głąb Pelješaca, a gdy mijamy góry, widzimy Adriatyk w pełnej krasie z jedną ogromną wyspą na horyzoncie. Według Greków to Kerkira Negra czyli „Czarne Korfu”. Wszystko za sprawą przepastnych lasów, które pokrywały wyspę. Dały one drewno dla wielu flot Grecji,  Rzymu czy Wenecji. Właściwie do dziś widać, że sporo tu lasów. Choć znacznie przerzedzonych przez winnice. Nowy skarb tej wyspy, obok oliwy z oliwek, uznanej swego czasu za najlepszą w Chorwacji.
Podłużna, bardzo mała, ale zróżnicowana wyspa, dostępna jest zarówno od strony Orebicia (prom płynie co godzinę i trwa to 15 minut) albo od strony Splitu (prom do Vela Luka).  Skorzystaliśmy z jednego i drugiego. Ale w innych okolicznościach.

Wyspa Korčula to też dobry pomysł na cały urlop. Z dala od imprezowych ośrodków, wypełnionych deptaków, przepełnionych parkingów. To idealne miejsce, które wystarczy na 7-dniowy intensywny pobyt, składający się zarówno z plażowania, snorkelingu, zwiedzania, wędrowania, smakowania, fotografowania albo „nic nierobienia”. Ze wschodu na zachód wyspy autem to zaledwie 45 minut drogi.
W środku wyspy leży Blato – kiedyś jedyne źródło wody pitnej na wyspie, dziś cel pielgrzymek, m.in. do grobu najsłynniejszej korčulanki – bł. Marii Petković, córki bogatych właścicieli ziemskich, których niegdyś wokół Blato nie brakowało. Dziś miasteczko, jak i główny plac Plokata z zabytkową loggią z końca XVIII wieku, wydaje się ospałe lub opuszczone. To drugie nie mija się z prawdą, duża liczba Chorwatów z tej wyspy wyemigrowała do Argentyny i Australii przed I wojną światową, po epidemii, która spustoszyła korčulańskie winnice.

Wino jednak odrodziło się i zauważyliśmy to, nie tylko po uginających się od gron krzewów po drodze do Blato, ale np. sporej liczbie winiarni czy sklepów z winem. My degustowaliśmy i kupiliśmy Grk i Plavac w Smokvicy, stolicy korčulańskich winiarzy. Mały sklep z winem znajduje się obok słynniejszej winnicy Toreta. Widok z parkingu na miasteczko przypomniał nam niejedne takie w czasie podróży po Prowansji.

Ponieważ Korčula zasłużyła na osobny wpis, to tylko o niej Wam wspomnimy. Nocowaliśmy w miejscowości Vela Luka, na zachodnim krańcu wyspy, wcześniej zahaczając jeszcze o typowo toskańsko wyglądające okolice Lumbardy (Św. Anton) i słynną plażę Pupnatska Luka, do której ze Smokvicy prowadzi spektakularnie poprowadzona droga, wybudowana przez francuskich żołnierzy w XIX wieku. Vela Luka okazała się przepięknym, kameralnym portem z dziesiątkami jachtów i łódek, nad którą prowadzi szlak widokowy, dochodzący do groty krasowej Vela Spila. Oglądając z góry zatokę z trzema odnogami można było przypomnieć sobie słowa Homera, który Odyseusza wysłał właśnie w takie miejsce, gdzieś w głąb Adriatyku. Może właśnie tu?

Miasteczko Korčula

Na wąskim i krótkim półwyspie, o kształcie wieloryba, wychodzącym odważnie w morze, znajduje się jedno z najpiękniejszych miast nad Adriatykiem, rywalizujące urokiem z Dubrownikiem, choć po prawdzie jest dużo, dużo mniejsze. Nazwa stolicy wyspy jest taka sama jak wyspy, prowadzi do niej droga z pierwszego ronda po wyjechaniu z przystani promowej. Zaparkować można w porcie przy bramie lub w centrum handlowym nieco wyżej, z którego rozpościera się fantastyczny widok na miasto.
Korčula otoczona jest murami miejskimi oraz kilkoma wieżami, najpiękniejsza brama prowadzi jednak od zachodu i obok tablicy ku czci króla Tomislava, ojca średniowiecznej Chorwacji dominuje nad nią kamienny lew, symbol Wenecji i św. Marka. To idealne połączenie, wiele mówiące o Dalmacji.
Korčula na krótko trafiła w ręce małej Republiki z Dubrownika. Przez większość czasu pozostała jednak wenecka. Stanowiła więc idealną bazę pośrodku tras handlowych z Wenecji. Być może właśnie z tego powodu interesy robiła tu rodzina Polo, zakładając tu drugi dom. Dom… w którym miał urodzić się Marco. Później najsłynniejszy podróżnik świata.

Dom rodzinny Marco Polo to dziś pozostałości budynku z małą wieżą mieszkalną i skromną wystawą, związaną z Marco Polo. Gdy się nastawiamy na gigantyczne muzeum, możemy się zawieść, jednak gdy potrafimy docenić „Genius Loci” miejsc, będziemy zachwyceni. Bardziej „interaktywne” muzeum znajduje się bliżej bramy miejskiej i pokazuje oraz opowiada o podróży wenecjanina na dwór Kubilaj – chana. A może korčulanina?

Korčula to urokliwe, wąskie uliczki i sporo ciągle działających pod koniec sezonu restauracji, zwłaszcza wzdłuż nabrzeża. Przy głównym placu miasta wznosi się Katedra św. Marka z XIV wieku, w której na niedzielnej mszy tłum praktycznie nie mieści się środku. W tym czasie można podziwiać cenne i bogate wnętrze kościoła, m.in. średniowieczne obrazy artystów o  imionach i nazwiskach stanowiących chorwacko-wenecką mieszankę, jak: Carlo Ridolfij, Vicko Tiron czy Marko Andrijic. Dziś katedra nie jest już kościołem biskupa, ale wciąż jeszcze znajduje się tu, udostępniony do zwiedzania, biskupi skarbiec. Po mszy wielu ludzi kieruje się na dzwonnicę, skąd, po pokonaniu klaustrofobicznych schodów z sygnalizacją świetlną, roztacza się genialny widok na całe miasteczko i Półwysep Pelješac po drugiej stronie. W ten dzień dość mocno wiało, ale i tak nie było konieczności używania drona. Widoki z dzwonnicy zdecydowanie wystarczały.

Muzeum Marco Polo czynne jest codziennie przez większość dnia. Bilet z audioprzewodnikiem kosztuje 60 kun. Dom Marco Polo można zwiedzać w godzinach do 21:00 w sezonie i do 15:00 poza sezonem. Wstęp to 20 kun.

Osobom ciekawym tradycji, jeszcze innych, niż kulinarne i architektoniczne, można polecić przybycie na Korčulę tak, by zobaczyć pokazy (w poniedziałki lub poza sezonem w czwartki) słynnego tańca Moreska, będącego żywą inscenizacją legendy o nieszczęśliwej miłości otomańskiej księżniczki i kapitana piratów. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że taniec jest wykonywany… z prawdziwymi szablami.

Półwysep Pelješac

Półwysep Pelješac jest wyjątkowy – drugi po Istrii największy w Chorwacji. A jednocześnie jeden z najciekawszych na Bałkanach Zachodnich. Na pierwszy rzut oka wydaje się podłużną wyspą, jak większość na Wybrzeżu Dalmatyńskim, ale okazuje się połączony wąskim przesmykiem z lądem. Żeby jednak przyjechać do tego miejsca trzeba wcześniej… przejechać przez Bośnię. Stąd wspomniany wcześniej prom z Ploče i planowany most.

Ten górzysty i bardzo spokojny półwysep grecy zwali Hyllis, ale w ich czasach była to wyspa. Najwyższe szczyty sięgają prawie 1000 metrów i słynęły kiedyś z jadowitych żmij. Wenecjanie,  którzy przejęli półwysep po latach waśni pomiędzy Serbami i Bośniakami, przezorni, by ich placówki handlowe nie odstraszały marynarzy, sprowadzili na półwysep mangusty. Przyznajcie, że bardzo to sprytne, prawda? Jeszcze jedną ciekawostką przyrodniczą, jest fakt, iż na Półwysep Pelješac wciąż jeszcze można usłyszeć charakterystyczne wieczorne ujadanie „do księżyca” szakali. My słyszeliśmy. Populacja tych dzikich zwierząt, nazywanych „europejskimi kojotami”, a sprowadzonych z Azji Mniejszej, wciąż jeszcze jest tu spora. 

Wystawiony idealnie do południowego i południowo-zachodniego słońca półwysep tonie w zieleni nawet pod koniec lata. Można to zauważyć szczególnie w winnicach, które czasami pokrywają całymi połaciami stoki nadmorskie i środkowe wysoczyzny. Najbardziej znane szczepy pelješackich win to Plavac mali i Pošip. Koniecznie trzeba spróbować win produkowanych właśnie tutaj na Półwyspie Pelješac, jak na przykład Carsko, Kneževo, Dingač, Plavac oraz najlepsze Sveta Ana. Dingac i Postup stały się pierwszymi prawnie chronionymi winami Chorwacji. Nie będzie problemem zakupić i spróbować każdego z nich, gdyż na półwyspie znajduje się ponad 100 winnic i sklepów z winem, tylko po drodze z Orebicia do Stonu naliczyliśmy ponad 20. Stolicą wina wydaje się położona centralne Potomje, gdzie zatrzymać można się w winnicy Milicič oraz Matuško. Niestety nasza wizyta w tej drugiej gwałtownie została przerwana burzą z ulewą. Aż przykro było patrzeć na pracowników – zbieraczy, bo akurat był główny dzień zbiorów.
Z wioski przebito tunel w kierunku winnic po drugiej stronie góry,  po to żeby dotrzeć do najlepiej nasłonecznionych stoków. To pewnie dlatego Dingač jest taki unikatowy. Winnice we wnętrzu Półwyspu Pelješac są jednak inne, niż na ogół kojarzymy. Krzewy są karłowate i często położone w dołach, a nie na szczytach wzgórz. Występują także krzewy sadzone na tak stromych zboczach, że nie ma możliwości wprowadzenia jakiejkolwiek mechanizacji. Wszystkie prace polowe trzeba więc wykonywać ręcznie, co zresztą widzieliśmy.
Dobrym pomysłem dla tych, którzy nie planują penetrować półwyspu, a od razu jechać „do ludzi”, będzie zatrzymanie się w winnicy Saint Hills, ponieważ znajdowała się dokładnie w połowie, po drodze naszej trasy z promu w Trapanj do Orebicia lub przy sklepiku z winem Andrijcevič. Wino jak wino, można kupić każde z lokalnych winnic. Ale widok stąd na Orebić – zachwycił. Koordynaty google maps

Orebić

  

Orebić poza sezonem wydaje się modelowym przykładem kurortu, w którym jest wszystko a jednocześnie nie ma tego, co niepotrzebne: zgiełku, tłumów, cepelii i głośnych imprez z podbitymi basami. Woda bardzo ciepła, krystalicznie czysta. Właściwie najczystsza jaką kiedykolwiek widziałem. Nie w Tajlandii, nie Izraelu i nie na Karaibach. To płynąc promem z Orebicia na  Korčulę widzieliśmy dokładnie dno przy prawie 30 metrach. Było to niesamowite zjawisko. Mała rzecz a pozostaje w pamięci, wierzcie nam.

Orebić kryje w sobie kilka poweneckich willi i uliczek. Zarówno budynek ratusza, miniaturowe Muzeum Morskie czy parafia, to budynki, nawiązujące do czasów weneckich, choć półwyspem ta Republika musiała podzielić się na długo właśnie z Republiką Raguzy. Trochę na zachód od miasteczka wznosi się klasztor św. Franciszka. Bardzo stary, jedyny obiekt w okolicy, który odnalazłem na starej średniowiecznej mapie Republiki Dubrownickiej, którą studiowałem przed wyjazdem. Orebicia jeszcze wtedy nie było. Tradycja nakazywała kiedyś, by statki, mijające go w drodze z Korčuli do Dubrownika, salutowały lub dawały sygnał. Na szczęśliwą drogę.
Jeszcze wyżej przy ostrym zakręcie przy drodze na Lovište znajduje się fantastyczny punkt widokowy z panoramą obejmującą cały południowy Pelješac, Korčulę, czy usiane pomiędzy nimi mniejsze wyspy, które lokalni zwali grzbietami smoka. Niestety zdjęcie z tego miejsca przez przypadek skasowałem przy usuwaniu innych. Zdarza się.

Ston i Mały Ston

W Polsce wtedy przeraźliwie wiało i lało. Tu, pomimo ciepła, tego dnia też zawiało. Zawiał wiatr i przewiał chmury. Potem zawiał mocniej i przygnał nowe. Ale nic nie czuć było w gorącym powietrzu białego złota. Bo czy sól ma zapach?

Stoimy na kamiennych murach wokół Stonu, zwanych potocznie europejską wersją Wielkiego Muru Chińskiego. Ma kilka kilometrów i porównanie może nieco śmieszyć, ale… tak po prawdzie to największa tego typu konstrukcją w Europie. Można koroną murów wędrować i wspinać się na szczyt góry i fortu. Można okrążyć miasto. Można w końcu ruszyć wzdłuż doliny w kierunku drugiego miasta. Dzięki tej konstrukcji nikt nie mógł prześlizgnąć się wąską doliną z lądu do salin. Film o nim zobaczycie na naszym fanpage. Mur robi wielkie wrażenie i przywołuje potęgę Republiki Dubrownickiej. I jednocześnie tłumaczy też skąd taka samodzielność i buta tego małego kraju. Pewnie czytając wcześniej nasz materiał, zastanawialiście się „ok, ale jakim cudem taki karzełek radził sobie tak długo pomiędzy takimi potęgami”. Kluczem była sól ze Stonu, swego czasu stanowiąca większość majątku kraju, który bez problemu mógł płacić trybuty, okupy, wysyłać drogie podarki zarówno na dwory do Stambułu jak i Budy czy Wenecji.

Samo miasteczko jest również bardzo ciekawe. Warto pojawić się na świeżo odbudowanym forcie dolnym lub przespacerować po idealnie wytyczonych kwartałach wąskich uliczek. Nie uświadczycie tu rynku czy placu głównego, bo sprzecznie z ogólnymi zasadami miasto budowane było bardziej jak fort niż ośrodek kupiecki. Najważniejsze budynki użyteczności publicznej są praktycznie przy jego krańcach.

Chwilę potem, gdy wiatr nieco ustał, wzdłuż wspomnianego muru i newralgicznej doliny pojechaliśmy do Małego Stonu (Picollo Stagno) na najlepsze nad Adriatykiem ostrygi. Kilka restauracji zwróconych jest frontem do zatoki, wypełnionej w dużej mierze koszami na cenne muszle. Spróbowaliśmy tych specjałów na 3 sposoby w miejscu, gdzie można podejrzeć hodowlę na żywo, restauracji Villa Koruna i rzeczywiście musimy chyba zgodzić się z tym określeniem. Zupa z kraba, muli i ostryg też była niczego sobie. Wygrały jednak ostrygi panierowane.

Trsteno

 

Cóż za dziwne miejsce. Bardzo łatwo je pominąć, gdy nie ma się wiedzy o jego istnieniu. Nawet dziś większość aut sunie ze Stonu w stronę Dubrownika, na pobliskim parkingu pod kościołem zatrzymujemy się tylko my, chwilę potem para Hiszpanów na motorach.
Ustronny ogród, czy też arborentum, jeden z najstarszych tego typu w Europie, drugie życie uzyskał dzięki serialowi „Gra o Tron”, w którym pełnił tło do scen, rozgrywających się na dworze Tyrellów. Prawdziwe Trsteno też należało do możnych. A konkretnie rodziny Gucetić-Gozze (znów chorwacko-włoska nazwa), która wybudowała tu swój gotycko-renesansowy letni pałac z widokowym pawilonem, ogrodem wodnym, którym rządzi figura Neptuna a wodę doprowadza najprawdziwszy akwedukt.

Oprócz robienia sobie zdjęcia w stylu Margeary, podziwiania szeregu roślin z całego basenu Morza Śródziemnego polecamy przejść ścieżkę pomiędzy  agawami i dotrzeć do tego punktu widokowego, z którego będziecie mogli objąć wzrokiem wszystko, co powinno zmieścić się na idealnym obrazku akwarelowym, reprezentującym Dalmację: promienie słońca, sylwetki cyprysów obok palm, zazieleniony brzeg z przebijającymi się jeszcze bugenwillami, mała zatoczka z srebrną wodą, pomarańczowe dachy i toń turkusu.

 Rožat i Zatoka Dubrovacka

Wyobraźmy sobie, że, podróżnicy, którzy jechali do Dubrownika lądem, podążający Jadrańską Magistralą na południe, już witali się z Dubrownikiem już widzieli jego port. Ale nagle… musieli skręcić w lewo i wyruszyć z półgodzinną podróż dookoła głębokiej, wąskiej zatoki. U nasady limanu (wąskiej, podłużej zatoki, mylonej z fiordami), uchodzi do niego najkrótsza rzeka Chorwacji, mająca zaledwie kilkadziesiąt… metrów Ombla. Jej źródło a właściwie wywierzysko można zobaczyć z bliska. Znajduje się tu też urokliwa knajpka z tarasem.

Rožat wyróżnia się średniowiecznym kościółkiem z charakterystyczną kopulastą wieżą. To jeden z mało znanych symboli rozpoznawalnych Republiki Dubrownickiej, ale warto tropić kościoły z tym charakterystycznym elementem. Choć okolica przez jakiś czas była związana też z Bośnią. Rožat był nawet siedzibą biskupstwa Bośni, które miało być przyczółkiem do małej ekspansji w głąb lądu. Ottomanowie jednak skrupulatnie skracali te zamysły.
Po drugiej stronie zatoki funkcjonuje jedna z najdziwniejszych przystani żeglarskich Chorwacji. Jachty cumują właściwie tuż przy ciekawym, weneckim w stylu Pałacu rodu Sorkočević. Z tego znamienitego dubrownickiego rodu pochodzi m.in. słynny kompozytor Luka Sorkočević.

Dubrownik

W końcu Dubrownik! Perła w koronie Dalmacji i całego Adriatyku. Miasto, które z pozycji „jednego z wielu w Chorwacji” stało się ostatnimi laty obowiązkowym punktem podróży po Europie wśród wycieczek amerykańskich czy azjatyckich. Aż tak. Wspomniana „Gra o Tron” na pewno temu pomogła, bo to chyba najmocniej eksploatowane miasto z wszystkich. Eksploatowane przez ekipę filmową HBO i nie tylko.

Żeby opisać sensownie Dubrownik w jednym wpisie na instagramie to trzeba mieć tupet. Podobnie z jednym rozdziałem we wpisie na blogu. Ale spróbujmy. Już bez wyliczania zabytków, o których będzie miejsce w osobnym wpisie o mieście.

 

Jak nie zawieść się miastem, które jest oblegane, to już wielokrotnie tłumaczyliśmy. Na blogu i facebooku. Jak się odnaleźć w takim mieście – również. Na chwilę wyłączmy jednak wizje turystycznej fali, oblewającej nas z każdej strony. Przypominamy, że jest koniec września, upał zelżał, nawet można znaleźć miejsca na parkingach. Historia Dubrownika to coś fascynującego. Od Greków i Rzymian w nieodległym Epidaurus, po przybyłych stamtąd, uciekających przed najeźdźcami mieszkańców Cavtatu. Od dwóch miast – rzymskiej Raguzy i słowiańskiego jej bliźniaka aż w końcu po zasypanie kanału między dwoma osadami i połączenie ich w jedną całość.
I już zostawmy na inną okazję fakt, że chodząc po wąskich uliczkach szukamy śladów nie Rzymu, nie Bizancjum, nie Wenecji, lecz właśnie Republiki Dubrownickiej. Fascynujące jest obserwowanie tego w sosie najlepiej zachowanego średniowiecznego miasta tej części Europy. A może i całej Europy? Dorównuje mu jedynie Obidos, Avila, Carcassone. Bo jednak takich murów obronnych, lądowo-morskich, nie ma moim zdaniem żadne miasto na świecie. I dla nas to wystarczyło by otwierać szeroko buzie.

Więcej o wędrówce i murach miejskich Dubrownika zobaczycie na blogu Crolove.pl

Wędrówka murami to osobna przygoda, na którą należy sobie zarezerwować 2-3 godziny. Zaczynamy w okolicach bramy Ploče i klasztoru Dominikanów, wędrując północnymi murami, zachwycając się widokiem na pomarańczowe morze dachówek i wysp z wieżami pomiędzy nimi. Następnie wędrówka biegnie murami zachodnimi, potem południowymi, zawieszonymi nad lazurowym morzem, aż w końcu wracamy w okolice starego portu. Dubrownik ma też drugi port, zachodni, tuż pod twierdzą Lovrijenac, który wielokrotnie grał w słynnym serialu. np. w scenie ucieczki Myrcelli z King’s Landing. Choć obecnie obsługującym portem dla miasta jest potężny Gruž, mieszczący zawsze kilka gigantycznych wycieczkowców. Koniec września oznaczał też brak tłumów i idealną temperaturę, idealne, płaskie promienie słoneczne. Całości zachwytów nad Dubrownikiem dopełnił zjawiskowy zachód słońca nad Adriatykiem ze wzgórza Srđ, z pewnością jeden z najpiękniejszych, jakie zapamiętamy. I również dzięki rozrzuconemu daleko w dole „naszyjnikowi” z pomarańczowych dachów, czyli Dubrownikowi właśnie. Dubrownik otrzymuje piątkę z plusem. Za wszystkie obiektywne walory. Za bramy miejskie powinien dostać jeszcze plusik. Krótka, ale szybka porada: Dużo mniej ludzi i względny spokój znaleźliśmy w południowych pierzejach miasta, w okolicach Muzeum Etnograficznego. Może dlatego, że okolica to też sporo ruin, pamiętających jeszcze katastrofalne trzęsienie ziemi z 1667 roku.

 

Demokracja w Dubrowniku

Tak, opisywaną republiką rządzili ludzie nazywani tak samo jak „szefowie” Waszych uczelni. Ale władza, jak na swoje czasy była ultrademokratyczna. Władza należała do 29 rodów szlacheckich oraz wybieranego na rok rektora. Na zewnątrz częściej nazywanego „księciem”. Rolę ówczesnego parlamentu pełniły Wielka Rada i Mała Rada, zaś Rada Uproszonych stanowiła odpowiednik dzisiejszego senatu. Podczas posiedzeń wołano uroczyście kilka razy „libertas” (wolność). W sumie to i dziś wiele państw może zazdrościć Dubrownikowi, że tak długo wytrwał w takim ustroju bez szwanku. Podobno twórca książek, na podstawie których powstała Gra o Tron, George R.R. Martin, w Republice Raguzy widział wzór do ustroju i władza miasta Braavos i tamtejszego kupieckiego banku.

Dubrownik ma problem z parkingami i tłumami, ale my akurat rozegraliśmy to tak, że mieszkając w Mokošicy, dojeżdżaliśmy pod samą prawie bramę autobusem 1A. Przez miasto prowadzi kilka tras turystycznych: krótka, średnia i długa. Długo by tłumaczyć bez mapy jakie to, generalnie prowadzą od wspomnianej bramy, obok kościoła św. Zbawiciela i studni Onurfego wzdłuż Stradunu i przyległych pierzei do dwóch obiektów, które z pewnością warto odwiedzić: Pałacu Sponza i Pałacu Rektorów, siedziby władz i rektora Republiki Dubrownickiej pochodzącej z XV wieku.

Następnie spacer może biec obok katedry i starego portu, wzdłuż spokojniejszych fragmentów miasta na zachód aż do punktu wyjścia, czyli klasztoru św. Klary. Po drodze miniemy słynne „Schody Wstydu”, a dla mniej zaznajomionych z przytaczanymi już motywami z serialu po prostu schody kierujące do kościoła Jezuitów. Kościoły w Dubrowniku nie są aż tak spektakularne jak obiekty świeckie, np. pałace. Wiele z nich w środku zdobi barok. Popołudniem radzimy wyjść fortem Revelin i bramą Ploče i udać się do dolnej stacji kolejki linowej na Srđ.

Gdy już zachwycicie się przytoczonym wcześniej zachodem słońca z wianuszkiem dalmatyńskich wysp, wróćcie do Dubrownika, by zachwycić się jego wieczorną, złoto-granatową wersją.

Cavtat

Od tego powinniśmy zacząć. Albo… jak wolą niektórzy zakończyć. Pod miejscowością znajduje się dubrownickie lotnisko, trochę dalej, za klifami Pasjaca znajduje się już pogranicze z Czarnogórą.  A mieszkańcy Dubrownika wzięli się właśnie z Cavtatu. Dlaczego?
Starożytny grecki Epidaurus, a następnie rzymski Epidaurum, dał początek odległemu o jakieś osiemnaście kilometrów Dubrownikowi, czyli Raguzie. W wiekach średnich był nawet siedzibą biskupstwa. Uciekający przed barbarzyńcami mieszkańcy Cavtatu założyli na wówczas jeszcze wyspie, miasto, które dziś jest jednym z najpopularniejszych w całej Chorwacji – dawną Raguzę. Jak już wiecie z Dubrownika. Raguza połączyła się z innym miastem, który zamieszkiwali Słowianie (Ploče) i tak powstał Dubrownik. Symbolem zasypanego kanału jest dziś właśnie główny deptak miasta, który tam powstał.
W XV wieku Republika Dubrownicka (Republika Raguzy) odbudowała miasto z ruiny i uczyniła z niego ważny ośrodek. Cavtat jest niezwykle urokliwy, jakby odklejony z lazurowego wybrzeża, zwłaszcza w okolicach przystani okraszonych rzędem rozłożystych palm, czy w zakamarkach wąskich uliczek, gdzie w porze obiadowej roznoszą się smakowite zapachy, a niemal każdej bramy pilnują… koty. Stara część miasta ulokowana jest na półwyspie Rat.
Nad miastem góruje mauzoleum rodziny Racic, wpływowych armatorów. Budowla wzniesiona na cmentarzu będącym jednocześnie doskonałym punktem widokowym prezentuje elegancki styl art deco. To dzieło znanego chorwackiego artysty rzeźbiarza Ivana Meštrovića.

Ten artystyczny lekki stan udzielał się chorwackim artystom. Cavtat zamieszkiwał „chorwacki Van Gogh”, Vlaho Bukovac, dziś urządzono tu małe muzeum jemu poświęcone. Jego malowidła znajdziemy też w tutejszym kameralnym klasztorze, blisko uliczki na cmentarz.
Cavtat jest też lubianym przez Skandynawów, czy Niemców, a ostatnimi czasy także Amerykanów kurortem. Plaże ciągną się tu kilometrami, hotele kuszą luksusem, a restauracje potrawami z ryb i owoców morza.

Siedzimy więc w jednej z najlepszych restauracji z owocami morza i widokiem na idealnie skąpaną w złotym słońcu zatokę. Takie otoczenie skłania do refleksji. Po raz kolejny uświadamiamy sobie, że to nasi rodzice zaszczepili w nas kiedyś pasję do tego, by odkrywać świat. Tak jak rodzice i wujowie Marco Polo, podkładając mu pod nos mapy szlaków handlowych i brzegów morskich. Myślę: – Nawet jeśli Marku urodziłeś się jednak w Wenecji a nie na Korčuli, przyjemnie było odbyć tą podróż, mijając wszystko co zwykłe i typowe w tej części Chorwacji.

Z małym wyjątkiem na kąpiel w jednej z zatoczek Cavtatu. Ale… spoglądając z krystalicznie czystej wody raz po raz na majaczące w oddali mury Dubrownika i zazdroszcząc Chorwacji, że ma możliwość tylu… wyborów wypoczynku i stylów podróżowania.

Dojazd, Informacje praktyczne: Trasę, którą pokonaliśmy można zrealizować zarówno od północy, jak i południa. Jadąc samochodem dojeżdżamy do rzeczonego wyżej portu w Ploče, a kończymy przy granicy z Czarnogórą. Naszym zdaniem najlepiej podzielić podróż na dwa etapy, wybierając sobie pierwszą bazę na Korčuli lub w Orebiciu, a drugą koło Dubrownika (np. 4+3 dni albo 6+5 dni). Jeśli ktoś podróżuje samolotem do Dubrownika i wynajmuje samochód, lepiej, by rozpoczął od okolic Dubrownika a potem poruszał się w głąb Dalmacji. Proszę zwrócić uwagę, że z Korčulą promem połączony jest Split, do którego również coraz łatwiej dostać się z Polski.

Materiał o Dalmacji stworzyliśmy dzięki zaproszeniu przez Chorwacką Wspólnotę Turystyczną, dzięki realizowanemu przez nas projektowi #MarcoPoloCheckIn. Jednocześnie wszystkie miejsca i opinie opisane w materiale pozostają autorskie i niezależne.

Ilość komentarzy: 6 - dołącz do dyskusji!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comment moderation is enabled. Your comment may take some time to appear.

  • Marek says:

    Chorwacja była fajna jak jeszcze nie była taka popularna. Na chwile obecną wczasy ( z dolotem/dojazdem ) kosztują podobnie jak na zachodzie :/ Powinno być troche inaczej moim zdaniem. To bałkany – Albania i inne kraje są tańsze ale nadal Chorwacja na zawsze pozostanie w moim sercu. Widoki – bezcenne.

  • Easy Surf says:

    Chorwacja jest piękna. Wspaniałe miejsce do surfowania, ogólnie do uprawiania sportów wodnych. Byłem tam 2 lata temu i na pewno jeszcze tam wrócę

  • Sylwia says:

    Chorwacja to piękne miejsce, jednak staję się trochę przereklamowane. Czasami mam wrażenie, że ostatnio Polacy częściej jeżdżą do Chorwacji niż nad morze bałtyckie.

  • Wiesław says:

    Wydawało mi się, że znam Chorwację. Byłem tam w swoim życiu kilka razy, ubolewam że tak podrożała. Ale ten materiał uświadomił mi jak wiele jednak przeoczyłem. Gratuluję artykułu, widać ogrom wiedzy. Ston jest miejscem, które należy zobaczyć!

  • SevenSeas says:

    Świetne zdjęcia 🙂 Dubrownik jest wspaniały na każdej płaszczyźnie 🙂

  • Z. Sowa says:

    Bardzo ciekawe oprocowanie. W wielu miejscach Dalmacji Poludniowej byłem na przestrzeni 7 lat, ale nie wszystkie odwiedziłem więc chyba znowu wrócę do Chorwacji. Zaszczepilem to Państwo również rodzinie mojego syna