Blog Nasze relacje i zdjęcia Nasz pomysł na skuteczne zwiedzanie Hawany. Czyli na dwa razy

Nasz pomysł na skuteczne zwiedzanie Hawany. Czyli na dwa razy

Zwykle tak bywa. Człowiek się naogląda, naczyta i nasłucha. Zniszczone, biedne, brudne. A może unikatowe, zachwycające, kolorowe? No to jakie w końcu jest to miasto? Mieliśmy przekonać się o tym dosłownie za chwilę (właściwie za kilka chwil). Samolot lądował w momencie, gdy ostatnie promienie słoneczne oświetlały mało zachęcający budynek lotniska i trochę dziwny pas startowy (porośnięty trawą, czy nam się tylko wydaje?). Trzeba przy tej okazji dodać, że na Kubie robi się ciemno dość wcześnie, bo zachód słońca jest już ok 18:00. Przed nami więc wyzwanie, zwiedzanie Hawany krótkie, acz treściwe.

Ale wróćmy do starego, jakby to Marcin określił „trącącego nieco myszką” portu lotniczego. „No chyba jednak te pierwsze opinie były prawdziwe. Nie jest dobrze” – myślimy. No ale przecież to tylko lotnisko, poza tym jesteśmy zmęczeni, trochę nieprzytomni, i jak zwykle podczas pierwszego kontaktu z nowym miejscem, trochę oszołomieni (nie mylić z odurzeniem, bo w samolocie wypiliśmy tylko jedno małe wino).

Przecież czytaliśmy, oglądaliśmy, słuchaliśmy. Czytaliśmy też, że mogą być problemy podczas kontroli urzędników lotniskowych, a tymczasem wszystko poszło bardzo sprawnie, szybko i bez zbędnych pytań czy wyjaśnień. Pan kontroler okazał się poliglotą, otworzył bramkę i powiedział łamanym Polskim, „do widzenia”. To chyba był pierwszy znak tego, że w tym roku Kuba rzeczywiście była bardzo chętnie odwiedzana przez Polaków. Jednak jest dobrze, nawet bardzo dobrze. Okazuje się że w kantorze znajdującym się na piętrze budynku lotniskowego też nie ma znów tak ogromnej kolejki, a pani w okienku świetnie mówi po angielsku. Ponieważ nie chcieliśmy już przedłużać naszej bytności na lotnisku i stać w kolejnym sznureczku, by kupić Internet (ponoć można było kupić kartę ETESCA przed budynkiem w kiosku, nie wiemy do końca czy to prawda, bo nie sprawdziliśmy).

Jak się pewnie domyślacie ze znalezieniem taksówki też nie było większego problemu, tak naprawdę, co też nie jest szokujące, ona znalazła nas. No i tu następuje ważny moment, nasz pierwszy kontakt ze starym, dziurawym, właściwie nie posiadającym podłogi samochodem. Jakaś łada albo inny moskwicz. Na autach się jakoś specjalnie nie znamy, a mimo tego rozmowa z kierowcą krąży wokół tego właśnie tematu. To zasługa naszych maluchów, zwanych na Kubie „Polaquito”. Oni uwielbiają auta, są też podobno najlepszymi mechanikami na świecie. Więc może raczej uwielbiają grzebać w autach. Widząc te relikty historii poruszające się całkiem sprawnie, po mniej sprawnych drogach, rzeczywiście uznajemy że tytuł ten w pełni im się należy. „Przepraszamy, że jest tak chłodno dzisiaj, zimno, co? Ale witamy na Kubie” – mówi do nas młody kierowca. Czujemy, że jest przynajmniej 24-25 stopni. Patrzymy się porozumiewawczo na siebie.

Lotnisko w Havanie im. Jose Marti – jednego z największych bohaterów narodowych Kubańczyków, leży spory kawałek od centrum miasta. Cena taksówki do centrum jest właściwie  ustalona na 20 CUC. Choć oczywiście kierowcy próbują śpiewać 25 CUC. To sporo, ale droga też nie należy do najkrótszych. Dobrze jest mieć, na wszelki wypadek, wczytaną mapę google offline (albo też dokładny adres) – kierowca niekoniecznie będzie znał adres, jeśli podamy mu tylko nazwę casy.

Docieramy do naszej casy. Chudziutki jak patyczek, mocno leciwy Pan Manuel (często będziemy pisać w liczbie mnogiej – „nasi gospodarze”, ponieważ Pan Manuel posiada chyba trochę młodszego i nieco grubszego brata) widząc, że wychodzimy z taksówki, woła ze swojego balkonu – „Ana, Martin!” „Tak, to my senor”.  Okazuje się, że do dyspozycji mamy właściwie całe mieszkanko z balkonem wychodzącym na wąską, acz ruchliwą i hałaśliwą uliczkę Aguacate. Starszy Pan nie jest właścicielem casy, tylko jej dogląda. „Prawdziwy” gospodarz jest aktualnie na wyjeździe i kontaktuje się z nami telefonicznie (dzwoni na swój domowy telefon stacjonarny). Choć jesteśmy już zmęczeni,  nie idziemy spać. Idziemy „w miasto”, a konkretnie na spotkanie z Kingą i Damianem z bloga Gadulec. Byli dla nas bardzo wyrozumiali, nie „ciągali” nazbyt daleko, bo chyba chyba było już widać zmęczenie na naszych twarzach. Wracamy bogatsi o kilka porad i sugestii nieoświetlonymi, wąskimi i wciąż jeszcze głośnymi uliczkami do naszej casy. Nasi kompani właściwie kończyli pobyt na Kubie, następny był ich ostatnim przez lotem do Meksyku.

Czas spać. Wszyscy lokatorzy kamienicy, przy otwartych drzwiach i zamkniętych kratach, rozpoczynają nocne rozmowy, słychać też głośną muzykę, ktoś chyba coś gotuje, a i jakiś pies stara się na siebie zwrócić uwagę szczekając wniebogłosy. Ulica żyje tak na oko i ucho do drugiej w nocy. Oj nie będzie łatwo zasnąć! Po kilku godzinach męczarni (pewnie wiecie jak to jest nie móc zasnąć mimo, że tak bardzo się tego chce) nagle nastaje cisza jak makiem zasiał i tak aż do pierwszego piania koguta. Czy my jesteśmy na wsi? No nie. Kury, małe kurczaki i koguty są jednak wszędzie. Nawet nasz Pan Manuel  na tarasie hoduje kurtkę. Ale tylko jedną.

Spaliśmy w casie znajdującej się w kamienicy przy ulicy Aguacate. Rezerwowaliśmy ją  wcześniej przez airbnb. Cena ciuteńkę wyższa, niż standardowa czyli 26-27 CUC. W związku z tym, iż nie było na miejscu „prawdziwego gospodarza”, nie było też możliwości zjedzenia śniadania na miejscu.
Powiedzmy, że wyspani, po dobrej, a nawet bardzo dobrej kawie na tarasie u gospodarzy i po prezentacji wyżej wspomnianej kurki,  udajemy się na zwiedzanie miasta. Miasta do którego mieliśmy jeszcze raz zawitać, na ostatnie trzy dni przed lotem powrotnym do Polski.

Dzielimy więc zwiedzanie Hawany na dwie części. Zarówno pod względem dat ale i tematów. Teraz skupiamy się głównie na jej najstarszym fragmencie. Ale zanim rzucimy się w wir eksploracji Habana Vieja , musimy kupić karty-zdrapki internetowe.

Po raz kolejny przekonujemy się, że dobrze jest wstawać wcześnie rano, bo choć siedziba firmy ETECSA (Telepunto – Centro Multiservicios de Telecomunicaciones) jest jeszcze zamknięta, to już ustawiają się przed nią kolejka. Stajemy więc w sznureczku, a gdy wrota się otworzą, Pan ochroniarz, wpuszcza do środka po cztery osoby, które grzecznie muszą czekać na czterech krzesełkach na swoją kolej. Nie można podejść do wybranego przez siebie sprzedawcy – o tym także decyduje Pan ochroniarz, który ma tu bardzo dużą władzę. Kupujemy cztery karty po 5 godzin (każda ma dwie zdrapki z numerami, które trzeba po prostu wpisać, po połączeniu się z wifi ETESCA, który można złapać w większości parków, placów, przy hotelach lub w ich lobby). Wystarczy nam potem na prawie cały wyjazd.

Zwiedzanie Hawany w 2-3 dni. Hawana po raz pierwszy

Vieja. Spacerkiem po najstarszej części Hawany

W końcu zaczynamy, już tak na dobre, zwiedzanie wpisanej na listę UNESCO starówki. Najbardziej interesujące okazują się być hawańskie place (Plaza de la Catedral, Plaza de Armas, Plaza de San Francisco de Asis, Plaza Vieja, Plaza Bolivar), a także nieco schowane dziedzińce i patio na przykład w dawnej Siedzibie Hiszpańskiego Gubernatora, czy Casa de Asia. Można było na chwilę przenieść się jakby do hiszpańskiej Kordoby czy Grenady.
Największą atrakcją według nas są jednak po prostu wąskie uliczki, które, choć czasem rzeczywiście z odrapanymi kamienicami, mają to coś w sobie. Nie jest prawdą, że cała Hawana jest brudna, my nie mamy takich odczuć, wręcz przeciwnie (uważamy tak może dlatego, że byliśmy na przykład w Indiach, Kambodży czy Indonezji). Elewacje owszem, są często odrapane, zniszczone, zapuszczone, jednak nawet one posiadają pełną infrastrukturę: kanalizację, prąd, wodę, w środku wyglądają całkiem schludnie. Ulicami nie płyną rynsztoki, nie walają się góry śmieci. Niektóre z budynków blisko Plaza Vieja i Plaza de Armas prezentują się wręcz bajkowo, widać, że w ostatnich latach sporo funduszy poszło na odnawianie elewacji i substancji. To nie jest ten rodzaj chaosu, który można opisać brzydkim słowem „syf”. To jest kontrolowane zapuszczenie, które jednak przesadnie nie przeszkadza, gdy ma się doświadczenia z krajów takich jak Indie, Kambodża czy miast jak Neapol 😉

Wchodząc do kościoła Św. Franciszka przy placu o tej samej nazwie. wchodzimy jednocześnie do muzeum, gdzie dawniej eksponowano dzieła… Leonardo da Vinci. Chwilowo jednak ich nie ma. „No i co nam Państwo zrobią?” Wstęp kosztuje 2 CUC i zawiera wejście na dach kościoła.

Katedra Hawańska i plac Katedralny 

Wchodzimy do Katedry, której wnętrze, choć barokowe, prezentuje się naprawdę ładnie, surowo, zwłaszcza ołtarz wykonany z marmuru, złota, srebra i onyksu. To taki kolonialny barok, podobny do tego z Old Goa czy Antigua. W środku widzimy także figurę św. Jana Pawła II, wielu Kubańczyków zna tą postać bardzo dobrze. 
ZNANI POLACY
Zwykle, po informacji, że jesteśmy z Polski pojawia się głośne Aaa!, Juan Pablo Secondo! Jeszcze częściej: Aaa! Polaquito (czyli maluszki) Ewentualnie Lewandowski a także Kuba. Chodzi o Kubę Błaszczykowskiego. Lecha Wałęsę kojarzą słabo. Przypadek?
Udajemy się też na dzwonnicę – wieżę widokową katedry, czynną jedynie chwilę od 12:00 do 14:00. To mało oczywista atrakcja miasta, a może się spodobać miłośnikom widoków „z góry” (koszt biletu to 1 CUC). Przy barokowym Placu Katedralnym znajduje się bardzo interesujące Muzeum Sztuki Kolonialnej, prezentujące między innymi wnętrza rezydencji bogatej rodziny jednego z większych baronów cukrowych. Wstęp kosztuje 3 CUC plus nieobowiązkowa opłata za przewodnika. Bardzo fajny widok na plac. Przy placu znajduje się też urokliwy „koci zakątek” pełen restauracyjek, zapełnionych w porze lunchu i kolacji, za którym znajduje się dostępna dla postronnych galeria artystów. Kilkunastu z nich dłubie tu, kreśli, maluje, lepi.

Śladem Ernesta Hemingway’a

Nie jest wielką tajemnicą, że postać amerykańskiego pisarza i dziennikarza (znany, uczniom głównie ze szkolnej lektury „Stary człowiek i morze”) Ernesta Hemingway’a związana jest z Kubą i Hawaną. Zwłaszcza kilka, kultowych już, miejsc z hotelem Ambos Mundos na czele. To tutaj właśnie powstała jedna z najbardziej znanych powieści „Komu bije dzwon” a pokój noblisty, można sobie zobaczyć za dodatkowe 2 CUC. Wycieczek w tym celu mieli się tu co nie miara. Jedna za drugą i jedna za drugą. Głównie Amerykanie, to już ich ostatnie rzuty, bo za kilka dni zastanie znów utrudnione podróżowanie dla nich po Kubie.
Idziemy więc do wspomnianego hotelu, w którym, przy okazji możemy skorzystać z internetu (najlepszy jest w głębi hallu, na kanapach niedaleko wewnętrznego basenu-fontanny). Trzeba zamówić coś do picia, żeby móc posiedzieć tutaj dłuższą chwilę (cola kosztuje tu 3 CUC). Czas umilają nam muzycy grający na pianinie, abo też na trąbce lub flecie. Wnętrza to skromne art deco.
Starą, zabytkową windą wjechać można też na dach-taras widokowy, gdzie znajduje się kolejny lokal gastronomiczny. Nie można wcisnąć szpiki, więc po kilku zdjęciach i zerknięciach na miasto z góry schodzimy schodami.
Docieramy też do baru El Floridita, w którym jest tak dużo ludzi, że z wielkim trudem udaje nam się wcisnąć do środka. Przy miejscu szczególnie ulubionym przez pisarza, gdzie wysiadywał najczęściej sącząc drinka daiquiri znajduje się jego popiersie. Jest tu pieruńsko drogo a atmosfera daleka od miejsca, w którym mamy ochotę się zatrzymać.
W końcu zwabieni muzyką na żywo, tańcami i tłumem wylewającym się na zewnątrz, zatrzymujemy się przy La Bodeguita del Medio, gdzie nasz bohater zwykł popijać mojito. Podobno z samym Fidelem.
Jeśli będziecie mieli czas i ochotę udajcie się też do dawnej willi Hemingway’a Finca Vigia, gdzie znajduje się też muzeum jemu poświęcone (około 10 km od centrum Hawany). Choć planowaliśmy, z powodów logistycznych musieliśmy zrezygnować z kursu tam w ostatni dzień. Ale była tam Ewa Serwicka i ciekawie opisała.

 Hej Amigo! A może przejażdżka?

Być w Hawanie i nie przejechać się kolorowym, ogromnym amerykańskim samochodem, najlepiej oczywiście kabrioletem? Akurat nie jest to opcja niezbędna, no można by z tego zrezygnować, ale my i tak mieliśmy przejechać z dzielnicy Vedado do Starej Hawany w jakiś sposób dość szybko, więc wymyśliliśmy, że może zrobimy to „z klasą”. Jakkolwiek to brzmi.
Tak więc czerwonym, lśniącym cabrio Dodge mkniemy z okolicy Hotelu National wzdłuż Malecon pod budynek opery. Wiatr we włosach i te sprawy… Dzięki temu nie musieliśmy wydawać standardowych 25 CUC za wycieczkę określoną trasą po mieście (nie będzie problemu żeby na taką ofertę się natknąć i to w wielu miejscach, na przykład na parkingu w okolicy Malecon, a tak naprawdę wszędzie). Wydaliśmy 15 CUC, a i tak przejechaliśmy się wspaniałą amerykańską limuzyną. W drugą stronę to może być 10 CUC. Jednak przeżycie w środku to coś zupełnie innego niż obserwowanie ich z chodników czy pozowanie do zdjęcia na parkingu.

 Zamczysko i muzeum morskie Castillo de Real Fuerza

Przy Plaza de Armas koniecznie trzeba wejść do Castillo de Real Fuerza (bilet kosztuje 3 CUC). To najstarsza w Nowym Świecie forteca w naprawdę bardzo dobrym stanie. Widać stąd drugą hawańską fortyfikację, która ciągnie się wzdłuż przeciwległego nadbrzeża.
Wewnątrz zwiedzamy muzeum, które prezentuje zbiory związane z hiszpańskim imperium kolonialnym w Nowym Świecie, repliki galeonów, fragmenty skarbów, wyławianych z zatopionych okrętów, wywożących je wzdłuż Florydy do Sewilli i Kadyksu. Na te statki ostrzyli sobie zęby karaibscy piraci jednak ostatecznie nikt nigdy nie zagroził potężnej Hawanie. Z wyjątkiem jednego pirata, francuskiego korsarza Jaquesa do Soresa.
Jest przyjemnie chłodno, jedyne, co nas dziwi to fakt, że w jedne pomieszczenie muzealne „pilnowane” jest przez trzy, cztery panie. W ogóle zauważyliśmy, że w tego typu instytucjach pracuje bardzo dużo ludzi – przewodników, pseudo-przewodników, „pilnowaczy” itp. 

Gdzie jedliśmy?

W pierwszym dniu poszliśmy razem z Kingą i Damianem do bardzo mocno klimatyzowanej knajpki w okolicach ul. Lamparilla 62, gdzie zapłaciliśmy 350 CUP (bardzo przystępne ceny, dobre jedzenie i duże porcje, można zjeść między innymi typowe kubańskie danie ropa vieja, a także płacić CUP), następnego dnia nie mieliśmy ochoty na „konkret”, więc udaliśmy się do Cafe El Dandy (14 CUC – piwo, mojito, kanapki z pastą tuńczykową, omlet), słynące głównie ze smacznych drinków.

Hawana po raz drugi

Po 10 dniach powoli kończy się nasza „kubańska przygoda”. Zostały jeszcze tylko kolejne dwa dni, żeby dokończyć to, czego nie udało nam się w Hawanie zwiedzić, zobaczyć, zrobić, za pierwszym razem. Z Trynidadu wyjeżdżamy o 7:30 z lekkim hakiem, autobusem Viazul (bilet kosztuje 25 CUC od osoby). Nie kupowaliśmy biletu wcześniej przez internet, ponieważ nie wiedzieliśmy do końca, czy będziemy jechać busem, czy taxi colectivo. W końcu wybraliśmy to pierwsze, żeby wykorzystać czas na pisanie. Po drodze możemy też, podczas postoju, zjeść coś, co choć trochę przypomina kanapkę i zawiera warzywa (mamy wrażenie, że na Kubie je się bardzo mało warzyw, o przyprawach nie wspominając – no ale to zrozumiałe – widzieliśmy długie kolejki ustawiające się w sklepach, które miały w swojej ofercie przyprawy i to bardzo podstawowe). Kanapka z grillowaną wieprzowiną, ogórkiem, pomidorem, sałatą i ketchupem kosztowała nas 2 CUC. Autobus dojeżdża do dworca w okolice ZOO. Taksówkarz sam nas znajduje i targujemy się do 7 CUC za podwózkę do centrum. Nie mamy noclegu, planujemy improwizować. Mijamy Plac Lennona, Aleję Prezydentów. „Ok może być tu, gdzieś tutaj”.
Jesteśmy znów w Hawanie, już nie wydaje się nam taka obca jak za pierwszym razem, już spoglądamy na nią nieco inaczej. Dlatego fajnie jest czasami wrócić w to samo miejsce. Teoretycznie w to samo, bo tak naprawdę staraliśmy się poznać do miasto z zupełnie innej strony. Główne skrzypce odgrywała tu dzielnica Vedado. Udało nam się tutaj, zupełnie przez przypadek znaleźć przepiękne mieszkanie (wcześniej nie rezerwowaliśmy casy), postanowiliśmy sprawdzić po raz pierwszy jak działają polecenia z Lonely Planet.
Nasza druga casa w Hawanie. Jak to było? Otóż nigdy w życiu w żadnej z ponad 100 podróży nie skorzystaliśmy z rekomendacji Lonely Planet. Tym razem napisaliśmy sobie jednak w Polsce kilka noclegów w dzielnicy Vedado w Hawanie. Wysiadamy na pierwszym lepszym placu i szukamy. Jedno nieczynne, drugie w remoncie. To może to? Serio to byłoby w takim budynku? Zaświecily nam się oczy patrząc na cudowny modernistyczny budynek. Dzwonimy na zdobiony domofon z lat 30-tych i pytamy „czy są wolne pokoje?”. Pani Mercedes mówi, że tak i po chwili dostajemy mieszkanie jak z klimatów Wielkiego Gatsbiego. Cudownie zdobione detale, klamki, winda, dodatki, meble, kute poręcze, krzesła, własny taras. Serio za 35CUC? Serio. To casy zwykle czasami dochodzą do takich cen. Takie mieszkanie sami moglibyśmy mieć. A znaleźliśmy je w teoretycznie dużo biedniejszej Kubie. Adres: Na rogu ulic Calle 21 i Av. los Presidentes  Strona internetowa

Dzielnica Vedado i Hotel Nacional

To jest ten moment, w którym chętnie opisalibyśmy Wam wiele ciekawostek o Vedado, ale jeszcze nie, za wcześnie. Będzie osobny post. Generalnie Hawana dzieli się na trzy części, budowane chronologicznie. Havana Vieja tuż przy zatoce, otoczona dawniej wysokim murem ma dobre 400 lat. Havana Centro powstała w momencie, gdy Stare Miasto już pęczniało. Pod koniec XIX wieku. Vedado to nowoczesna dzielnica z początku XX wieku i czasów międzywojennych. Symbol po czasach drugiej młodości Hawany, gdy znów była najbogatszym i najważniejszym miastem Ameryk po Nowym Jorku. W Vedado jak grzyby po deszczu powstawały hotele, apartamentowce, wille, kasyna, osiedla i budynki użyteczności publicznej. W dużej mierze z amerykańskich pieniędzy. Architekci mieli szerokie pole do popisu, więc królował modny wtedy styl modernistyczny. Wielu spełniało się w eksperymentach z art deco. Finałem tego jest największe na zachodniej półkuli nagromadzenie tego typu architektury w ramach jednej dzielnicy. Jak kogoś nie interesuje historia architektury – wynudzi się. Jak tak – zachwyci, zakocha, oszaleje.

Do najciekawszych obiektów, które sobie wypisaliśmy wcześniej, zanim pojawiliśmy się w Vedado zaliczyliśmy: Edificio Lopez Serrano z wnętrzami jakie pamiętamy z nowojorskich wieżowców (pierwsze zdjęcie), Casa de Las Americas, Hotel National czy kościół Metodystów. W hotelu organizowane są o 10:00 wycieczki. Wnętrza to żywa historia. Ślady po oblężeniu w czasie przewrotu wojskowego Batisty czy miejsce spotkania najważniejszych bossów mafijnych świata (uwiecznione z reszt w Ojcu Chrzestnym II) to tylko niektóre jej elementy.

Ale Vedado to też modernizm powojenny, socjalistyczne utopijne kształty i budynki dziś po latach również zyskują nowych fanów. Jak np. kino Yara czy położony z resztą obok park z lodziarnią Copelia. Podobno największą na świecie (zdj. powyżej). Rozłożysty spodek z nogami, niczym pająk może gościć nawet 500 osób jednocześnie, które spożywają lody przy barze. Wpuszczono nas, choć podobno to niemożliwe, płaciliśmy CUP-ami, nie zachwyciły naszych podniebień.

  

Nabrzeże Malecon

 
Nabrzeże Malecon stało się symbolem i atrakcję turystyczną miasta pomimo, że… nie sprawia ani wrażenie przyjemnego ani nie zachwyca wizualnie. No dobrze, ale coś w nim musi być, bo „tysiące konsumentów nie mogą się mylić”. Ciągnie się od fortu Castillo de San Salvador aż po granicę Vedado z Miramar. Pieszo przejdziecie go w 30-40 minut. Tyle nam zajęło jednego wieczora. Nie nazwalibyśmy go deptakiem. Po prostu ludzie lubią tu przybywać wieczorem. Siedzieć, rozmawiać, sączyć rum i drinki, kontemplować, biegać, wędkować. A naciągacze przygrywać turystom za symboliczne kilka CUC.

Okolice Parque Central

Ubieramy to w jedną atrakcję, ponieważ to fragment miasta inny od Vieja i innych od Havana Centro. Ruchliwy, głośny, zasmrodzony spalinami. A jednak… imponujący, pełen pięknych budynków i zakamarków. Każdy tu prędzej czy pózniej trafi.

Od zachodu pierzeja placu głównego z parkiem ogranicza ogromna fasada dumnych budynków takich jak Hotel Ingleterra z zachwycającą neomauretańską restauracją przy hallu głównym i bardzo ciekawym, ale mało znanym tarasem widokowym na dachu z restauracją i widokiem na kopułę Kapitolu. Hotel był opisywany w powieści Cuba Libre, wielokrotnie przebywał w nim młody Winston Churchill, jako korespondent BBC na wojnie hiszpańsko-amerykańskiej.

Sam Kapitol jest w remoncie. Podobno wiecznym. I obecnie nie da się go zwiedzać. Ale tą wierną kopię znanego budynku z Waszyngtonu wystarczy zobaczyć z poziomu ulicy i również robi wrażenie.

Nasze ścieżki jednak wiodły do jednej z największych perełek art deco po tej części globu – siedziby słynnego koncernu alkoholowego Bacardi – Edeficio Bacardi. Schowany pomiędzy kwartałami budynek w środku zachował jeszcze troszkę ze swojej świetności. Można wjechać starą windą na górę, ale dach nie jest udostępniony. Rzut kamieniem stąd znajduje się „Floridita” i ogromne muzeum-galeria Bellas Artes de Cuba (zdjęcie powyżej) pełne dzieł hiszpańskich mistrzów malarstwa jak np. Goya czy Velazquez.

Wielkie wrażenie sprawia jednak na wszystkich fasada Gran Teatro de La Habana “Alicia Alonso”. Szczerze powiedziawszy ten eklektyczno-modernistyczny twór, wyremontowany w 2015, swego czasu trzeci największy budynek opery na świecie, zrbił na nas ogromne wrażenie i wiele europejskich stolic mogłoby pomarzyć o takim splendorze. Można zwiedzać. Ale z przewodnikiem i o wyznaczonych godzinach. Ujmujące jest, że afisze z repertuarem wciąż pisane są ręcznie na ogromnych metrowych plakatach.
Pomiędzy Parque Central a początkiem deptaku Malecon prowadzi deptak, wolny od ruchu kołowego Paseo del Prado (pierwsze zdjęcie poniżej).
  

Cmentarz Necropolia de Colon

Jednym z najdziwniejszych, często pomijanych zabytków Hawany jest jeden z największych cmentarzy świata – Colon. W jego środku znajduje się też jedna z największych cmentarnych kaplic – właściwie kościół. Leży przy południowych granicach Vedado, pieszo z okolic Parku Victora Hugo, gdzie mieszkaliśmy zajęło nam to 30 minut.
Leży tu większość zasłużonych dla Kuby i Hawany mieszkańców a także znana na całej Kubie opiekunka dobrej miłości Milagrosa. Kobieta, której ciało po śmierci nie uległo rozkładowi. Podobno przez ogromną miłość męża, który codziennie po jej śmierci przychodził tu ze świeżymi kwiatami. Weszła ona do swoistego kanonu bóstw religii Santeria, o której napiszemy przy okazji Trinidadu. Aby sobodnie zwiedzać obiekt, należy wykupić bilet za 5 CUC.

Zachód słońca na murach fortu El Morro

 
Jak szukać miejsca na zachód słońca w Hawanie to zapewne jeden z dachowych tarasów, Malecon lub właśnie ten fragment miasta. Po drugiej stronie zatoki znajduje się duży kompleks fortów i zamków, pamiętających czasy jak Hawana chciała zabezpieczyć się przed Anglikami i piratami. I zabezpieczyła się, wciągając w razie zagrożenia ogromny łańcuch u wylotu zatoki.
Rycina pochodzi z 1649 roku. Taka była tedy Hawana

Castillo De Los Tres Reyes Del Morro, jak brzmi pełna nazwa wraz z latarnią morską o tej samej nazwie, to symbol miasta, wybudowany aż w 1589 r.

Rozciąga się na przestrzeni 3 km a głębiej wzdłuż lądu tworzy fortyfikacje, na których codziennie wieczorem odgrywane są sceny w stylu „światło i dźwięk”, przy czym bardziej oparte na dźwięku (wystrzały armatnie) i inscenizacji strojów z epoki sprzed 150 lat.
Jeszcze dalej możemy dojść do Muzeum życia i działalności Che Guevary i hawańskiej figury Chrystusa Króla. Taki sugestywny miks i kontrast. Nie mamy pewności, czy Pan Jezus jest zadowolony z takiego sąsiedztwa 😉
Gdzie jedliśmy?
Restauracja La Roca (na przykład Ropa Vieja) za całą kolację zapłaciliśmy 13 CUC, Dona Teresa przy Obismo (zestawy z kurczakiem i darmowym deserem za 14 CUC). Obok w muzeum żyją trzy psy – maskotki, które noszą imiona… radzieckich działaczy komunistycznych, kawiarnia za katedrą – zapomnieliśmy nazwy, ale dobra kawa. I dobrzy ludzie, bo zostawiliśmy tu torbę z rzeczami i czekała na nas po godzinie… nietknięta.

Transport po Havanie

Większość wędrówek wykonaliśmy pieszo (cała Hawana Vieja, spacer Malecon do Vedado, pod Cmentarz, ceny taksówek zwykłych to kilka CUC jeśli występujecie jako turyści lub… kilka/kilkanaście CUP jeśli łapiecie z ulicy coś „na spółę z lokalsami”. Przejażdżki oldmobilami to wydatek powyżej 10 CUC zawsze. Drogi jest przejazd na drugi brzeg, ponieważ prowadzi tam tunel i taksówkarze zażyczą sobie zapewne ponad 15 CUC za kurs tam i z powrotem. Ale ponieważ nie wszystko udaje nam się perfekcyjnie zaplanować, stwierdziliśmy, że jest dużo tańsza alternatywa, bo z pewnością na drugą stronę kursują jakieś miejskie autobusy. Np. linii M1.

Ile czasu przeznaczyć na Hawanę?

Dwa dni to za mało, bo na pewno nie uda Wam się zobaczyć kilku obiektów, ale większość najważniejszych się uda. Optymalne wydaje się trzy dni lub cztery podzielone na dwie części. Jak u nas. A i tak nie udało nam się zahaczyć np. o Kapitol, Muzeum Rewolucji czy Galerię Bellas Artes.

Pozostałe zdjęcia, które zrobiliśmy podczas zwiedzania Hawany:

Ilość komentarzy: 7 - dołącz do dyskusji!

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comment moderation is enabled. Your comment may take some time to appear.

  • Aneta says:

    Byliśmy w tym roku na Kubie, w samej Hawanie 6 dni. W przyszłym roku wracamy na całe 2 tygodnie do Hawany. Dla mnie to miasto magiczne.

  • Marcin says:

    A ja mam takie pytanie. Czy wydaje Wam się, że Kuba dobre miejsce na wakacje z trzyletnim dzieckiem? To nasz plan na kolejne wakacje, ale z tego jednego, malutkiego powodu mamy spore wątpliwości?

    • Wędrowne Motyle says:

      Wydaje nam się, że jest dużo lepszych ale trzylatek to już nie wózek więc tragedii nie będzie. Należy uważać na a) dzieciece jedzenie a właściwie jego brak, zwłaszcza dla maluszka b) przerazliwe spaliny samochodowe w miastach, dzieci wrażliwsze

    • Paulina says:

      Witaj, 3-latek je wszystko, co dorosli. W Havannie w restauracjach znajdziecie sporo potraw z ryzem, owocow lekarz zakazal nam dawac dziecku …dopiero po fakcie. Bylismy z 10 m dzieckiem, mielismy swoje jedzenie dla niego w sloiczkach plus dostawal kubanskie owoce , po 9 dniach wrocilam bo mial biegunki, wymiotowal. W domu mial biegunki jeszcze przez 3 tyg, zlapal bakterie e-coli 🙁 Na Kubie jest tez denga, wezcie to pod uwage wybierajac miejsca do noclegi, miesjca ktore odwiedzicie. Spotkalismy pare niemcow tez z 10 m dziewczynka pod koniec pobytu, ona jadla wszystko z restauracji,bylo ok u nich. Moze kwestia szczescia ….

    • Paulina says:

      Z drugiej strony trzylatek nie bierze do buzi wszystkiego tak jak 10 m synek. W Havannie szpital nowoczesny, po ang sie dogadalismy. w Camaguey juz bardziej na migi, szpital jak u nas w l. 70…. podobno na Kubie jak jest potrzeba hospitalizacji dziecka to dziecko musi zostac samo, na szczescie nie sprawdzalismy …..

  • Paweł says:

    To prawda! Hawanę trzeba sobie podzielić. Zresztą dwa dni to minimum, choć przydałoby się więcej aby poczuć mocniej klimat tego miasta… aczkolwiek, chyba lepiej zanurzyć się dalej w prawdziwą Kubę, poza stolicą 🙂

    • Dekolo says:

      Hawana naprawdę musi być cudowna, nie było mi dane jeszcze jej zwiedzić, ale znajduje się na liście moich top kierunków podróży 🙂

Dołącz do naszego newslettera!

Hej! I jak Ci się podoba na naszym blogu? Jeśli wszystko OK to mamy propozycję: Dołącz do ponad 90 tys. śledzących nas osób. Wysyłamy mail jedynie raz na tydzień. Zero spamu, tylko nowe wpisy, super okazje, triki, promocje lotnicze i podróżnicze poradniki. W maju wyślemy Wam jako pierwszym ekskluzywny prezent. Za darmo!