Blog O jednym z najpiękniejszych dni naszego życia. Wiosenne wybrzeże Amalfi pieszo

O jednym z najpiękniejszych dni naszego życia. Wiosenne wybrzeże Amalfi pieszo

Zgubiliśmy się trzeci raz. Trzeci raz w ciągu jednego dnia, co nie zdarzyło nam się przez ostatni rok. Wąskie uliczki, schody wychodzące spod tuneli i arkad, przewiązki z suszącym się praniem. Widocznie to wszystko skutecznie blokowało sygnał niebieskiej kuleczce google maps. W końcu jowialny, opalony starszy pan, wołający i machający wymownie wskazuje nam drogę, zapewniając, że za chwilę będzie „vista meravigliosa”. Milknie gwar turystów, sunących pomiędzy stoiskami z limoncello, zaczyna się cisza środka dnia poprzetykana smażonym jedzeniem i odgłosami talerzy. Spoglądamy na Amalfi z góry, na setki kolorowych dachów, kopułę katedry, na sosny pinie, które rozkładają swoje parasole, na morze żółtych cytryn pachnących orzeźwiająco. Jesteśmy na początku naszej wędrówki, przed nami kolejny najpiękniejszy dzień naszego życia.

Wybrzeże Amalfi

Wybrzeże Amalfi – Costiera Amalfitana, uważane jest za jedno z najpiękniejszych, jak nie najpiękniejsze miejsce we Włoszech. Dlaczego? Przecież na Półwyspie Apenińskim tak spektakularnych widoków jest całkiem sporo. To, co mówi się o urodzie ciągnącego się między Salerno i Sorrento wybrzeżu, wcale nie jest opinią na wyrost. Trzeba bardzo się nagimnastykować albo być mocno negatywnie nastawionym człowiekiem, by zawieść się w jakiś sposób tym miejscem, choć my z obawy przed długo weekendowymi tłumami, znaleźliśmy własny sposób na jego odkrywanie. Staramy się zawsze minimalizować potencjalne przeszkody w zachwytach. A taką tutaj jest ruch samochodowy i brak miejsc parkingowych. Podobno koszmar.

Jeśli lubicie połączenie lazurowej morskiej toni, obmywającej klify, urokliwe kolorowe miasteczka przyklejone do skał, wreszcie bujną przyrodę, wśród której dominują cytrynowe gaje i spektakularne widoki, które można podziwiać przemierzając wijące się to w górę, to w dół trasy, to odnajdziecie w Costiera Amalfitana swój raj na ziemi. Na dodatek będący na liście UNESCO. Jako krajobraz kulturowy. A takie wpisy bardzo lubimy.  Połączenie krajobrazów nad Jeziorem Como z kolorami Cinque Terre i Portofino. Tyle, że bardziej.

Najbardziej popularnymi miasteczkami wybrzeża są: Amalfi, od którego wzięła się jego nazwa, Atrani, Ravello, a także Maiori oraz Minori. Choć te dwa ostatnie mniej od swoich poprzedników. Równie znane Positano nie należy już do tej riwiery, znajduje się pół godziny drogi dalej.

Co to jest Riwiera?
  Riwiera – termin geograficzny, wywodzący się z języka… włoskiego. Oznacza wysokie wybrzeże, niekoniecznie klifowe. Wzdłuż którego znajduje się przynajmniej kilka kurortów, często modnych i popularnych (Lazurowe Wybrzeże, Olimpijska, Turecka…) Charakteryzuje się urozmaiconą linią brzegową, wieloma punktami widokowymi. W Polsce „polską riwierą” nazywane jest Trójmiasto.

To co może nieco zakłócić postrzeganie tej cudownej krainy, to liczba przybywających tu turystów oraz ceny. Jest tu zauważalnie drożej, niż chociażby w niedalekim Salerno. O ustawowej „kawie za 1 euro” nie tyle zapomnijcie, co nie spodziewajcie się jej chyba w żadnej kawiarni. Jeśli wybierzecie się tutaj samochodem, to możecie być pewni, że czeka Was postój w długich korkach. Szczerze więc polecamy Salerno jako bazę, wybór autobusu porannego lub wieczornego a także promu, piesze wędrówki pomiędzy miasteczkami. Być może zainspirujecie się naszą, o której napiszemy w dalszej części tekstu. Podamy też plan i nakreślimy mapę.

Amalfi i Republika Amalfitańska

O Wybrzeżu Amalfitańskim słyszało wielu, wielu też miało okazję podziwiać widoki na zdjęciach, czy folderach reklamujących wakacje we Włoszech. Czy jednak wielu słyszało o Republice Amalfitańskiej? No właśnie… Trzeba więc tę zaległość nadrobić. W IX wieku, założone przez Rzymian Amalfi, zyskało miano republiki, prężnie działającej i rozwijającej się dzięki sprytowi swoich mieszkańców, doskonałemu położeniu oraz umiejętnościom handlowym i żeglarskim.
Amalfitańczycy nie mieli żadnych uprzedzeń, handlowali ze wszystkimi, a jednym z ważniejszych odbiorców ich towarów byli muzułmanie. Docierali swoimi statkami (może dzięki busoli, którą najprawdopodobniej wynaleźli) do Konstantynopola, czy Aleksandrii. Jako pierwsi też spisali i skodyfikowali prawo morskie, pozostawiając po sobie dokument nazwany Tablicą z Amalfi. Rosnąca potęga Republiki, a zwłaszcza kooperacja handlowa z muzułmanami, nie przypadła do gustu innej morskiej republice istniejącej na Półwyspie Apenińskim – Republice Pizy, która w XII wieku przyczyniła się do upadku Republiki Amalfi.

 

Wciąż jednak można dostrzec dawną świetność Amalfi, zwłaszcza, gdy się spojrzy na znajdującą się tu Katedrę (Duomo), która kryje w swoich wnętrzach szczątki apostoła –  św. Andrzeja. Potężne, szerokie schody wiodą do wykonanych z brązu, XI – wiecznych drzwi wejściowych, które pochodzą z Konstantynopola. Widoczne są tu różne style architektoniczne i żywe są na przykład wpływy orientalne. Zwłaszcza przepiękny XIII wieczny dziedziniec otoczony 120 kolumienkami, zwany „Rajskim Krużgankiem”. Bez dwóch zdań przynosi skojarzenia z Alhambrą czy Monreale. I to nie były tylko nasze skojarzenia.

Kupując za 3 euro bilet wejściowy do Duomo, mamy także możliwość wejścia do Krypt z mauzoleum św. Andrzeja, do wspomnianego wyżej krużganka oraz przyległego Muzeum Diecezjalnego i bazyliki. Naprawdę warto!

Wędrówka do Atrani

Wróćmy do naszego starszego signore, który nie uczestniczy w sjeście, a wskazuje z balkonu drogę turystom. Rzeczywiście z tarasu widokowego nad Amalfi, tuż przy cmentarzu, rozpościera się przepiękny widok na miasteczko. Nie jest ono może tak kaskadowo położone jak Positano, jednak bije je na głowę duchem miejsca, zabudową citta i rolą w historii Europy. Wg pierwotnego planu, mieliśmy tu wrócić na koniec dnia, więc machamy „do zobaczenia” i kierujemy się trawersem pod Torre dello Ziro do Atrani. Do wieży można dojść, ale z zupełnie innej strony. Amalfi jednak już nie zobaczymy.

Droga do miasteczka wiedzie nas wąskimi chodnikami, bardzo często stromymi schodkami, po drodze mijamy otwarte domostwa, chronione jedynie przez zasłony z koralików. Na progach wygrzewają się koty. Życzliwi mieszkańcy pokazują drogę, choć teraz ją już znamy. Oznaczeń szlaku jako takiego nie ma, tabliczki też są znikome. Trzeba bazować na google maps, lub mapie, którą zakupiliśmy na dworcu w Salerno. Ten odcinek biegnie pięknym tarasem, zawieszonym nad główną drogą oraz klifem. Trudno zerkać na nawigację, skoro wokół tyle się dzieje. Tzn nic się nie dzieje. Ale dlatego się dzieje…

 

Na pierwszym planie mamy cały przegląd majowego kwiecia oraz suchorośli, a na drugim… turkus tyrreńskiej wody. Trudno powiedzieć jak tu jest w lecie, zaryzykujemy, że upalnie. W końcu docieramy do Atrani. Miasteczka najbardziej osłonionego górami od wiatrów i deszczy. W związku z czym najcieplejszego. Tego dnia prognozy mówiły o słonecznych 20 stopniach. Tutaj było 23 a nawet 24. Robi się ciepło, słońce dogrzewa na schody przez kościółkiem. Jeszcze nie zgłodnieliśmy, ale skusiliśmy się na słynne cytrynowe lody z Atrani.

W lodziarni Artigianale da Marco pod mostem serwują zarówno sorbety jak i wersję kremową. W Atrani kręcono film „Porządna kobieta” ze Scarlett Johansson i Helen Hunt. Akurat taki sobie…

Tutaj następuje kolejna zmiana w programie, bo podejmujemy decyzje, ze będziemy wędrować dalej, niż chcieliśmy. Więc kosztem podejścia szlakiem do Ravello (około godziny, bez problemu) łapiemy busa tamże. Za chwilę dowiecie się dlaczego.

Ravello. Balkon Italii

Ściskamy swoje dłonie oraz zaciskamy drugie na poręczach, patrząc na ekwilibrystyczny wręcz sposób jazdy kierowcy po serpentynach i wzdłuż przepaści i docieramy do Ravello. Jest wyraźnie chłodniej. Bo Ravello znajduje się w sumie już w górach. W górach, ale wciąż nad morzem. I to naprawdę rzuca na kolana.

   

Miasteczko zaskoczyło nas względnym spokojem. Każda knajpka miała połowę pustych miejsc, nie czuliśmy żadnego tłoku a niektóre uliczki świeciły pustkami. Ruch samochodowy jest wyłączony. Z Piazza Centrale rozciąga się interesujący widok na sąsiednią wioskę – Scala. Nazwa nieprzypadkowa, bo chodzi o widownię. Poza tym to najstarsza osada Amalfitany.
Siadamy tu pod koniec, sącząc kawę a potem zimne limoncello i obserwując zachowania turystów. Z Anglii, Szwecji, Polski, Japonii. Wszyscy podejrzanie ukojeni, spokojni i radośni.

Nad placem dominuje zabytkowa katedra, przy której i w której zaaranżowano małe Museo di Duomo (wejście przy tunelu). Gdyż mamy tu tylko chwilę, trzeba koniecznie ruszyć w małą pętlę, zaczynając przy straganach z oryginalną, słynną i kolorową ceramiką z Ravello, wzdłuż Via S Francesco. Miniemy kościół i klasztor o tej samej nazwie. Charakterystyczny dla całego wybrzeża Amalfi z uwagi na fakt, że wejście do niego wiedzie z tunelu i arkad, wkomponowanych w zbocze. Pętla sięga Villi Cimbrone a potem można wrócić alejką, Santissima Trinita pośród kwitnących i pachnących wszech obecnie wisterii.

Villa Cimbrone

Spełnienie snów o miejscu, które łączy niebo i ziemię udało się angielskiemu baronowi Ernestowi Beckettowi, który po zakupie ziemi w 1904 roku w tym miejscu, obok średniowiecznej willi przebudowanej w duchu romantyzmu (nawet się udało), stworzył ogród jak ze snu, pełen kwiatów, róż, hortensji, wisterii, jaśminu oraz rzeźb, obudowanych pergolami alejek, wiszący w swojej kulminacji nad 400-metrowym klifem. Ta kulminacja to Taras Nieskończoności, nazwany tak przez podróżującego i opisującego pięknie południowe Włochy Ferdynandra Gregoroviusa a przez wielu na wielu grupach włoskich nazywany najpiękniejszym tarasem widokowym Włoch. Coś musi mieć w sobie więcej, skoro tak naprawdę widzimy z niego… głównie błękit nieba i morza. Żadnych urozmaiconych panoram. Spędziliśmy tu godzinę, choć żałowaliśmy, że tak krótko.

„Dwadzieścia pięć lat temu amerykański magazyn zapytał mnie, jakie było najpiękniejsze miejsce, jakie kiedykolwiek widziałem we wszystkich moich podróżach.  Powiedziałem wtedy: widok z belwederu Villa Cimbrone w jasny zimowy dzień, kiedy niebo i morze były każdy tak jaskrawo niebieskie, że nie można było odróżnić jednego od drugiego.” Gore Vidal.

Villa Rufolo

Druga ravellańska willa kryje się za bramą przypominającą bardziej basztę zamku niż XIX-wiecznego ogrodu. Należała swego czasu do Landolfo Rufolo. Bogatego kupca, który nawet miał swój epizod w „Decameronie”. Willa bardziej klasyczna w swoim kształcie kryje na tyłach przepiękne, kaskadowe ogrody, w których pierwsze skrzypce wiodą tarasy kwiatów oraz osobliwe kopuły Santa Maria delle Grazie przykryte parasolem ze starej pinii. Bardzo Wam się spodobało zdjęcie tego miejsca na naszym instagramie.

Budynek willi posiada neoromańską wieżę, sztuczne groty, tajemniczy dziedziniec i szereg elementów, które mogły zachwycić Ryszarda Wagnera, który przybył tu z całą falą niemieckich i brytyjskich ludzi sztuki i z progu stał się piewcą tego miejsca. Między innymi to stało się kanwą jednego z najsłynniejszych festiwali muzyki klasycznej, które odbywają się w tym miejscu. Koniecznie trzeba dotrzeć na ostatni taras. Zawsze pięknie udekorowany klombami kwiatów.

Wstęp do obydwóch willi w Ravello kosztuje po 7 euro. Jeśli macie pokusę pytać nas która piękniejsza i bardziej polecenia, nie róbcie tego. Nie będziemy w stanie podjąć decyzji. Zarówno widok z Tarasu Nieskończoności w Cimbrone jak i na kopuły z tarasu Rufolo to widoki trudne do zapomnienia.

Wędrówka do Minori

Z Ravello prowadzi kilka szlaków. W wyższe partie gór, przez Scalę, w dół ostro, wspomniany szlak do Amalfi oraz fantastycznie rozpięty z okolic sali koncertowej (Auditorio), zaprojektowanej przez samego Oskara Niemeyera (nie każdy docenia jej wyjątkowość z uwagi na nowoczesną formę), schodzimy w kierunku kościelnej wieży kaplicy w Torello. Akurat biją dzwony, dochodzi godzina 18:00, światło robi się przepięknie miękkie. W wiosce mieszka raptem 50 osób a przy kościele znajduje się fantastyczny taras widokowy na popołudniowe morze. Wędrujemy niespiesznie Via Capella, mijając zgarbione babuleńki, udające się na msze, dzieciaki odbijające piłkę przed domami, kilka niemieckich emerytek z kijami. Otwiera się piękny widok na tarasowate zbocza z kolejnymi plantacjami cytryn. Chwilo trwaj.

Minori otwiera się naszym oczom po pół godziny. Tarasem widokowym przy cmentarzu, więc historia zatacza koło. Schodzimy do miasteczka, zahaczamy o Rzymską Willę, jedyną taką na wybrzeżu, z zachowanymi mozaikami a także Bazylikę Św. Trofimeny, kiedyś katedrę. Z arcyważną kryptą i pięknym barokowym wystrojem. To moment, w którym czujemy piękną wędrówkę w stopach.

Słońce powoli zachodzi. Ale nie za horyzont a za strome góry. Na wybrzeżu Amalfi może to mieć miejsc nawet godzinę szybciej. Robi się chłodniej. Teoretycznie, gdybyśmy mieli 2 godziny dnia więcej, co zapewne możliwe jest latem, poszlibyśmy jeszcze dalej, mijając punkt widokowy Sentiere Limone, do Maiori. Ale ostatni prom do Salerno odchodził z Minori o 19:20.  Kosztuje 7 euro.
Pierwszy plan przewidywał powrót autobusem do Amalfi, by stamtąd wrócić drogą wodną. Ale woleliśmy usiąść i polenić się przy Aperolu w barze Susy Beach. Słońce zaczęło zachodzić po bożemu za horyzont. Oglądaliśmy to z pokładu pędzącego wzdłuż wybrzeża wodolotu, zahaczając po drodze jeszcze o dwa porty.

I to był ostatni element programu dnia. Dnia, który włożyliśmy do szuflady z napisem „najpiękniejsze dni naszego życia”. Długo tam pozostanie. Bardzo chcielibyśmy go kiedyś powtórzyć.

Mapa proponowanej trasy (oczywiście pokazuje liczbę km, bez zwiedzania i odchodzenia od szlaku. Nam aplikacja kroków pokazała 20 km w tym dniu.

Kto tu dotarł to jeszcze kilka zdjęć więcej. Bez dopasowania 🙂

Ilość komentarzy: 5 - dołącz do dyskusji!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *