Blog Akwitania: Dolina Dordogne zamków pełna, czyli nasze największe odkrycie tego roku

Akwitania: Dolina Dordogne zamków pełna, czyli nasze największe odkrycie tego roku

Padał deszcz. U nas to rzadkość w podróży a dzień wcześniej były tu ogromne upały, więc zaciekawieni sytuacją przechadzaliśmy się dalej, wąchając parujące miasteczko. Uderzał o kamienne, bardzo strome chodniki, schody, rozwinięte maksymalnie liście winobluszczu, kilka skromnych parasoli nad ogródkami po czym znikał gdzieś pomiędzy jasnobeżowymi elewacjami średniowiecznych kamieniczek St. Emilion. Jednego z najstarszych i najciekawszych miast Akwitanii, otoczonego nieprzebranym morzem pól z winoroślami, winnic, urozmaiconych czasami wieżami romańskich kościółków. I zamków.
Zamków, które będą jednym z głównych motywów naszej podróży wgłąb tego intrygującego regionu Francji, od lat schowanego w cieniu Prowansji. Skupimy się na podobno najpiękniejszej dolinie Francji – Valle de la Dordogne i bajkowych zamczyskach tamże.

Akwitania. Historia i specyfika

Przylecieliśmy do Bordeaux z Krakowa i tam też mieliśmy wrócić po 10 dniach. Loty do Bordeaux via Ryanair to nowość, ale mało kto kojarzy, że to doskonały powód by niekoniecznie zwiedzać chwilową stolicę Francji i stolicę wina, ale też Kraj Basków, Pireneje czy własnie Akwitanię. Region zajmuje pokaźną część południowo-zachodniej Francji. Opiera się o długie wybrzeże Atlantyku oraz pasmo Pirenejów, a od wschodu graniczy z wulkanami Owernii czy tajemniczymi Oksytanią i Langwedocją. Teoretycznie powinno być tu ciepło, i często jest, wręcz upalnie, ale z uwagi na bliskość oceanu pogoda lubi płatać figle i wilgotne masy często przynoszą deszcz i 20 stopni, zamiast oczekiwanych 30 w lecie. W przeddzień naszego przylotu w Bordeaux było 43, więc istna karuzela. Niewątpliwie jednak region ten można uznać za tzw. „południowy”. Czyli do spędzania wakacji od wiosny do jesieni. Pachnie ziołami, rosną cyprysy i figi, jest mnóstwo winnic i wina, grają cykady. Bardzo lubią tutaj wypoczywać Holendrzy, Belgowie i sami Francuzi. Oraz Anglicy, sporo Anglików. Ale to ma związek z historią.

Przez kilka wieków (!!!) terenem tym władali Anglicy, za sprawą posagu, który wniosła do korony angielskiej Eleonora Akwitańska, co było powodem wielu konfliktów angielsko-francuskich ale też popularności i kariery wina bordeaux, które promowali Anglicy. Sentyment do tych czasów chyba powoduje, że okolicach Bergerac i regionu Perigord mieszka najwięcej Anglików we Francji. Ale także charakterystyczny sielankowy krajobraz lekkich wzgórz, dolin rzecznych, schludnych kamiennych miasteczek i wiosek. Byliśmy na świeżo po podróży po Południowej Anglii, więc nam to pasowało. Nie sposób zwiedzić całej Akwitanii w tydzień, więc obraliśmy bazę w sercu regionu Perigord. To jest niezwykle lubiany, rolniczo-leśny skrawek Akwitanii, znany z pałaców, zamków, średniowiecznych opactw oraz skarbów archeologicznych, sięgających czasów neolitu czy kultury magdaleńskiej – w tym słynne jaskinie Lascaux. Region dzieli się na część czarną, białą i zieloną a dawniej słynął z wyrobów z gęsiego mięsa, np. pasztetów foie gras, trufli oraz orzechów. To taka Francja prowincjonalna, ale przyjemna bardzo w odbiorze. Spokojna, bezpieczna, cicha, żyjąca powoli i po swojemu. Podobnie jak Prowansja, ale bez turystów. Naprawdę.

Nasz dom

Jako bazę wybraliśmy z zasobów Novasol domek w miniaturowym miasteczku La Douze pomiędzy Doliną Dordogne a Wezerą i miastem Perigueux. Długo szukaliśmy domku z basenem oraz zbudowanym w charakterystycznym stylu regionu Perigord, czyli czterospadowym dachem, niczym w polskich dworkach z białymi okiennicami i na uboczu. Udało się właśnie tutaj. Gdzie można było oglądać gwiazdy jak w planetarium, nie szczekały psy, wino lało się strumieniami na tarasie a sąsiedzi skłonni byli pożyczyć trochę oliwy do kolacji. (Zobacz obiekt)

Samochód wypożyczony (2 raz w życiu) na lotnisku, w Europcar, znów okazał się citroenem C3 (jak w Apulii), od razu kierujemy się do St. Emilion, który dla nas będzie bramą do ultraciekawej doliny Dordogne, gdzie osiądziemy na tydzień przed powrotem na kilka dni wypoczynku nad Atlantykiem.

Akwitania – co warto zobaczyć, odkryć i spróbować?

St. Emilion i region winiarski

Brązowe tablice przy autostradach i ekspresówkach intensywnie będą Was kierować do tego niepozornego, ale pięknego miasteczka, którego historia sięga bardzo głębokiego średniowiecza. Co widać od razu, dzięki murom, wieżom i warownemu położeniu. Miejscowość rozwinęła się wokół groty św. Emiliona (dziś podziemny kościół, jak w Materze) a następnie klasztorowi. Jak wiele podobnych na południu Francji. Koniecznie wstąpić należy do kościoła i opactwa kolegiackiego (piękny styl romański) i poszwędać się uliczkami w poszukiwaniu punktów widokowych. Najlepszy to chyba jednak ten z tarasu place des Crenaux. Gdyby jednak nie substancja architektoniczna, do miasteczka zapewne przybywaliby fanatycy wina, gdyż St. Emilion jest nieformalną stolicą tego regionu winiarskiego. Pełnego tras rowerowych, spacerowych, samochodowych, winiarni, oferujących degustacje.

Pagórki ciągną się aż bezpośrednio po skłon doliny nad rzeką Dordogne. Po drodze zatrzymujemy się na chwilę w miejscowościach o miniaturowym wręcz charakterze: St. Hippolite, St. Etienne. Nazwy mogą mylić, bo sacrum w tych okolicach mało, raczej profanum w postaci kilkudziesięciu „chateau”, z których tylko kilka jest prawdziwymi zamkami, reszta po prostu przyjęła taką nazwę, a to tylko winnice. Jeden z zamków jest za to doskonałym puntem widokowym na okolicę. To Preussac. Sympatycznie wyglądający, dostępny dla każdego a na dodatek posiadający duży taras widokowy z panoramą morza winnic.

30-letni blondyn opowiada czwórce turystów o tutejszym winie, co chwilę szurają mocno po żwirku wysypanym w ogrodach. Pod nami miasteczko o wyjątkowo trudnej do zapamiętania nazwie Saint-Etienne-de-Lisse, w którym, gdy je mijaliśmy nie było praktycznie żywej duszy a właściciel winnicy z degustacją musiał pilnie jechać po teściową. Jesteśmy na mało wyraźnym wapiennym płaskowyżu. Który pewnie wraz z Elonorą Akwitańską odpowiada za sławę czerwonego wina z tego regionu. Wszystko to połacie winnic z północną apelacją Bordeaux. Wino chyba najsłynniejsze na świecie, jest symbolem Akwitanii. Tylko czemu tak pochmurno?

Do St. Emilion można dojechać autobusem lub nawet pociągiem z Bordeaux, ale trzeba wiedzieć, że stacja kolejowa znajduje się kilkanaście km na południe od centrum. W samym miasteczku obowiązują opłaty za parkowanie. 2-3 eur za godzinę. Co okaże się istotnym wydatkiem podczas całego pobytu w Akwitanii.

Cablanc

Przesuwamy się na drugą stronę rzeki, by dotrzeć na nocleg pośredni. Czyli taki, który jest pośrodku naszej drogi z Bordeaux do bazy w Perigord. Zupełnie przez przypadek trafiamy na niesamowite miejsce, 300-letni dworek z 400-letnim gołębnikiem pośrodku parku i kasztanowców. Każdy pokój urządzony jest ze smakiem, stare kapelusze, walizki, nawet Vogue z lat 50-tych, salon z kominkiem bije wszelkie rekordy klasy i stylu, jakie widzieliśmy. Właściciel obiektu, Patrick zakupił wraz z mężem posiadłość od jednego Anglika. – Bardzo okazyjnie – zapewnia, puszczając oczko. Tamten bał się co będzie po Brexicie na linii Wielka Brytania -Francja – dopowiada.
Anglików w regionie rzeczywiście sporo, dlaczego… napisaliśmy wyżej. Ale ulotna, krótka atmosfera w tym rajskim miejscu na długo pozostanie w naszej pamięci. Wszystkiego dopełniło wyjątkowo obfite jak na Francję śniadanie, serwowane na… porcelanie z Bolesławca.

Chateau de Bridoire

Wykreśliliśmy z planu dość sporych rozmiarów Bergerac. Konsekwentnie również sięgające rzymskich czasów Perigeux. Po prostu dla nas te miasta były za duże wobec pomysłu na podróż. Kolejny dzień zaciągał się, zaciągał i finalnie nam nieco zachmurzył perspektywę. Tym lepiej, że na trasie planowanej przez nas spontanicznie dość, znalazło się zamczysko, surowe, średniowieczne, z kilkoma ciekawymi komnatami w tym starą kuchnią, pełną cynowych i miedzianych naczyń. Z zamkami w Akwitanii jest tak, że jest ich więcej niż chabrów w zbożu. Więc wystarczy wpisać w google maps „castle” i pokaże kilkanaście wokół. Pod żadnym pozorem nie wpisujemy „chateau”. Wtedy pokaże nam głównie winnice i ich domostwa. A tego będzie tyle ile… wspomnianego zboża.
Na południe od Bergerac znajdują się więc właśnie dwa zamki godne odwiedzenia. Ale dwa zupełnie od siebie różne. Bilet kosztuje 9,50 euro. Na stronie obiektu można sprawdzić godziny otwarcia.

Monbazillac

W momencie, w którym go odwiedziliśmy łapał konkretne krople deszczu a akurat w tym czasie trwało tutaj wesele. Tak, zaskakująco, było to wesele Anglików. Monbazillac słynie z fantazyjnych, charakterystycznych form, bliżej mu zapewne do zamków z Doliny Loary niż średniowiecznych zamczysk, ale wszystko wokół niego – winnice, kryjące biały moscatel i właśnie słynny biały szczep Monbazillac przyciągają dziesiątki fanów wina. Skusiliśmy się i my i po krótkim rekonesansie okolicy i przerwą na pierwszy, mocno akwitański obiad (nie, bez gęsich wątróbek) zakupiliśmy sześć win. Ceny win francuskich we Francji są znośne. Stąd ta odwaga naszych portfeli. I jeszcze ciekawostka. O ile 90% zamków w Dordogne uratowano dzięki prywatnym inwestorom, ten w 2013 z ruin podniosła komuna. Tzn społeczność mieszkańców i winiarzy, zarządzająca do dziś obiektem i winnicą.

Klify Tremolat

Choć słowo „klif” bardziej pasuje do lazurowych Calanques czy bretońskich skał, to w miejscu gdy Dordogne dość agresywnie wbija się w wapienny płaskowyż, który dał tyle dobrego akwitańskim winiarzom, ta sama rzeka lubi przerzucać swój nurt raz na lewo raz to na prawo, podcinając meandrami skały. W wielu miejscach daje to szansę na spektakularne punkty widokowe. A najsłynniejszy znajduje się nad wioską Tremolat. To był już dzień kolejny, dużo cieplejszy i słoneczny. Zupełnie inaczej odbiera się takie miejsca, gdy w tle brzęczą cykady a dołem suną wycieczkowe statki. Trzeba jeszcze nadmienić, że dominują tu drzewa dębowe, jest sporo eukaliptusów. Specyficzny ekosystem. To doskonały pomysł na piknik. Zrealizujcie go za nas, bo nie mieliśmy wtedy wina.

Belves

Gdyby próbować szukać jakiegoś wspólnego mianownika pomiędzy regionami marzeń, regionami ucieczki od codzienności, miejsc, w których wszystkim wydaje się, że znikną troski dnia codziennego, życie nie boli a wszystko jest jasne i klarowne, to jednym z kandydatów na niego mogą być średniowieczne miasteczka położone na szczytach wzgórz. Nie mają one wspólnej, jednej nazwy, ale zachwycają, niezależnie od położenia. W Andaluzji, Toskanii, Prowansji, na Istrii czy w końcu tutaj. Belves, kojarzone niektórym ze stanowisk człowieka neolitycznego lub jako arena wielu wojen religijnych, wpisane jest na listę „Plus beaux village de France”. Słusznie, bo best przepięknie położone i przepiękne w środku. Zwłaszcza, gdy poznajemy je od wielobocznego Place d’Armes, gdzie po raz pierwszy spotykamy się z tradycją średniowiecznych zadaszonych targowisk na środku głównego placu. Do Belves wpadliśmy na niedzielną mszę, po raz kolejny udowadniając sobie, że francuski katolicyzm, choć obecnie w mniejszości, jest piękny, szczery i w odróżnieniu od Polski niesamowicie radosny. Oczywiście nie generalizując. Zejdźcie od kościoła uliczką Rue de la Peyriere a otworzy się przed Wami piękna panorama miasteczka.

Opactwo Cadouin

Gdzieś schowana pomiędzy zalesionymi wzgórzami wioska. Dosłownie trzy wjazdy, szereg średniowiecznych kamiennych domów, łuki, bramy. Wszystko wykształciło się wokół romańsko-gotyckiego klasztoru cystersów. Jak wiele założeń we Francji.
Cadouin stało się miejscem pielgrzymek z powodu kawałka tkaniny, uznawanego za fragment całunu Chrystusa. Obecnie wiadomo, że całun pochodzi ze średniowiecza. Atmosfera jak z powieści Romana Sardou, gdyby nie fakt, że poczuć może to samo chciało kilkadziesiąt osób i jeszcze obóz młodzieżowy na miejscu. Warto jednak odwiedzić opactwo dla klasztoru i krużganków, które należą do najpiękniejszych gotyckich we Francji. Zwłaszcza z uwagi na detale i motywy rzeźbiarskie. Wpisany na listę UNESCO aczkolwiek jako część Szlaku Św. Jakuba. Miejsce na kręcenie remake’u „Imienia Róży”? Jak najbardziej. Cena za bilet – 7,10 eur. Łączona z zamkiem Biron – 12,2 eur

Le Bugue i dolina Wezery

Przeglądamy darmową mapę, która leżała u Patricka na komodzie i zastanawiam się co powinno być w tym momencie tego wpisu. Może wyjaśnienie? Nasza historia wiąże się z rzeką Dordogne, ale wpływa do niej równie piękna i ważna Vezere. Płynie między innymi przez miasteczko Le Bugue, w którym robiliśmy większość zakupów, wyglądające jakby ożywało tylko 2 razy w tygodniu na dni targowe. Bardzo polecamy tutejszą naleśnikarnię (creperie).
Wzdłuż doliny tej rzeki można otworzyć zupełnie nowy rozdział zupełnie nowej historii i gdyby ta podróż trwała 2 tygodnie a nie tydzień, to skorzystalibyśmy z niej. Chodzi o groty skalne, kościoły wczesnochrześcijańskie, krasowe jaskinie (Grotte du Grand Roc) i generalnie całe nagromadzenie atrakcji związanych z podziemnymi światami. Z kulminacją w górnym biegu rzeki w postaci systemu jaskiń Lascaux. Chyba najsłynniejszych na świecie z uwagi na malowidła jaskiniowe obrazujące zwierzęta (udostępniona jest rekonstrukcja) i osady z ery magdaleńskiej, która zamieszkiwana była nieprzerwanie od 17 tys lat do nowożytności. Zamki i pałace? Owszem całe mnóstwo. Z których warto wyróżnić Château de Losse oraz położone na przeciwległym brzegu, blisko drogi na Sarlat i fajnie położonego campingu – Château de Campagne. Kurczę, teraz myślimy, że wszystko, co położone pomiędzy nimi nadaje się na osobną wycieczkę. Przynajmniej tygodniową.

Zamek Milandes

Kolejny na naszej zagwiazdkowanej zamkami mapie google okazał się zamek Milandes, zwany też potocznie zamkiem Josephine Baker. Czarnoskóra ekscentryczna tancerka diva, pochodzenia amerykańskiego, która wsławiła się też walką we francuskim ruchu oporu i pracą na rzecz francuskiego wywiadu. Zamek ociera się o historyzm, niestety jego wnętrza okazały się niezrozumiałym miksem wielu stylów i okresów historycznych. Taki akwitański Gatsby ale w średniowiecznych murach. Na dodatek nie wolno tego kuriozum fotografować. Może dlatego?
Dużo ciekawsze są ogrody wokół, z elementami (sic!) plenerowego wystroju art noveau oraz możliwość obejrzenia o kilku porach w ciągu dnia niezwykle interesującego pokazu i pogadanki o ptakach drapieżnych. Sokołów i sów. Należy jednak pamiętać, że edukacyjne ośrodki sokolnicze a zwykłe ośrodki tresury ptaków łatwo pomylić. Według wieloletnich sokolników, ptaki pochodzą z hodowli wolierowych a na zachodzie Europy (Anglia, Francja) temat mocno monitoruje RSPB. Bilet dla osoby dorosłej kosztuje aż 12 euro. Godziny otwarcia i więcej informacji znaleźć można na stronie zamku.

Zamek Beynac

Miał być hitem naszej podróży. Czy był? Zamek Beynac jest, bez dwóch zdań, spektakularnie położony. „Wisi” na skale 150 metrów nad wodami rzeki Dordogne, co udowodni Wam widok z samej góry. Przez długi czas rywalizował on z przeciwległym i należącym do Anglików Zamkiem Castelnaud. Beynac był bowiem ważną siedzibą francuskich baronów, pełniąc znaczącą funkcję obronną w zespole zamków Perigord. Na najwyższych kondygnacjach do której można się dostać jako finał ponad godzinnego zwiedzania, znajduje się klasyczna sala balowa/tronowa (salle des Etats du Perigord), kaplica i komnata, należąca do Ryszarda Lwie Serce. Namęczył się słynny król i krzyżowiec.

Przechodząc przez malutką, kamienną wioskę, w okolice cmentarza, naszym oczom ukazuje się warownia w całej krasie. To tutaj znajduje się punkt widokowy, do którego polecamy się udać. Natomiast zejście rekomendujemy poprzez spektakularnie położone podgrodzie. Tzn wioskę o tej samej nazwie, ale położoną właściwie na kilkunastu poziomach.

Wchodząc do zamku, tuż przy kasach w oczy rzucają się plakaty z francuskich filmów „Goście, goście”, czy „Joanna D’arc”. Już lubimy go bardziej. Mury warowni stały się tłem do niektórych scen wspomnianych produkcji kinowych. Szczególnie polecamy ten pierwszy. Mimo tego, że ma już trochę lat, jest naprawdę świetną komedią.

Bilet dla osoby dorosłej kosztuje 8 euro. Wszelkie informacje znajdują się na stronie zamku.

Zamek Castelnaud

Z murów tego potężnego, warownego zamku rozciąga się znakomity widok na rzekę Dordogne i jej dolinę, a także na wcześniej opisany Chateau Beynac. Zamek przez wiele lat znajdował się w rękach Anglików, którzy zarządzali Akwitanią – jak już wiecie. Zdobyty i długo władany też przez katarów (heretycką sektę), co jeszcze bardziej działa na wyobraźnię. Choć w historii tej sekty mało tajemniczości a sporo tragedii.
W wieku XIII i XIV niemal ciągle trwały wojny – w tym słynna wojna stuletnia między Francją i Anglią o ten rejon właśnie. Być może dlatego w Castelnaud zorganizowano Muzeum Wojny Średniowiecznej gromadzące między innymi uzbrojenie, machiny oblężnicze, zbroje, a także ciekawe makiety. Podobnie jak Beynac jest pięknie położony nad doliną rzeki, po której w tym miejscu organizowane są spływy kajakowe a wiele okien i tarasów pozwala na chwilę poczuć się jak księżniczka. Na chwilę, bo tłum turystów napiera. Wokół zamku, podobnie jak u jego francuskiego rywala znajduje się mnóstwo zabudowań służebnych, kaskadowo ulokowanych na wysokości 100-150 metrów.

Kupując bilet do zamku warto zastanowić się nad biletem łączonym do warowni oraz Ogrodów Marqueyssac (bilet do zamku w okresie letnim kosztuje 10,90 euro, natomiast łączony to 19 euro). Nie tyle ze względu na korzyść finansową, co po to, by uniknąć kolejki w kasie tych drugich (w sezonie są dość oblegane). Podobnie zresztą jak sama warownia. Niestety. Informacje o godzinach zwiedzania znaleźć można na stronie obiektu. Aby dostać się do warowni, trzeba przejść przez rozłożoną u jego stóp urokliwą wioskę, kiedyś podegrodzie, dziś wyciskacz pieniędzy od turystów (pamiątki, strawa). Dość strome podejście rekompensuje ciekawa architektura, ukwiecone okna i piękne krajobrazy z dachami w kadrze.

Ogrody Marqueyssac

Ogrody te są chyba jedną z najbardziej znanych atrakcji eksplorowanej części Francji. Jeśli weźmiemy od uwagę ich „fotogeniczność” My udaliśmy się tam w drugiej połowie dnia, kiedy upał nieco zelżał, a światło stawało się coraz bardziej miękkie. Kompleks pałacowo-ogrodowy jest ogromny (ponad 20 ha), więc tak na dobrą sprawę, to trzeba by tu była spędzić cały dzień. Nie mieliśmy tyle czasu ale i tak zdążyliśmy się nim zachwycić. Zarówno labiryntem z fantazyjnie powycinanego bukszpanowego  żywopłotu, tunelami roślinnym, przechadzającymi się pawiami i i „tajemnymi przejściami” z roślin, ale też widokami. Ogród rozciąga się na szczycie wapiennej skały i skarpie ponad doliną rzeki Dordogne. widać z niego jeden i drugi opisany zamek. Cena biletu to 9,9 euro.

Wielką atrakcją jest wieczorne zwiedzanie ogrodu, przy setkach zapalonych światełek. Bilet wówczas jest dużo droższy. Na stronie internetowej Jardins de Marqueyssac można znaleźć informacje na temat terminów wieczornego zwiedzania ogrodu (to konkretne, wyznaczone dni). Nie ma gwarancji, że uda nam się skorzystać z tej atrakcji, ponieważ ze względu na warunki atmosferyczne, zwiedzanie może być odwołane. Co by nie mówić – obiekt, który dla nas był znów czymś „nowym”, czymś czego nie wiedzieliśmy – bardzo może się spodobać.

Miasteczko Roque

Zupełnie przypadkiem dowiedzieliśmy się, że Roque, schowane za skałami przy jednym z zakoli rzeki, ma specyficzny mikroklimat, dający mu dwa stopnie więcej średniej temperatury, stąd bogactwo kwiecia i roślin, zgoła tropikalnych. Miasteczko robi niesamowite wrażenie. Jest tak piękne jak z bajki i mimo tego, że widzieliśmy już sporo tego typu miasteczek i domostw wykutych w skale, to Roque okazało się zupełnie inne. O wiele bardziej kolorowe – to za sprawą kwiatów na balkonach i w ogródkach, a przede wszystkim położone w sąsiedztwie rzeki. Kajaki i stateczki wycieczkowe co chwilę mijały kamienne domy oddzielone od brzegu ruchliwą ulicą. Wtem po tafli sunie okręt stylizowany na wikiński. Choć to może przesada, należy pamiętać, że Wikingowie lubowali się w łupieniu dolin francuskich rzek, jak Sekwana, Loara czy Garonna i Dordogne.
Ze względu na panujący upał, zwiedzanie było nieco utrudnione. Można było jednak odetchnąć w znajdującym się tuż przy wejściu do miasteczka, lesie… bambusowym! Choć uczciwiej napisać zagajniku, bo bambus to przecież trawa.

Domme

Tego dnia było upalnie. Nie mogliśmy jednak odmówić sobie przyjemności odwiedzenie kolejnego malowniczo położonego – na skarpie nad doliną rzeki  Dordogne, miasteczka. Rozciąga się stąd doskonały widok. Jednego z obronnych miasteczek, które zwane są tutaj bastides. Zakładane one były w południowo-zachodniej, mało wówczas zaludnionej Francji w średniowieczu na wzór rzymskich miast – kwadratowe z centralny forum, z murami i basztami. To taki ukłon Francuzów wobec Rzymian. W Domme, założonym w XIII wieku przez króla Filipa Śmiałego ujrzeć można właśnie taki układ architektoniczny, w tym częściowo zachowane mury obronne i bramy miejskie. Mimo żaru lejącego się z nieba, przemierzamy miasteczko, jego wąskimi, kamiennymi uliczkami, by przez główny plac dojść właśnie do nieosłoniętej murami obronnymi części, z której roztacza się panorama na Dordogne. Choć nie udało nam się tam wejść, to pod Domme, ciągną się wykuta w skale korytarze oraz groty, które służyły mieszkańcom jako kryjówki podczas wojen. Część z nich została udostępniona zwiedzającym.

Sarlat la Caneda

Największe z odwiedzonych przez nas miast. Choć wciąż kilkudziesięciotysięczne. Skusiło nas określenie „największe żywe muzeum architektury” w południowo-zachodniej Francji. Co? Jedziemy tam! Najstarsza, średniowieczna część miasteczka jest przepiękna, choć zdominowana przez licznych, a nawet bardzo licznych turystów. Ze względu na odbywający się akurat targ lokalnych przysmaków (między innymi trufle, foie gras i sery) odwiedzających było chyba jeszcze więcej niż zwykle. Wędrując wąskimi uliczkami, wzdłuż kamiennej zabudowy czujemy się jak w jakimś historycznym filmie, albo tak jakbyśmy przenieśli się w czasie. Szkoda tylko, że tak tłoczno i gwarno. W takie miejsca o wiele lepiej przyjeżdżać wcześnie rano, no ale nie zawsze jest to możliwe. Plusem jest fakt, że w dni targowe w Akwitanii całkowicie lub częściowo zredukowane są opłaty za parkingi.

Miasto, które powstało w VIII wieku (!) przez długi czas zdominowane było przez zakon Benedyktynów. Obok przepięknej Katedry, pałacu biskupiego i tzw. latarni umarłych (na cmentarzu za kościołem), największymi skarbami Sarlat są renesansowe, bogato zdobione kamienne rezydencje, zwane często, co może nieco zbić z tropu – Hotelami. Czyli w rzeczywistości dawnymi rezydencjami, ewentualnie karczmami z możliwością odpoczynku i wymiany koni.

Les Cabanes du Breuil

Bez problemu miejsce mogłoby zmylić niejednego globtrotera. Wygląda jakby wprost wyciągnięte z Apulii. Charakterystyczne kamienne domki, niczym trulli koło Alberobello to tutaj kamienne domy, stawiane również z wapiennych płytek w XVIII i XIX wieku w biednych wioskach, trudniących się hodowlą gęsi. Domki „gęsiarzy” dziś to mały skansen z zachowanymi kilkoma oryginalnymi domostwami, małą wystawą historyczną i chyba największą atrakcją – stadem gęsi, które wygląda jakby dzieliło i rządziło posiadłością. Ukryta w lasach atrakcja nadaje się idealnie na piknik „po drodze” z Sarlat, podczas której można też zawitać do kolejnego z zamków, mianowicie château de Puymartin. Oczywiście jeśli Wam się już zamki nie znudziły.

Muzeum Napoleona

Smaczek. W miejscowości La Douze, którą zamieszkiwaliśmy podczas naszej akwitańskiej przygody, jak pisaliśmy nie było nic, co zasługuje na miano atrakcji turystycznej, ale dzięki metodzie „pokaż ciekawe miejsca niedaleko”, udaliśmy się do sąsiedniego muzeum, poświęconego Napoleonowi Bonaparte oraz jego następcom. Hmm. Muzeum Napoleona w rejonie, który nic nie ma z nim wspólnego?
Jeśli mamy być szczerzy, to polecamy je tylko miłośnikom rodziny Bonaparte, najlepiej takim, którzy potrafią język francuski (z naszej czwórki, tylko siostra Monika mogła w pełni skorzystać z opowieści przewodnika). W muzeum zorganizowanym w przepięknej wiejskiej posiadłości (chociażby dla niej można się tu wybrać) z cudownym, ukwieconym ogrodem, zgromadzono wiele pamiątek po Napoleonie. Szczególnie interesujące są te, które towarzyszyły mu na Wyspie św. Heleny. Wewnątrz nie można robić zdjęć.  Dom należy obecnie do czwartego już pokolenia rodziny Bonaparte. Obecny przedstawiciel rodu bardzo chętnie wita się z gośćmi i opowiada różne historie. Nam, między innymi o Pani Walewskiej. I rzeczywiście fakt, że ma się okazję spotkać z prawowitym spadkobiercą rodu jednego z najsłynniejszych postaci historycznych, może robić na niektórych wrażenie.

Ważne informacje praktyczne: Francja jest widocznie droższa od Włoch czy Hiszpanii. Głównie w przypadku wstępów i jedzenia w knajpach. To raczej okolice 12-14 euro w górę niż 8-10 euro w górę. Ceny w marketach (Carrefour, Intermarche) podobne jak w Polsce. Ale to już norma w Europie. I trochę dziwne.
Musicie też zarezerwować drobne na parkingi, wszędzie wydacie od 1-2 do nawet 5-7 euro na dzień. Samochód, który wypożyczyliśmy to Cintroen C3, do którego mamy słabość po Apulii. W Europcar na lotnisku kosztował nas 1600 zł na 10 dni i 4 osoby a z ubezpieczeniem „supercover” i drugim kierowcą około 2500 zł. Kultura jazdy jest o poziom wyższa niż we Włoszech. Nawet w tych małych wąskich miasteczkach.

Wpis powstał w wyniku współpracy z marką Novasol jako siódmy odcinek cyklu „Motyle w Europę” o najbardziej romantycznych regionach Europy, idealnych na podróż we dwoje lub z przyjaciółmi i rodziną. Mamy przyjemność ogłosić, że Wędrowne Motyle zostali blogowymi ambasadorami Novasol w roku 2019. Następna podróż: Sycylia.

Zobacz więcej domów na wynajem w Akwitania oraz Dolina Dordogne +mapa | Zobacz link z naszym domem na wynajem  

Konkurs! Oczywiście w tym roku znów ktoś z Was będzie mógł wygrać wakacje w jednym z domów, należących do Novasol. Warunek prosty – musicie śledzić nasze relacje. Również na Insta Stories. To ułatwi Wam potem odpowiedz na pytanie konkursowe. Czekajcie na odcinek 8 🙂 Kierunek: Sycylia.

Jeden komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *